Skocz do zawartości

Ranking

  1. sznib

    sznib

    Mod Team


    • Punkty

      2 519

    • Liczba zawartości

      11 395


  2. elkaziorro

    elkaziorro

    Użytkownik


    • Punkty

      2 324

    • Liczba zawartości

      2 129


  3. Sansei6

    Sansei6

    Użytkownik


    • Punkty

      1 799

    • Liczba zawartości

      4 863


  4. CoolBreezeOne

    CoolBreezeOne

    Użytkownik


    • Punkty

      1 783

    • Liczba zawartości

      1 377


Popularna zawartość

Zawartość, która uzyskała najwyższe oceny od 27.04.2025 uwzględniając wszystkie działy

  1. W związku z tym, że pojawiło się trochę pytań o tegoroczną edycję Cape Epic, wrzucam krótkie podsumowanie z mojej perspektywy. Jeśli ktoś ma pytania o przygotowanie, sprzęt czy logistykę wyjazdu do RPA — chętnie pomogę. 8 dni, 707 km, ponad 15 900 m przewyższenia. Teoretycznie (i w praktyce 😉) najtrudniejszy etapowy maraton MTB na świecie. Taki „Tour de France” dla kolarstwa górskiego — również ze względu na bardzo mocno obsadzone kategorie PRO. Skąd w ogóle ten pomysł? Cape Epic to wyścig, o którym prędzej czy później słyszysz — i który albo Cię odstrasza, albo wciąga. Nas zdecydowanie wciągnął, zwłaszcza, ze już zrobiłem Swiss Epic i Andora Epic i ukończenie Cape dawało mi tytuł epickiej legendy... 🙂 Start odbywa się w parach i to absolutny fundament tej imprezy. Nie możesz zostawić partnera — musicie dojechać razem i zmieścić się w limicie czasu. Pojechałem z kolegą o bardzo podobnym poziomie i była to jedna z najlepszych decyzji w całym projekcie. Przygotowania? Głównie treningi w Szwajcarii. Alpy robią świetną robotę pod kątem kondycji, ale ośmiu dni ścigania dzień po dniu nie da się w pełni zasymulować. Trasa 2026 — Meerendal → Stellenbosch Prolog w Meerendal (okolice Kapsztadu), potem transfer do Montagu, przez Greyton i finał w Stellenbosch. • Prolog: 20 km / 650 m • Etap 1: 90 km / 2150 m • Etap 2: 102 km / 2250 m • Etap 3: 140 km / 1750 m • Etap 4: 87 km / 1750 m • Etap 5: 134 km / 2750 m • Etap 6: 76 km / 2450 m • Etap 7: 58 km / 2150 m Spaliśmy w namiotach i generalnie warunki mieliśmy mocno podstawowe. Generalnie można dokupić: pakiet serwisowy dla rowerów, spanie w lepszych namiotach lub hotelu albo masaże. My przyoszczędziliśmy 😊 Charakter trasy i przebieg wyścigu Trasy były raczej interwałowe — podjazdy najczęściej po 200–400 metrów, chwila w dół i znowu to samo. Osobiście lepiej czuję się na długich wspinaczkach, więc to nie był „mój” profil. To co się wyróżniało na plus to super oznakowana trasa. Nie mieliśmy śladów GPS, ale to nie był problem, bo nigdy nie było sytuacji, że nie wiadomo, dokąd jechać. Technicznie: w skali S0–S5 dominowały odcinki S0 i S1. Raz kojarzę może 10 metrów czegoś w stylu S2 😉 Czyli generalnie do przejechania dla każdego — oczywiście z różną prędkością. Sam wyścig mieliśmy dość „czysty”. Jedyny poważniejszy problem to zerwany łańcuch na etapie 2, mniej więcej w połowie dystansu. Na szczęście szybka naprawa i jedziemy dalej. To dobrze pokazuje, że Cape Epic to nie tylko noga, ale też podstawowa mechanika. Na trasie nie ma „lawety”. Najtrudniejszy etap to zdecydowanie etap 5. Najdłuższy czasowo i… pięć godzin ciągłego deszczu oraz zimno. Po kilku dniach kurzu trasa zamieniła się w rzekę błota. Koła się kleją, każdy podjazd kosztuje dwa razy więcej energii, a zjazdy stają się loterią. Ten wyścig momentami naprawdę sprawia wrażenie, jakby chciał Cię zniszczyć. Dojeżdżasz do bazy — i jeszcze „bonusowa” rundka z dodatkowymi przewyższeniami. Albo 5 km do mety i zamiast szybkiego dojazdu… techniczne, męczące single do samego końca. Często pada pytanie po powrocie: „upał najbardziej dawał w kość?” Nie do końca. Upał był wyzwaniem, ale do opanowania — choć szczególnie na początku zdarzały się sytuacje, gdzie ludzie dosłownie schodzili z trasy, chowali się w cieniu czy „odcinali prąd” na naszych oczach. Dla nas jednak prawdziwym przeciwnikiem była kumulacja zmęczenia. 8 dni z rzędu. Każdego dnia wstajesz zmęczony, siadasz na rower i zaczynasz od nowa. Bez dnia przerwy, bez taryfy ulgowej. I to właśnie to „zabija” — nie pojedynczy etap. Nam udało się wjechać do pierwszej setki — 98. miejsce w kategorii Masters. Ale ~30% zespołów nie ukończyło wyścigu. Przy takim nakładzie czasu i kosztów nie jestem pewien, czy jakby się tym razem nie udało to czy łatwo byłoby się zmotywować, żeby próbować robić to drugi raz 😉 Cape Epic to nie tylko wyścig — to projekt życiowy skondensowany do jednego tygodnia 🙂. Uczy zarządzania kryzysem, słuchania organizmu, pracy zespołowej i tego, żeby nie odpuszczać, kiedy jest najciężej. Sporo osób musiało zrezygnować z powodów zdrowotnych – wypadków, a zwłaszcza problemów żołądkowych, więc tu też trzeba bardzo uważać co i jak się je. Sprzęt Obaj jechaliśmy na Orbea Oiz — i sprzętowo naprawdę ciężko się do czegoś przyczepić. Na plus też opony Vittoria Mezcal i Barzo — ani jednego kapcia i bardzo dobre trzymanie (no, poza błotnym etapem 5 😉). I jeszcze kilka zdjęć:
    30 punktów
  2. Bo udalo sie ukonczyc Cape Epic. Morderczy wyscig, chyba najtrudniejszy jakikolwiek jechalem. Dodatkowo zostalem epicka legenda 🙂 za ukonczenie trzech epicow.
    30 punktów
  3. Bo jak szumi potok, to jedzie się przyjemniej 😉
    29 punktów
  4. trzeba raz jeszcze jechać, bo Samsung spartolił aparaty w Galaxy i po aktualizacji ma problemy z ostrością.
    29 punktów
  5. 27 punktów
  6. Bo takie tam 25%* * - kto tędy wjeżdżał, ten wie, że...
    27 punktów
  7. Samotny byk z ciężkim sercem przemierza opustoszałe knieje, spóźniony na najważniejszy spektakl natury - rykowisko. W ciszy wiosennego poranka jego dumny niegdyś ryk staje się jedynie cichym wspomnieniem przegapionej szansy. (Czytała Krystyna AI Czubówna)
    26 punktów
  8. Bo góreczka z ostatniej wrzutki zdobyta w pięknych okolicznościach przyrody - uwielbiam taki klimat w lesie
    26 punktów
  9. Panowie. Zwykle śmieszkuję sobie w opisach zdjęć, ale tym razem chciałbym poruszyć ważną sprawę - mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi tego za złe. Chodzi o nasze zdrowie. Niezainteresowani mogą od razu przewinąć w dół, do zdjęcia. Do niedawna należałem do grona typowych facetów, którzy do lekarza nie chodzą, bo przecież nie chorują, a nawet jeśli coś jest nie tak, to albo udawałem, że nic mi nie jest, albo bagatelizowałem objawy. A poza tym wiadomo, że nawet jeśli na coś chorujesz, ale tego nie zdiagnozowano, to to nie istnieje. I tak ciągnąłem przez ponad czterdzieści lat. W końcu przyszedł moment, gdy organizm stwierdził, że skoro olewam mniej lub bardziej drobne znaki, to nie będzie się cackał i uderzy z całych sił. Zaowocowało to ponad dwumiesięcznym "wyjęciem z życia". Obecnie powoli dochodzę do siebie i choć już do końca życia będę wiózł się z tym pasażerem na gapę, to gdybym wiedział o nim wcześniej, zacząłbym to leczyć i nie doprowadziłbym organizmu do takiego stanu. Dziś byłem pierwszy raz na rowerze od momentu, gdy wszystko się zaczęło. Zrobiłem 11 km i cieszyłem się jak dziecko, że dałem radę. A zmęczony byłem bardziej, niż kiedyś po 150 km po górach. Słuchajcie swoich organizmów. Mój już od dwóch lat dawał mi znać, że coś mu dolega, ale zawsze tłumaczyłem to wiekiem, zmęczeniem pracą i przeróżnymi innymi powodami. I choć z tyłu głowy wiedziałem, że raczej nie jest to normalne, że w ciągu dwóch lat z osoby, która wśród rowerowych znajomych była tą, która jak planowała trasy, to z jak największą ilością długich, stromych podjazdów i z kim bym nie jechał i ile tego podjazdu by nie było, ja na górze byłem pierwszy, stałem się marudą, która chciała w trakcie wypadu do Hiszpani wypożyczyć elektryczną szosę, bo nie nadążałem za innymi, choć jechaliśmy spokojnym tempem, albo po przejechaniu 40 km z większą prędkością, umierałem na mecie i potrzebowałem kilku dni odpoczynku. Wiedziałem, że to nie jest normalne i co? I wielkie g. Nic z tym nie zrobiłem. Niby człowiek inteligentny, a czasem tak głupi, że aż słów brakuje. Nie piszę tego wszystkiego, bo liczę na Wasze współczucie. Wiem, że jestem dla Was obcy i możecie mieć gdzieś moją "przygodę", ale może choć jedna osoba pomyśli - cholera, już dawno nie robiłem sobie badań, może warto by było. Bo jeśli nic nie wyjdzie, jeśli wszystko będzie ok, to super. A jeśli jednak pojawi się jakieś badziewie, to jak to w piosence Kazika, można mu szybko "zak...ić z laczka i poprawić z kopyta" Bo w końcu zdjęcie.
    26 punktów
  10. Ufff, jak ja się cieszę, że w tym roku nie będę miał problemów z urlopem w lecie. Ktoś nałożył 100% cło na lato. Lata nie będzie. Będzie (już jest) od razu jesień. Ile kasy zaoszczędzę. Hura.
    25 punktów
  11. Gdyby Józef Chełmoński jeździł na grawelu, to taki pejzaż na pewno by machnął.
    25 punktów
  12. Musiałem robić zdjęcie niemal z ziemi, żeby nie złapać w kadrze dwóch niewiast, które ćwiczyły jogę czy coś takiego. Nie ukrywam, że dopiero po 30 min zauważyłem, że w tle też są całkiem fajne widoki.
    25 punktów
  13. 25 punktów
  14. Jak wiecie, księżyc świeci światłem odbitym. Mówi się, że niby słonecznym, ale prawda jest zupełnie inna. P.S. Wybaczcie, że nie świeci co noc, ale przyznaję, że czasem nie nadążam z ładowaniem latarki.
    25 punktów
  15. Bo Waligóra cierpliwie czeka i zaprasza majestatem
    25 punktów
  16. Bo też bez śniegu, ale w zespole😉
    25 punktów
  17. 25 punktów
  18. Bo zatrzymałem się żeby zrobić zdjęcie, a nie dlatego że sapałem pod górę. I tej wersji będę się trzymał.
    25 punktów
  19. Bo czasami też widokowo trzeba
    25 punktów
  20. Bo Breezer w naturalnym środowisku.
    24 punktów
  21. Ciemno już, zgasły wszystkie światła
    24 punktów
  22. A gdy drogi nie znajdujesz, strzałka drogę pokazuje.
    24 punktów
  23. Koledzy pomóżcie. Są opinie, że powinienem udać się do fryzjera. Ja jednak uważam, że do Einsteina mi jeszcze daleko, oczywiście bardziej umysłem niż fryzurą, ale jednak, więc nie mam się jeszcze co spieszyć. Mam rację, prawda?
    24 punktów
  24. Nie znoszę zimy. Niech to się wreszcie skończy:)
    24 punktów
  25. Bo chodzi ślimak koło drogi nie ma ręki, ani nogi ale, jak to dobrze wiecie, domek dźwiga na swym grzbiecie
    23 punktów
  26. Bo prasłowiańska brzoza chroni w swoich gałęziach rower, taką mam koncepcję.
    23 punktów
  27. Bo ostatnio fajną wycieczkę z potomstwem swoim miałem
    23 punktów
  28. 23 punktów
  29. By zachować równowagę od spożywania kalorii.
    23 punktów
  30. 23 punktów
  31. bo jeszcze niedawno była tu trasa narciarska
    23 punktów
  32. Pod drzewem sobie stoję, saren się nie boję Bo skowronki są straszniejsze, mimo że znacznie mniejsze.
    23 punktów
  33. Jak masz czas, to jedź w las.
    23 punktów
  34. Ehh te kolory wiosny, aż dają po oczach...
    23 punktów
  35. Bo popołudniowe szybkie wypady do lasu nad wodę fajne są
    23 punktów
  36. Bo tylko u mnie prawdziwa zima?
    23 punktów
  37. Bo rowerzystka 🫠 Pozdrow'er 😘
    23 punktów
  38. Bo Gorce polecają się na weekend
    23 punktów
  39. 23 punktów
  40. Bo cyklotrasa przez Pieninsky Narodni Park
    23 punktów
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
×
×
  • Dodaj nową pozycję...