Skocz do zawartości
Kross Raty 0 procent

Blogi

 

Rakieta na platformie startowej

Pojawił się nowy wpis: http://blog.bosorowerem.pl/?p=1717 Powiedziałem, ze nie odpuszczę... Zrobiłem mejlowy nalot dywanowy na sprzedawcę. Dzień w dzień poczta elektroniczna szła i wreszcie prawie po dwóch tygodniach doczekałem się zestawu do montażu trenażera. Użytkownik allegro cycloczewa. Sprawa się zakończyła pozytywnie, ale kontakt tragiczny. Z drugiej strony zastanawiam się... Ktoś prowadzi biznes rowerowy, baaa! Biznes handlowy. Dobry kontakt z klientem to podstawa sukcesu. Nie wiem. User demonem allegro nie jest, a tak się "obija"...

mklos1

mklos1

 

ANALIZA - Endura - Długie rękawiczki część 1

Wielu z Was zna już pewnie markę ENDURA. Cechuje się ona m.in. rewelacyjną funkcjonalnością i jakością. Ci, którzy nie słyszeli jeszcze o Endurze może znajdą tutaj coś fajnego dla siebie albo pomoże to choć trochę w podjęciu dobrego wyboru. Postanowię przybliżyć w miarę możliwości wiele produktów Endury - rękawiczki, ochraniacze na buty, kaski, plecaki i wiele wiele innych kończywszy na odzieży z serii Equipe.   Szczęśliwych posiadaczy jak i tych nieszczęśliwych proszę o wyrażenie swoich opinii i doświadczeń na temat poszczególnych produktów. Może razem uda nam się stworzyć jakiś fajny "poradnik"? Mamy piękną polską jesień a zbliża się zima dużymi krokami więc pora uzbroić się w porządne rękawiczki. Zaczniemy od mojego ulubionego i chyba najlepiej sprzedającego się modelu DEXTER.     Jak podaje producent na oficjalnej stronie są to rękawiczki zimowe. - śmiało powiedzieć mogę od siebie, że są to rękawiczki jesienno zimowe. Brak dodatkowej wkładki (drugiej rękawiczki) powoduje, że dłoń w cieplejsze dni nie przegrzeje się. Dobrze leżą na dłoni. Trzeba jednak pamiętać o dobrym dopasowaniu rękawiczki bowiem za duży rozmiar sprawi nam nieco problemów. Sama budowa wydaje się mocna i tak jest w rzeczywistości. Wierzch posiadający kilka odblasków jest dosyć sztywny ale za to wytrzymały. Dodatkowa patka do wycierania potu czasami się bardzo przydaje.   Jak na typową rękawiczkę softshellową przystało jej główną cechą jest świetna oddychalność przy jednoczesnej ochronie przed wiatrem. Ci którzy cierpią na drętwiejące palce od zimnego wiatru powinni pomyśleć nad takim rozwiązaniem.   Rękawiczka wyposażona jest we wszystkie funkcjonalne gadżety oprócz jednego! (o tym później) - silikonowe zakończenia dwóch palców - wzmocnienia na kciuki - elementy odblaskowe - patka do wycierania potu - świetny, dobrze trzymający rzep - świetnie oprócz trzymania to zaciąga Lycre więc trzeba trochę uważać szczególnie jak ktoś uprawia turystykę rowerową. - wygodny język zakończony gumową wstawką do naciągania rękawiczki podczas zakładania. - żelowe podbicie chwytu - dosyć grube i poprawiające komfort jazdy - w tym modelu jest to bardzo duży plus!   Mając na myśli brak jednego gadżetu to strasznie mnie irytuje konieczność ściągania rękawiczki podczas użytkowania iphona. Nie testowałem z innymi wyświetlaczami ale sprawdzę i podzielę się informacjami   Cena: 129zł myślę, że nie jest wygórowana jak za taką rękawiczkę, która starczy nam na kilka sezonów. Wytrzymałością, jakością i "parametrami" bije nie jedne droższe rękawiczki na rynku... ehhh gdyby nie te telefony   Mam pytanie do Was moi drodzy forumowicze! Jak rękawiczki spisują się w deszczu? Ma ktoś i testował? Ja nie miałem możliwości jazdy w nich w deszczu oprócz tradycyjnego porannego siąpienia - wytrzymały.   W części drugiej pokażę modele: Strike, Luminite i Deluge.   Jak macie jakieś sugestie i pytania z chęcią wysłucham i odpowiem. Pozdrawiam!

lukeps

lukeps

 

Jesienna wycieczka z wodą w tle.

Jest niedziela. Temperatura za oknem wynosi kilka stopni poniżej zera więc niechętnie wskakuję na rower i jadę przez całe miasto aby dotrzeć na miejsce spotkania wycieczki klubowej. Stwierdzam, że jak na paskudny poranek to wycieczka będzie całkiem liczna. Zaczynamy jechać. Wszelkie światła i skrzyżowania spowalniają tempo niesamowicie. Dojeżdżamy do korony wału nad Wisłą. Kolejny postój. Nie wytrzymuję i puszczam się swoim tempem. Od razu czuję fan. Dojeżdżam do okolicy Jabłonnej i zwiedzam zespół pałacowo-parkowy.       Zjeżdżam ponownie na wał i spotykam grupę na kolejnym postoju. Leniwie jedziemy przez lasy legionowskie     Dojeżdżamy nad Narew i robimy kolejną przerwę. Tym razem jest to przerwa posiłkowa.     Po posiłku wyjeżdżamy na koronę wału nad Narwią. Tempo jest leniwe.     Jest dużo czasu aby podziwiać nadnarwiańskie łąki     Przyciskam i ponownie odskakuję od grupy     Nie znajdujemy się w jakimś wielkim kompleksie leśnym więc ze zdziwieniem napotykam całkowicie zrytą nawierzchnię wału przez buszujące nocą dziki.     Zjeżdżam z korony na lokalną szutrową drogę, która odbija w bok aby minąć obiekt hydrologiczny.     Docieram do sklepiku. Małe zaopatrzenie i ... grupa ponownie sie melduje. Od razu leniwa senna niedziela staje się bazarową sobotą. Ponownie się odłączam i zagłębiam się w las.     Klucząc lokalnymi drogami terenowymi i szlakami pieszymi docieram do Narwi.     Jest chłodno więc spotykam nielicznych wędkarzy i spacerowiczów. To dobrze. Już sobie wyobrażam te tłumy jakie muszą być w tym miejscu podczas letnich okresów.     Tłumy zapewne są zarówno na lądzie jak i na wodzie bo nad brzegiem jest wiele przystań wodnych.       Docieram do Zegrza. Spokój natychmiast gdzieś ulatuje.     Szybko mijam kolejne węzły komunikacyjne i ponownie ląduje nad wodą, na ścieżce wzdłuż Kanału Żerańskiego. O dziwo jest przyjemnie pusto.     Było pusto i kolorowo ale nad wodą paleta kolorów była o wiele bardziej imponująca.       Mam już ponad 80 km w nogach więc niespiesznie się snuję po owej ścieżynce.     Dojeżdżąm do Żerania i klucząc pomiędzy setką płotów budowlanych dojeżdżam do terenów rekreacyjnych.     Im bliżej Centrum tym ruch na ścieżce staje się coraz większy.     Wycieczkę kończę samotnie po przejechaniu 105 km .  

robertrobert1

robertrobert1

 

O tym, że nie tylko grawitacja w dół napędza

Jest takie powiedzenie, że rower jadący w dół napędza grawitacja, a pod górę - siła woli. Ugryzę ten temat swoim aluminiowym zębem przy okazji wypluwając parę osobistych przemyśleń.   Cofnijmy się dwa tygodnie wstecz. Rzecz się działa - a gdzież by indziej - na toruńskim dzikim leśnym torze. Jedno z dziesiątek spotkań zjazdowo-budowlanych. Wspólnymi siłami odbudowaliśmy wtedy coś, co można nazwać dirtem. Ten kto wyobraził sobie teraz wysoką na trzy metry skocznię z jeszcze wyższym lądowaniem, będzie rozczarowany. Mowa o hopuchnie pokazanej na gifie w komentarzu pod poprzednim wpisem. Zwiemy ją dirtem, bo ma dość mocno wypionowane zarówno wybicie, jak i lądowanie. W praktyce jest to niemal stolik (takie coś, że nie ma dziury między wybiciem a lądowaniem; różnica fizycznie żadna, bo i tak leci się w powietrzu, ale psychicznie znaczna). No i ta oto hopuchna była od roku w stanie nie-do-polecenia. Nie wiadomo było co z nią zrobić, niby było wybicie, niby było lądowanie, ale wszelkie próby kończyły się niedolotem od którego trzeszczała rama i kręgosłup. Rzeczonego dnia starannie wyprofilowaliśmy to cudo i zasypaliśmy dziurę niebezpiecznie bliską lądowaniu. Po wygładzeniu ostatniej zmarszczki na budowli i wbiciu szpadli w grunt, nastąpiła ta chwila.   - To co, trzeba oblecieć! - [nerwowy śmiech] No!   Otóż drodzy bracia i siostry w korby zbrojni, rower jadący w dół również jest napędzany siłą woli. Ja wiem, grawitacja się przydaje, ale to tylko połowa sił potrzebnych do poruszenia kompleksu kolarz-rower. Ba! Bez siły woli to grawitacja zrobi tyle samo co wiadro wody obok młyńskiego koła. Ale wróćmy na trasę.   Wypych na górę. Kolega robi przymiarkę, czyli zjazd z wyhamowaniem na wybiciu. Ja również. Dygresja: jest to bardzo dobry sposób zapisania sobie w głowie kierunku i sposobu pokonania przeszkody. Kolejny wypych (nachylenie jest w tamtym miejscu potężne, niegdyś na mojej maszynie do połykania podjazdów dałem radę wjechać tam tylko do połowy). Chwila na zebranie się w sobie i kolega poszedł. Szszszsz-hop-cisza-hop-szszchrz. Zgrabnie to wyglądało, przejazd płynny, jeździec ukontentowany. Tera ja. Zapis monologu wewnętrznego przebiegał z grubsza tak:   Kurde bela no dobra buta otrzep lewy pedał z przodu dociśnij mocno stopę dobra pojadę lajtowy jest przecież no kurde widać było no jak nie jak tak prawa noga dociśnij bujnij palce na klamkach luźno okej jadę   Potem już tylko zjaździk z drżeniem rąk, które oczywiście tłumaczyłem sobie twardym amortyzatorem, i wyskok - wyraźnie odczuwalny, krótki i emocjonujący nacisk gruntu na przód roweru i ręce. Lot - bardzo krótka chwila, która się wydaje trzy razy dłuższa niż jest - lekkość, wiatr, same miłe rzeczy Lądowanie - tutaj znalazłem czas na milisekundowe zdziwienie - jak gładko! Jak płynnie! W następnej milisekundzie zauważyłem że jadę z podobną prędkością jak tuż przed wybiciem, czyli szybko. Hamowanie (bo wtedy trasa kończyła się nagle krzakami) było dłuższe niż się spodziewałem. Wydałem z siebie dźwięk takowy: ŁUUUUUHUUUUU! Nie pamiętam kiedy ostatnio tak zawyłem z radości. To było świetne. Ręce trzęsły mi się jak menelowi z delirium. Jeszcze godzinę potem byłem nakręcony Oczywiście kroki swe skierowałem z powrotem na wypych i pojechałem dirta jeszcze raz. Świetny jest. Tego dnia zabraliśmy się za pociągnięcie trasy dalej, do połączenia ze ścieżką, zatem lotów dalszych już nie było.   Tydzień później. Trasa już przedłużona i dołożona mała hopka co by nudno nie było. Trochę szaro, jesień idzie, godzina 16:00 minęła. Oblatujemy na rozgrzewkę stolik. Potem wypych na stanowisko startowe do nowego dirta. Kumpel leci. A ja...   Okej otrzep podeszwę lewa z przodu o kurde ale wysoko jest trochę nie no w sumie lajtowy jest widziałem jak poleciał ładnie kurde no stromo w h*j ale już leciałem to dobra teraz o kurde nie no wywale się leciałem już to no co jest   Kumpel zdążył już się wtoczyć z powrotem na start. Puściłem go przodem. Potem jeszcze raz. Nie mogłem. Tak bardzo nie mogłem. Straszne, czułem już po prostu ten osławiony przez kolegę adamsmaster napis DU*A na czole. Pojechałem w bok, na stolik. Wypchnąłem, nadal blokada w głowie, znowu skręcam na łatwy stolik. We łbie słyszę tylko "ech, ech". Wtaszczam pojazd na górę. Blokada nie ustąpiła. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego dusza moja zniewieściała była w tejże chwili bardziej zniewieściała niż zwykle. No nie mogłem. Już nawet zastanowiłem się, czy to po prostu zwykły strach przed zaliczeniem tzw. bajabongo bez telemarku, czyli gleby. Ale w sumie już wywalałem się nie raz i przywykłem do tego że czasem się troszkę grzmotnę. Kask chroni doskonale, a dzięki adrenalinie niewiele się czuje przy upadku A ja ciągle nie mogłem i nie mogłem, jak ten Gałkiewicz z "Ferdydurke". Kumpel zdiagnozował u mnie brak zajawki. No tak. W zasadzie do tego się to sprowadza. Zdjąłem na chwilę kask, popatrzyłem sobie na drzewka i listki. Potem, nie myśląc absolutnie nic, założyłem kask, otrzepałem podeszwy butów z lepkiej gliny, postawiłem lewą stopę na pinach pedała i...   - NO JA NIE POLECĘ?!   Szszszsz-hop-cisza-hop-szsz-hop-hop-szszszszchrz. Poszło nawet zgrabnie. Fakt, nie było takiej frajdy jak za pierwszym razem, ale blokada puściła na starcie i zniknęła na dobre z chwilą zamaszystego przyhamowania na końcu trasy. Napis DU*A z czoła zniknął bez śladu. Prawie biegiem udałem się z powrotem na start, by powtórzyć zjazd. Już rozluźniony, zauważyłem że przedłużona trasa z tą małą hopką ma fajny ficzer - lądowanie owej małej hopki mocno przyspiesza rower. Najlepsze co mi przychodziło wtedy do głowy na określenie całej tej traski to jedno słowo - szatan!   Tak oto kolejna bitwa z samym sobą została wygrana, oraz udowodniona została wyższość siły woli nad grawitacją przy frirajdowych zjazdach.   Dziś z kolei mała hopka na tejże trasie została nieco powiększona. Jeszcze nie stawiłem jej czoła. Jeszcze.

djzatorze

djzatorze

 

Trenażer 2.0

Pojawił się nowy wpis: http://blog.bosorowerem.pl/?p=1688 Ot takie zaczepne pytanie. Co byście zrobili mając do dyspozycji budżet 10 tyś PLN? Wszystko przeznaczyli na rower, czy podzielili budżet na pół i połowę na rower, połowę na trenażer? Najtańszy trenażer magnetyczny to nuda. Nie wytrzymuję na nim dłużej niż godzinę. Do tego dochodzą problemy z chłodzeniem... Flaki z olejem. Popatrzmy jednak co oferuje rynek za około 1200 eruo? Może być naprawdę ciekawie, biorąc pod uwagę, że w naszym klimacie zima może trwać zarówno miesiąc jak i pół roku, wydaje mi się, że drogi trenażer to dobra inwestycja.

mklos1

mklos1

 

Powrót do przeszłości...

Swego czasu od zaprzyjaźnionego sklepu dostałem stary rower szosowy. W swoim garażu już takowy miałem więc ów postanowiłem przerobić pod rower miejski zwłaszcza, że zarówno widelec przedni jak i tylny posiadał stosowne otwory montażowe. Rozebrałem więc rower do gołej ramy i zacząłem składać rower budżetowy. Do tego celu użyłem części używanych. A oto efekt mojego majsterkowania.     Trochę pojeżdziłem na tym cudaku. Kierownica miejska kompletnie mi nie podpasowała, prety siodełka pękły, piasta planetarna także padła. Rower znowu musiał poleżeć bezużyteczny. Wreszcie zainspirowany wątkiem o single speedach postanowiłem takowego złożyć. Zakupiłem stosowną piastę i zbudowałem na nowo koło tylne, kierownicę zastąpiłem prostą a także siodełko pojawiło się nowe/stare. Oto rezultat...     Póki co odbyłem kilka jazd komunikacyjny, również z obciążeniem ponad 20 kg i wynik jest pozytywny. Oczywiście SS ma wiele ograniczeń ale są one do zaakceptowania. Geometria roweru nie pozwala na jazdę terenową typu CX ale też i nie pod taką jazdę rower był składany. Rower złożyłem w celach komunikacyjnych po dzielnicy i okolicach a jak daleko na nim zajadę... to czas pokaże.

robertrobert1

robertrobert1

 

Podróżowanie z dziećmi.

Podróżowanie z dziećmi.       Na początku trzeba sobie uzmysłowić, że podróżowanie z dziećmi na rowerze daleko się różni od podróżowania "dorosłego". Widziałem parę, która podróżowała z niemowlakiem. Dziecko było przewożone w foteliku samochodowym w sprytny sposób umocowanym do bagażnika. Osobiście uważam jednak, że było na to stanowczo za wcześnie. Dziecko powinno pewnie siedzieć i trzymać główkę a wówczas mamy dwa sposoby do wyboru: fotelik lub przyczepkę dziecięcą. Osobiście polecam przyczepkę ze względu na wygodę dziecka, bezpieczeństwo a także ładowność. Jednak należy pamiętać, że przyczepka z dzieckiem waży nawet ponad 20 kg, więc dotychczasowe górki mogą być już nie do zdobycia. Jeśli już się zdecydujemy na podróżowanie z przyczepką to należy pamiętać, że dziecko szybko się nudzi trasą, więc będziemy musieli robić przerwy co 15-30 minut.   Wiek 5-6 lat.       Wiek 5-6 lat, to czas kiedy dziecko wyrasta z przyczepki więc najwyższa pora aby samo jeżdziło na rowerze ... na 2 kółkach. Najlepszym dla dziecka w tym wieku jest rower na kołach 20". Jednak przed pierwsza wyprawą polecam trochę w dziecku zaszczepić żyłkę sportowca. Dobrym na to sposobem jest udział w maratonach rowerowych na krótkich dystansach czyli 5-15 km. Po takim zahartowaniu możemy śmiało wybrać się na tygodniową wyprawę. I tu należy pamiętać o paru zasadach: - dziecko praktycznie nie może mieć żadnego ciężaru na rowerze. Wszelkie jego rzeczy musimy wieźć za niego. - tempo jazdy dostosowujemy do dziecka, a to będzie wynosić nie więcej niż 10 km/h - dystanse jakie będziemy pokonywać będą niewielkie. Zalecam co 2-5 km robić przerwy podczas jazdy urozmaicając je o różnego rodzaju atrakcje typu: lody, lokalne place zabaw, zabawy na plaży, zwiedzanie kapliczek, zamków i muzem. - polecam w czasie podróżowania nie patrzyć na licznik i na przejechane km. Najlepszą metodą na udane podróżowanie jest jazda na czas czyli np jazda od godz 9-10 do godz 18-19. Oczywiście nie mam na myśli jazdy non-stop. - ostatnią rzeczą o jakiej musimy pamiętać to fakt, że dziecko nie mając siły w nogach nie będzie wstanie podjeżdżać pod wzniesienia i górki. Dlatego właśnie na początku trzeba wybierać trasy możliwe płaskie.     Wiek 9-11 lat     W wieku 9-11 lat dziecko nabywa juz sił w nogach i kondycji. Jest to dobra pora aby dziecko zaczęło wozić małe sakwy. Możemy także zmienić rower na większy czyli na 24 calowych kołach. Także i pokonywanie trudności drogowych typu podjazdy czy kopny piach nie będzie już dziecku nastręczać większych trudności. Teraz jak już wiemy co dane dziecko potrafi możemy zaplanować trasę, a trasę należy planować tak aby: - nie poruszać się głównymi drogami gdyż na takich drogach ruch jest przerażliwie duży i szybki więc poruszanie się "czerwonymi" drogami ani nie będzie miłe ani bezpieczne. Także i drogi "żółte" nie nadają sią do turystyki z dziećmi. - poruszać się drogami lokalnymi, które nie prowadzą przez wsie i miasteczka. To zapewni nam niskie natężenie ruchu drogowego. W Polsce prawie każda gmina ma znakowane szlaki rowerowe. Niestety osoby znakujące je ani przez chwilę nie pomyślały o tym, że tymi szlakami będą się poruszać rowerzyści z sakwami w dodatku z dziećmi. Dlatego gdy zobaczymy ów szlak nie podążajmy nim na ślepo! Popatrzmy na mapę i prześledżmy jego trasę. Jeśli biegnie drogami lokalnymi to ok, jeśli jednak prowadzi drogami głównymi, przez duże miasta czy piaszystymi drogami przez pola i lasy to wówczas opracujmy alternatywną trasę.     Zanim wyruszymy na pierwszą rodzinną wyprawę po Polsce dobrym pomysłem jest wyruszenie na tygodniową wyprawę po Bornholmie. Dlaczego? Bo ta wyspa jest stworzona do rodzinnej turystyki rowerowej! Małe miasteczka, niskie natężenie ruchu, uwaga kierowców, mnogość szlaków rowerowych i zróżnicowany teren daje okazję do poznania możliwości swoich własnych i swoich dzieci.   Wiek 14-16 lat.   To już nie dziecko lecz młodzież więc zmieniamy rower na 26 calowe koła i możemy śmiało go w pełni obciążać i pokonywać kilkudziesięcio kilometrowe trasy. Teraz dziecko już nie jest dzieckiem lecz jest partnerem.     Tekst i zdjęcia: Robert Ostrowski

robertrobert1

robertrobert1

 

Ekstrakcja

Pojawił się nowy wpis: http://blog.bosorowerem.pl/?p=1680 Wątku łożyskowego ciąg dalszy. Chciałbym się pochwalić nowym narzędziowym nabytkiem w postaci ekstraktora do łożysk. Chińczyk, ale wykonanie wystarczająco dobre. Poza tym podejrzewam, że większość narzędzi markowych i tak jest robione w chinach, a fabryka zmienia tylko nadruk. Jakiś czas temu nabyłem też praskę do łożysk HT2. Też przydatne narzędzie, tym bardziej, że Shimano ma ewidentną chrapkę do uczynienia HT2 standardem... A niestety HT do trwałych nie należy.

mklos1

mklos1

 

Jak do pierwszych potyczek z samym sobą doszło

Wypadałoby dokończyć słowotok z poprzedniej notatki, bo mimo wielu zużytych liter nadal uwierają mnie kolejne. Wiadomo już jak to się stało, że mi się zachciało szaleństw na rowerze. Opowieść utknęła na narodzinach chwalebnej idei wykorzystania odkrytego toru freeride do nauki tejże dyscypliny oraz chęciach odbudowy dawnej świetności tego miejsca. Oto, co los przyniósł.   Z kolegą z roku wpadaliśmy na leśną miejscówkę raz w tygodniu. Trochę żeby pozwiedzać, pojeździć, ale też coś naprawić. Skonstruowałem sobie nawet saperkę do tego celu; złamany trzonek od jednego szpadla, złamane ostrze drugiego, godzinka roboty i jest. Kolega sprawił sobie małą, składaną saperkę. Nie będę przynudzał o odgarnianiu liści i naprawianiu osunięć na trasie. W zasadzie nic wielkiego nie zdziałaliśmy: dwie małe hopki, jedna wyprofilowana banda, dwa załatane mostki (w tym ten, co mnie niegdyś przerażał i od szmat przezywał). Jakoś ten nasz zapał przycichł, za co można winić fakt, że nasze przedsięwzięcie składało się z: - 2 rowerów, - 2 kolarzy, - 1 kasku, - 2 słabych saperek. Do czasu.   Pewnego czwartku, na torze zastał nas pewien specyficzny człowiek. Wyziomalowany ziomal z tych bardziej ziomalskich. Tak ze 30 lat, na beemiksie. Nie będę zdradzał szczegółów, ale rozmowa z tym człowiekiem podlała w duszy mej zniewieściałej zasadzone wcześniej ziarno frirajdu. Wyziomalowany ziomal użył w tej rozmowie pewnego słowa. Ja wiem, że szanownej braci Forumowej kojarzy się ono głównie z hiphopowcami z gimnazjum (mnie również), ale to co się pod nim kryje, ma cholernie istotne znaczenie. Zajawka. Czyli, inspiracja, pasja, motywacja... co tam jeszcze. Ale to nie do końca to samo co te trzy słowa; inspirować to się może poeta ładnymi cyckami, pasja to może być zbieranie znaczków, motywacja to jest 200 zł do ręki. A zajawka - mózg wywija na lewą stronę, leje miód na serce i daje kopa w dolną część pleców krzycząc "jeszcze tu stoisz?!". Z natury jestem stoikiem, mój śmiech polega zwykle na szybszym wypuszczeniu powietrza nosem, a smutek polega na wypowiedzeniu zaklęcia k...a mać. A tu proszę, zajawka.   Rok akademicki, jako że to już piąty, skończył się szybko i spotkania torojezdne i torobudowlańcze przestały się odbywać. Ziarno jednak kiełkowało i usilnie chciałem kontynuować dzieło. Skrobnałęm więc post na lokalnym forum rowerowych szaleńców, ale nie było odpowiedzi. Czas mijał, a ja zbroiłem się - zmieniłem ramę, kupiłem kask fullface, do tego dokonałem kilku pomniejszych usprawnień roweru. Tak oto mój krosiarski Accent stał się eNeSem z aspiracjami frirajdowymi. Wtem pewnego dnia...   Mój post na forum zyskał odpowiedź. Okazało się, że nie tylko mnie zależy na odratowaniu zapuszczonej "Kanady". Byłem wtedy już poza Toruniem, ale gdy zaczął się wrzesień, wystrzeliłem tam natychmiast. Mam teraz pewne pojęcie, jak może się czuć uczestnik randki w ciemno... Otóż któregoś dnia na tor wyjechałem spotkawszy w umówionym miejscu autora odpowiedzi na mój post. Człowiek ów okazał się sporo młodszy ode mnie wiekiem, ale sporo starszy techniką jazdy. Od tamtej pory, jeździmy sobie przynajmniej raz w tygodniu na Tor i budujemy. Ekipa czasami powiększa się o dodatkowego osobnika, a wtedy nasza firma liczy: - 3 rowery, - 3 kolarzy, - 3 kaski, 2 pary ochraniaczy (jedne moje!), - 2 szpadle, saperkę, grabki, toporek, wiadro.   Moją ubogą saperkę zastąpił high-endowy szpadel, podobny jak ten na wyposażeniu nowego wspólnika. Ciekawym zjawiskiem są narzędzia "tamtejsze", które są tam ukryte od dawien dawna. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie są. Obecnie większość tras na "Kanadzie" jest w stanie dobrym a kilka nawet w bardzo dobrym. Niestety, są też trasy w stanie rozkładu i wiejące nudą. Brakuje też gdzieniegdzie sensownego połączenia odcinków w dłuższą linię przejazdu.   Tak, jest już całkiem gdzie pojeździć, a zajawka wisi w powietrzu nad wyraz często; głownie za sprawą frirajdowego mego wspólnika. Młodzian ów z gracją oblatuje najbardziej hardkorowe atrakcje jako pierwszy. Staram się zbytnio nie odstawać, ale dusza moje zniewieściała częstokroć musi ze zdrowym rozsądkiem negocjować warunki przejazdu (o tym będzie w następnej notatce). Naprawdę, czyste pokonanie wysokiej hopy dostarcza niezapomnianych wrażeń, polecam gorąco!   Tak doszło do pierwszych ekstremalnych zjazdów mojej osoby. Zaskakujący jest postęp, jaki może się dokonać w ciągu paru godzin, ba! Minut! Większość problemów z trudnymi przejazdami oraz wysokimi i dalekimi skokami bierze się z wewnątrz głowy. Protip: czytelniku, jeżeli usłyszysz kiedyś, gdy jakiś jeździec FR/DH/DJ wydaje z siebie krótkie stęknięcie, oznacza to, że w myślach właśnie odmówił zdrowaśmaryjo albo wypowiedział stosowną do sytuacji wiązankę przekleństw. Tak jest, chodzi o to by przekraczać granice, ale towarzyszy temu często krzyk zdrowego rozsądku. Sam czasem jestem po 8-sekundowym przejeździe tak naładowany adrenaliną, że trudność sprawia mi trafienie palcem do nosa. Niewiarygodne, że kilka górek może człowiekowi wykręcić mózg jak mokrą skarpetę. Krzyk radości wyrywa się czasem z siłą strącającą wiewiórki z sosen.   Zatem od jakiegoś miesiąca jestem początkującym adeptem frirajdu. Potyczki ze samym sobą towarzyszą mi praktycznie przy każdej okazji pobytu na Torze. Warto wspomnieć, że w Toruniu jest już dawno oficjalny tor DH/FR plus kawałek 4X, ale niestety nie dorosłem jeszcze do poziomu by dobrze się na nim bawić. Na dodatek, niezbyt mi tam po drodze... ale któregoś dnia polecę tam co się da. A na "Kanadzie" zmierzę się z tym:     Tak, tak. To jest na toruńskiej "Kanadzie". Obecnie niestety rozwalone są zarówno wyskok jak i lądowanie, ale co to za problem odbudować? Oczywiście to co było, do tej pory przyprawia mnie o zawrót głowy, powyższa fotka to właściwie wielkie nic.   Podsumowanie dzisiejszego bełkotu. Jeżeli ktoś kiedyś miałby wątpliwości, czy zjeżdżanie i fruwanie rowerem jest na tyle przyjemne, żeby ryzykować kontuzją, odpowiadam:   Niech powietrze w dętkach (i bezdętkach) będzie z Wami!

djzatorze

djzatorze

 

Podlasie, sierpień 2008

Podlasie czyli Szlakiem Bocianich Gniazd.   Jest sierpień 2008 czyli pełnia lata i sezonu wakacyjnego. Mając kilka dni urlopu i niechęć do odbywania dalekich wojaży wybrałem Podlasie i Nadbużański Park Krajobrazowy aby razem z rodziną doładować akumulatory przed szybko nadchodzącymi szarymi dniami. Gęsta sieć lokalnych dróg, małe nagromadzenie atrakcji turystycznych gwarantowało ciszę i spokój.     Dzień 1.   Trasa: Węgrów - Stara Wieś - Łochów   Wstając skoro świt po 1,5 h jazdy samochodem dojechaliśmy do Węgrowa. Tam zostawiając samochód na parkingu obok kampingu udaliśmy się szlakiem rowerowym w kierunku wsi Popielów . Przez pierwsze km szlak prowadził pasem dla rowerów i lokalną mało ruchliwą drogą.   W okolicy wsi Turna obraliśmy kierunek drogą przez łąki i zaznaczony na mapie mostek na Starą Wieś aby obejrzeć znajdujący się tam Pałac Radziwiłłów.     Całe Mazowsze i Podlasie leży na piaskach więc poruszanie się gruntowymi polnymi drogami na jucznych roweruch nie należy do przyjemności. Do przyjemności nie należało także odkrycie, że mostku przez Liwiec nie ma. Nie pozostało nam nic innego jak jazda przez łąki do najbliższej przeprawy.       Podążając przez wieś Borzychy łapiemy gumę.   W trakcie naprawy odkryłem, że uszkodzenie jest w okolicy wentyla więc jest nienaprawialne...pierwsze straty.   Po dojechaniu do Starej Wsi zastaliśmy odrestaurowany pałacyk zamknięty na cztery spusty. Szkoda bo architektura obiektu i potężny ogród gwarantowały mnóstwo wrażeń.     Nie pozostało nam nic innego jak tylko opuścić niegościnne progi i udać się szutrową drogą do kolejnego celu czyli Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego.     Szutrami dojechaliśmy do asfaltu biegnącego przez wieś Żulin. Droga ta nie miała ani jednego zakrętu i nie poruszał się po niej ani jeden samochód. Było to bardzo dziwne. Wkrótce przekonaliśmy się dlaczego... asfalt się skończył a droga, nadal prosta, zamieniła się w malowniczą gruntówkę.     Tą drogą dojechaliśmy do lasu, w którym to zrobiliśmy długi popas na jagody. Niestety w nieznanym lesie ciężko połapać się w sieci ścieżek leśnych więc błądzimy. Ratunkiem jest kolejna trasa terenowa do głośnej trasy samochodowej.     Na szczęście koszmar poruszania się drogą krajową szybko mija i z powrotem wjeżdżamy na lokalne szutrowe drogi. Teraz już bez stresów podziwiając okolice nad Liwcem dojeżdżamy do Łochowa. W lokalnej knajpie jemy obiad. W trakcie posiłku jesteśmy zagadywani przez właściciela, który zaproponował nocleg na jego posesji. Ponieważ okolica knajpy była w centrum więc odmówiliśmy. Udaliśmy się na 3 km dalej położoną ustronną polankę nad Liwcem. Było uroczo!     Statystyka dnia 1: dystans 41,3 km czas jazdy 4,04 h prędkość średnia 10,1 km/h temperatura max 29,9 st C temperatura min 11, 4 st C dzienna suma przewyższeń 107 m   Dzień 2.   Trasa: Łochów - Kamieńczyk - Szumin   Dzień 2 rozpoczęliśmy od niecodziennej atrakcji a mianowicie zwiedzaniem Muzem Gwizdka w Gwizdałach.     Dalsza marszruta to bezstresowe poruszanie się asfaltem przez Łazy do Kamieńczyka.     Przed samym dojazdem robimy długi postój nad Liwcem. Dzieciaki mają frajdę brodząc w płytkiej rzece a my chłodzimy się po przypiekającym słońcu. Kamieńczyk w XV w. miał prawa miejskie więc zachowała się charakterystyczna zabudowa a także drewniana dzwonnica z 1885. Jemy obiad w lokalnym barze i w dalszą drogę. Niestety droga ta mimo, że prowadziła po oznakowanym szlaku turystycznym okazała się całkowicie nie przejezdna dla naszych rumaków.     W poszukiwaniu przejezdnego szlaku docieramy nad Bug.     Chwila jazdy po ciasnych leśnych ścieżkach i znowu lądujemy na nieprzejezdnym rowerowym szlaku.     Docieramy do wsi Szumin i legalnego miejsca biwakowania.     Niestety mimo licznych tablic proekologicznych teren był zanieczyszczony i zaniedbany. W dodatku brak jakiejkolwiek wody skłonił nas do dalszej wędrówki. I bardzo dobrze bo okazało się, że za kilka km czekała na nas odludna skarpa ze wspaniałym dojściem do wody.     Kolejna kąpiel po upalnym dniu była wskazana.     Rozbijamy się na noc.     Statystyka dnia 2: dystans 38,4 km czas jazdy 3,2 h prędkość średnia 11,5 km/h prędkość max 33 km/h temperatura max 44,8 st C temperatura min 12,9 st C   Dzień 3.   Trasa: Szumin - Sadowne - Treblinka   Pierwsza część trzeciego dnia to jazda przez podlaskie wsie, na których to można jeszcze spotkać tradycyjne pojazdy pociągowe...     ... i tradycyjne wiejskie zabudowania.     Także i okolica była malownicza.     Docieramy do tablicy informującej o Szlaku Bocianich Gniazd. Nagle coś Piotra zainteresowało...     Był to pierwszy bociek! Wiec tablicę nie postawiono na darmo...       Ponieważ temperatura mocno daje się we znaki robimy w tym miejscu dłuższy postój.     Zacienioną aleją udajemy się do miasteczka Sadowne, w którym to mamy w planie zjeść obiad i zwiedzić Muzeum Etnograficzne. Niestety istniejący na mapie hotel okazał się Domem Weselnym a istniejąca w nim restauracja była otwierana na co najmniej 100 osobowe grupy. Muzeum Regionalnego także nie udało się obejrzeć pomimo kontaktu telefonicznego z kustoszem. Od razu wykluczyliśmy dojazd do Broku gdyż to wiązałoby się z jazdą ruchliwą drogą krajową. Nie pozostało nam nic innego jak tylko kupić w lokalnym markecie makaron i klopsy w słoiku i przyrządzić strawę na łące po za niegościnnym miasteczkiem.     Po posiłku skierowaliśmy się w kierunku Treblinki. Droga wiodła pośród malowniczych łąk, na których to czerwononogie ptaki przypominały nam, że w dalszym ciągu znajdujemy się na Szlaku Bocianich Gniazd. Koło miasteczka Prostyń mapa pokazywała 2 jeziorka z ewentualnie fajnym noclegiem. Niestety okazało się, że jedno jeziorko jest całkowicie zarośnięte a drugie nie oferuje żadnego dogodnego dostępu do wody.     Ponieważ powoli się ściemniało stwierdziłem, że musimy udać się na Bug gdyż tam musi być dostęp do wody. Pędem pojechaliśmy przez Borowe i mijając pustą drogę krajową Małkinia-Sokołów Podlaski udaliśmy się nad rzekę.     Tam czekało na nas miejsce biwakowe "pod krzyżem".     Wieczorny posiłek spożywaliśmy przy czołówkach.     Statystyka dnia 3: dystans 41,4 km czas jazdy 3,28 h prędkość średnia 11,9 km/h prędkość max 22,5 km/h temperatura max 40,3 st C temperatura min 15,7 st C dzienna suma przewyższeń 94 m   Dzień 4.   Trasa: Treblinka - Kosów Lacki - Seroczyn     O poranku zapragnąłem wyjaśnić tajemnicę pustej drogi krajowej. I oto co odkryłem:     a także ...     W tej sytuacji poruszanie się drogą krajową było nadzwyczaj bezpieczne. W drodze do Treblinki i Muzeum Zagłady zatrzymaliśmy się na małe, zimne co nieco.     Treblinka. Dojechaliśmy do kolejnej "atrakcji" turystycznej.     Cały obóz został spalony i całkowicie zrównany z ziemią i tylko dzięki świadkom udało się odtworzyć jego istnienie. Oto co zobaczyliśmy:   Symboliczną bocznicę kolejową i symboliczny obozowy mur...     ...symboliczne komory gazowe i krematorium...     ...symboliczny niemiecki bunkier...     ...miejsce niewolniczej pracy...     ...oraz miejsce po obozowych barakach.     Z Treblinki, udaliśmy się pieszym szlakiem z powrotem do drogi krajowej prowadzącej na Kosów Lacki. W trakcie drogi złapał nas deszcz. Schroniliśmy się pod leśną wiatą pozostawiając rowery na deszczu. Mając sakwy Ortlieba można sobie pozwolić na taką beztroskę.     Po dojechaniu do miasteczka okazało się, że są tylko dwie knajpy z czego jedna podaje niezbyt świeże jedzenie. Więc wyboru nie mieliśmy. W tym miasteczku zatankowałem benzynę do kuchenki wielopaliwowej NSR. Nie rozumiem dlaczego zawsze właściciele stacji dziwią się gdy pragnę zatankować metalową butlę-kanister o pojemności 0,75 l ?   Z miasteczka udaliśmy się w kierunku Sterdyń-Osada mijając po drodze wiekowe wiatraki-młyny.     Kolejny cel osiągnięty i ...     ...kolejna porażka. Następny pałacyk zamknięty przed wścibskim okiem turystów.     O zmierzchu dotarliśmy do wsi ------- gdzie w wiekowym parku, obok zabytkowych zabudowań rozbiliśmy się na noc.     Statystyka dnia 4: dystans 46,7 km czas jazdy 4,07 h prędkość średnia 11,5 km/h prędkość max 35,5 km/h temperatura max 30,7 st C temperatura min 12,8 st C dzienna suma przewyższeń 25 m   Dzień 5.   Trasa: Seroczyn - Jabłonna Lacka - Drohiczyn     Budzi nas ujadanie Rambo, psa-ratlerka gospodyni. Śniadanie i krótka trasa terenowa i długa, nudna lokalna szosa.     Tę nudę przerywamy krótki popasem...     ...na mirabelki...mniam!     Okoliczny krajobraz coraz częściej potwierdzał, że to ostanie dni lata.     Dojeżdżamy do Gródka. Kiedyś był tu hotel i restauracja. Teraz wszystko umiera.   Kolejny cel podróży to Rezerwat Skarpa Mołożeska. Po dojechaniu na miejsce, że aby dotrzeć w to miejsce trzeba przejść przez rozległe pastwisko.     Jednak udaje nam się dostrzec wspomnianą skarpę.     W tym miejscu Bug tworzy urocze zakola i rozlewiska.     W piekącym słońcu podążamy do kolejnej atrakcji: zabudowań zespołu poklasztornego, w którym aktualnie ulokował się Dom Opieki Społecznej.       Zabudowania są na skarpie a w dole w dalszym ciągu malowniczo wije się Bug.     W tym miejscu także napotykamy na legalne miejsce obozowania. Niestety pora była zbyt wczesna aby można było z tego zaproszenia skorzystać. W dalszą drogę udaliśmy się zacienioną aleją.     Dojeżdżamy do głównej drogi łączącej Siemiatycze z Sokołowem Podlaskim. Tutaj usytuował sie hotel i restauracja. Korzystamy w pełni z wygód "cywilizacji".   Po posiłku z pełnymi brzuchami zjeżdżamy na most przez Bug. Most jest drewniany ale na dechy położono asfalt co sprawia, że po każdym przejechanym Tirze powstają świeże ubytki w nawierzchni. Za mostkiem we wsi Tonkiele skręcamy i napotykamy na cmentarz.       O zmierzchu docieramy do Drohiczyna.     Rozbijamy się nieopodal miejskiej plaży.     To było fatalne miejsce. Ciągłe samochodowe wycieczki i odgłosy z sąsiednich obozowisk nie pozwoliły w pełni się zrelaksować po męczącym dniu. Na szczęście w nocy przeszła potężna burza, która szybko zredukowała ilość "turystów".   Statystyka dnia 5: dystans 39 km czas jazdy 3,32 h prędkość średnia 11,2 km/h prędkość max 47 km/h temperatura max 42 st C temperatura min 16,2 st C dzienna suma przewyższeń 24 m   Dzień 6.   Trasa: Drohiczyn -Bujaki - Siemiatycze.   Nad ranem przekonaliśmy się o jej skutkach.     Na zwiedzanie nie poświęciliśmy zbyt wiele czasu gdyż ten dzień był dniem świątecznym i całą uwagę poświeciliśmy na zdobywaniu pożywienia.     Droga przez Bujaki okazała się kolejną drogą bez ani jednego samochodu zarówno na asfalcie...     ... jak i na szutrze...     Docieramy do ... Siemiatycz, kolejnej cywilizacyjnej oazy. W poszukiwaniu knajpy objechaliśmy cale miasteczko ale wszystko było zajęte przez śluby i wesela. Jedynie liczne budki z lodami stały dla nas otworem. Wizyta w Siemiatyczach miała także cel komunikacyjny. Chciałem się posiłkować usługami PKP. Niestety dziennie z tego miasta odjeżdżały 2 pociągi i w dodatku w idiotycznych godzinach I znowu musimy opuszczać kolejne niegościnne miasteczko. W poszukiwaniu oazy spokoju docieramy nad Bug.     Pomimo, że już zakończyliśmy dzienną marszrutę to nie był to koniec atrakcji. W nocy rozpętała się niesamowita burza. Falami naszymi namiotami targały niesamowicie silne porywy wiatru by po chwili niebo wylało na nas chyba całą wodę z pobliskiego Bugu. A wszystko to przy akompaniamencie piorunów i grzmotów. Co chwila sprawdzałem co się dzieje z naszym dobytkiem a także co się dzieje z naszymi dziećmi. O dziwo... dzieci cały czas spały snem kamiennym a dobytek nie odniósł najmniejszego uszczerbku. Gdy ucichło mogłem dopiero zasnąć.   Statystyka dnia 6: dystans 28,9 km czas jazdy 2,38 h prędkość średnia 10,8 km/h prędkość max 25,8 km/h temperatura max 32,8 st C temperatura min 19 st C dzienna suma przewyższeń 213 m   Dzień 7.   Trasa: Siemiatycze - Korczew - Konaty     Poranek to suszenie rzeczy po nocnej burzy ale tylko tych rzeczy, które nie były umieszczone w wodoodpornych sakwach Ortlieb'a. Szukamy skrótu przez las. Poszukiwania zakończyły sie na kanale nie do pokonania więc trzeba było zawrócić.     Jedziemy do wsi i dzięki pomocy miejscowych chłopów odnajdujemy mostek pozwalajacy zaoszczędzić kilka km drogi.     Teraz czeka nas sprint drogą krajową by za Bugiem zjechać z powrotem na spokojne wiejskie drogi.     Dopiero teraz mogliśmy podziwiać siłę zniszczenia niedawnej burzy.     Mimo to nadal jest gorąco więc odpoczynki były dość częste.     Kompletnie wykończeni docieramy do Korczewia. Parę lat temu byliśmy w tym miejscu więc z zaciekawieniem oglądaliśmy wszelkie zmiany.     Od razu spostrzegliśmy wyremontowaną elewacje pałacu a także muru otaczającego tę posiadłość.     W środku też uczyniono znaczny postęp i co najważniejsze udostępniono do zwiedzania.     O niezwykłości tego miejsca świadczą wiekowe, oryginalne drewniane kolumny. Uszkodzenia celowo pozostawiono aby pokazać z jak unikalnego drewna są zrobione. Uszkodzenia powstały w czasie II wojny światowej kiedy to wojsko rosyjskie próbowało je porąbać na opał.     Posiadłość w Korczewie otacza ogromny park w którym to warto było poszukać cienia.     I tutaj widzimy niszczycielskie dzieło burzy.     Mając w pamięci przeżycia zeszłej nocy i niszczycielskie obrazy z wielką obawą spoglądaliśmy w niebo.     Pogoda pozwoliła nam jedynie dojechać do wsi ----. Pośpieszne rozbijanie namiotów i oczekujemy "powtórki z rozrywki"     Burza przyszła szybko więc wszyscy we czwórkę siedzimy w jednym namiocie.   Statystyka dnia 7: dystans 40 km czas jazdy 3,22 h prędkość średnia 11,9 km/h prędkość max 56,5 km/h temperatura max 43 st C temperatura min 13,6 st C   Dzień 8.   Trasa: Konaty - Węgrów.   O poranku powitał nas gospodarz terenu wypytując się czy nic się nam nie stało. Następnie poczęstował nas warzywami ze swej ziemi. Było miło. Oględziny dobytku wykazały, że mając sakwy Ortlieb'a żadna burza nie jest straszna. Miło nie było gdy odkryłem gumę w rowerze córki. Szybka naprawa i w drogę by móc znowu "podziwiać" niszczycielską siłę natury.     Wybieram jak najkrótszą drogę aby jak najszybciej znależć się w Węgrowie.     Co chwila napotykamy na naturalne utrudnienia.     Podziwiamy typowe podlaskie zabudowania...     co chwila patrząc z niepokojem w niebo...     W pewnym momencie tuż przed nami przeleciał bociek. Czyżby na pożegnanie?     Podsumowanie. Wyprawa trwała 8 dni podczas których pokonaliśmy ponad 300 km tak więc tempo było lajtowe. Zobaczyliśmy wiele pałaców i posiadłości ziemskich. Szkoda, że niektóre były niedostępne dla turystów. Niedostępna okazała sie także bardzo i tak skąpa sieć gastronomii. Można mieć także pretensje do kilku szlaków turystycznych poprowadzonych albo piaszczystymi drogami albo ruchliwymi drogami bez poboczy. Na szczęście pogoda, przyroda i ludzie zrekompensowały nam w/w niedostatki.   Uczestnicy: Ada lat 6, Piotr lat 10, Dorota moja żona i Robert czyli ja.

robertrobert1

robertrobert1

 

No i jest blog. Może bez sensu? A tam, wstęp!

Cóż, stało się. Powstał blog, ale raczej będę trzymał się nazwy Notatki. Cel#1: dokumentacja tego co się może w głowie dziać zwykłemu człowiekowi gdy mu się zachce frirajdu, kiedy wcześniej zawsze kroskantry. Cel#2: zmuszenie się do składania poprawnych zdań po polsku. Ta umiejętność może się w życiu jeszcze przydać (chociaż internet świeci przykładami że u niektórych potrafi ona zaniknąć).   Użytkowniczy blog to nie fejsbuk, żeby pisać masę pierdół, żeby wszyscy mnie widzieli... ale na pewno się jakieś zdarzą, pewnie nawet gęsto, nie sposób ich uniknąć. Mogą wręcz zdarzyć się w nieprzyjemnej ilości. Wiadomo, cykloza robi swoje i pewnie zdarzy się jakiś wylewny komentarz jaką to wspaniałą część do roweru udało mi się zdobyć albo jaką piękną trasą jechałem Chcę jednak głównie wywalić z głowy zalegające myśli i zastąpić je kilkoma zdaniami, żebym nawet ja je zrozumiał   Koniec, dobra, dosyć tego suchego wstępu, jedziem z tym koksem. Jak to się stało że usilnie próbuję zrobić z siebie kolarza freeride? Jak to się stało że w ogóle jeżdżę tak a nie inaczej? Trzebaby się cofnąć trochę w czasie, żeby sens przynajmniej śladowo zachować. No dobra, jest sobie rok 2012, piździernik za pasem, zaczynam być studentem drugiego stopnia geografii. Pierwszy raz mieszkanie, już nie akademik. Już nie będzie wstawania z łóżka 10 minut przed zajęciami, 3 kilometry na uczelnię! Kurde bela. Myślę - rower. No proste. W listopadzie staję się dumnym posiadaczem roweru XC, firmy Mexller. Osprzęt Altus, rama alu, w miarę lekki (z tym rowerem wiąże się smutna historia ale to kiedy indziej). Potem był Alton, stalowe krosiwo z obniżoną górną rurą, jeszcze przed remontem. Na komunię go dostałem przed laty Przygnębiający stan jego napędu i brak czasu na reperacje zmuszają mnie do pożyczenia domowego makrokesza... Przemęczyłem się na wymienionych sprzętach do lipca 2013. Zmobilizowałem się i wszelkie zarobione pieniądze przeznaczałem na części do nowego Roweru. Roweru przez duże Ry, który nie miał być byle środkiem transportu, tylko pasją! Niestety, Brutalna Rzeczywistość zajrzała do portfela i zadowolić się musiałem częściami tanimi i używanymi. Rower ten składałem kompletnie bez sensu, bo ramę kupiłem niemal na samym końcu ale każdy kiedyś zaczynał... Na szczęście, udało się złożyć całkiem niezły, działający pojazd. Jeździłem sobie więc moim Accentem El Norte na uczelnię i po okolicznych lasach, ciesząc się tą prostą czynnością ile wlezie. Aż pewnego dnia dotarłem TAM.   I zaczęło się.   Niedaleko lotniska, jest sobie w Toruniu miejsce znane mieszkańcom jako Kacze Doły. Większość z nich (mieszkańców, nie dołów) kojarzy, że wśród tamtejszych sosen błyszczał uroczy stawik, nad którym Torunianie spędzali wolne niedziele. Obiło mi się o uszy, że stawik był jeszcze wcześniej wyrobiskiem gliny, ale nie wiem czy to prawda. No i te Kacze Doły ukazały przed mą duszą zniewieściałą... Tor. Zniszczony, ale niewątpliwie był to tor. Mimo zalegającego materaca liści dało się wypatrzyć dawne trasy przejazdu. Mnie, chuderlawemu krosiarzowi, wysokie na pół metra hopy wyrywały z ust szepcące bluzgi pełne niedowierzania, że tak ktoś tu sobie ot, jeździł. Tu, w Toruniu, pod moim nosem. A były i wyższe konstrukcje, których majestat przerażał niedoświadczonego chłopaczynę. Wpadałem tam czasem, mimo błota, deszczu i śniegu, żeby odkrywać kolejne fragmenty tras. Najbardziej kusił mnie 3-metrowy mostek przez strumyk. Dwie krzywawe kłody rzucone w poprzek głębokiego na 2 m wąwozu i na nich poprzybijane deseczki. Bałem się mostka, ale on kusił. "Przejedź po mnie, szmato", mruczał. Długo trwało zanim się odważyłem. Nie pamiętam kiedy, ale przejechałem w końcu, zestresowany i zadowolony. Jednak nie szmato, drogi mostku, przejechałem cię i nie boję się ciebie! Jakiś czas potem, na wikimapii odnalazłem Tor. W opisie kilka zdjęć z wiosny, w słońcu wszystko wyglądało lepiej. Tor okazał się mieć nawet nazwę - "Kanada". Jeszcze wtedy nie wiedziałem z czym to skojarzyć, człowiek nic nie wiedział... Dokopałem się w końcu do archiwalnych zdjęć z 2005 i 2006 roku, jak ów Tor wyglądał. Nastąpił wtedy w mojej głowie przełom. Szepcące bluzgi pełne niedowierzania po raz kolejny wyrwały się z moich ust. Tor, z wielkiiiimi hopami, mostkami na drzewach, nawet pionową ścianą do wjeżdżania rowerem, a na nim - ludzie! Ludzie na rowerach na krawędziach wyskoków, na rowerach na ścianie, na rowerach w powietrzu. Ma dusza zniewieściała widziała takie tam rzeczy we telewizorze, ale żeby Tu, w Toruniu, pod moim nosem?! Zapragnąłem być frirajdowcem. Brutalna Rzeczywistość, moja stała towarzyszka życia, słusznie zauważyła że może być trudno nauczyć się tak jeździć. Niemniej miałem już trzy składniki, żeby stworzyć z siebie rajdera: chęci, rower i tor.   Intrygujacym odkryciem podzieliłem się z kumplem. Pokazałem co na torze było, a co jest i że można by sobie poćwiczyć technikę na jakichś najcieńszych traskach dla siuśków takich jak my Chęci się wyklarowały i pojechaliśmy tam raz czy dwa. Niestety, znowu Brutalna Rzeczywistość miała coś do powiedzenia. Tor był po zimie w naprawdę złym stanie. Przejezdne były może 2, 3 trasy. Narodziła się więc idea - można tor naprawić. No toć przecież! Tutaj narodził się w zniewieściałej mej duszy plan, żeby jeździć oraz budować, a przez to nauczyć się jazdy rowerem po tym wszystkim, co wcześniej wyrywało te bluzgi niedowierzania. Tak oto zachciało mi się być frirajdowcem. Chuderlawemu chłopaczynie na rowerze XC. Co z tego wynikło i jak to się stało że jeżdżę na tym, na czym jeżdżę, skrobnę w następnym wpisie. Bonus dla tych, co wytrwali całą tą ścianę tekstu: pierwsze litery akapitów tworzą nazwę surowca na najwyższe odznaczenie, jakie może otrzymać uczestnik tego wątku. Druga w nocy dochodzi, aj jej, dosyć tego.   Aloha!

djzatorze

djzatorze

 

Pedały- czy opłaca się je serwisować.

Witam Coś w moich pedałach zaczęło trzeszczeć i musiałem jedno z nich rozebrać. Okazało się że 1 kulka doszczętnie zniknęła. Więc pomyślałem sobie pójdę do sklepu i sobie ją dokupię. I tu zaczyna się problem bo do pedałów nie ma kulek na sztuki a potrzebna była tylko jedna. A ja jak zmieniam to zmieniłbym wszystkie. A więc sobie to skalkulowałem. 1 wianek-7 kulek kosztuje 2 ziko. Ja potrzebuje 26 kulek (13 na 1 strone i 13 na drugą strone) potrzebuje 4 wianki więc wychodzi 28 kulek=8 ziko. Niby nie dużo ale zawsze. Najtańsze pedały kosztują-20zł Oceńcie sami czy się opłaca. Więc pomyślałem sobie kupie kulki od wolnobiegu. Niestety są minimalnie mniejsze i to nie jest za dobrze ale skręciłem i zobaczymy ile km przejedzie:   Jak byście chcieli mogę napisać poradnik krok po kroku jak rozebrać taki pedał... Ale wiem jedno.. Na kolejny sezon będą łożyska maszynowe. Dziękuje za przeczytanie do końca.

marcinek1992

marcinek1992

 

DIY - rowerowe narzędzie

Pojawił się nowy wpis: http://blog.bosorowerem.pl/?p=1668 Jestem z siebie dumny, bo nie dość, że pierwszy raz w życiu używałem tokarki (większość kolegów po fachu pewnie zna to narzędzie tylko z googla), to jeszcze z pozytywnym skutkiem. Pierwsze narzędzie rowerowe własnej konstrukcji.

mklos1

mklos1

 

Podlaski jesienny sprint 2014.

Podlaski sprint, jesień 2014   Pomysł wypadu na Podlasie zrodził się przy okazji weekendowego wypadu rowerowej grupy TTX. Ich celem było zwiedzanie Białegostoku i okolic. Ja postanowiłem ów wypad nieco rozszerzyć. Moje plany były nie sprecyzowane. A oto co z tego wynikło.     Dzień 1 ... dojazd.   Trasa...Małkinia - Zaręby kościelne - Wysokie Mazowieckie   Do Małkini dojeżdżam pociągiem. Szybka przekąska w lokalnym barze i startuję na żółtą drogę. Jest mało ciekawie więc odbijam na lokalne drogi. Ruch zdecydowanie słabnie ale widoki wcale się nie poprawiają mimo, że teren zaczął nieznacznie falować. Okolica jest nastawiona na produkcję bydła więc większości to same łąki. Tylko raz udało mi się zawiesić oko na kwitnącym rzepaku.     Planowałem dojechać aż pod Narew ale krótki jesienny dzień sprawił, że tuż za Wysokim Mazowieckim słońce w bardzo szybkim tempie chowało się za horyzont.     Byłem na łąkach więc groziła mi poranna rosa. Chcąc uniknąć pakowania mokrego namiotu schroniłem się do małego składziku na tyczki. Tyczki od pomidorów na niekończącej się łące? Dziwne.     Pomachałem trochę siekierką i mogłem walnąć się do wyra.     Dzień 2... jazda dookoła własnego cienia.   Trasa... Wysokie Mazowieckie - Białystok - Święta Woda - Czarna Białostocka - Supraśl   Temperatura w chatce szybko osiągnęła temperaturę jaka była na zewnątrz ale przynajmniej wszystko było suche zwłaszcza, że o poranku lekko siąpiło.     Rezygnuję z jazdy w deszczu aż do samego Białegostoku i posiłkuję się koleją.     W Białymstoku było nie wiele lepiej.     Na rynku szukam czynnego baru mlecznego i zajadam olbrzymią jajecznicę. Po posiłku snuję się białostockich uliczkach i grubo przed czasem zajeżdżam na stacje po resztę ekipy. Pojawia się słońce i zaczyna od razu przypiekać jak w lecie. Ponownie zajeżdżam na rynek, który w porannym słońcu zdecydowanie lepiej się prezentuje niż podczas deszczu.     Trochę zwiedzania. Tu mamy Pałac Branickich.         Z Białegostoku przewodnik-organizator prowadzi po DDRach wzdłuż głównych arterii wylotowych miasta. Koszmar! Próbuje negocjować nad zmianą trasy na jakąś bardziej lokalną ale pozostał niewzruszony. Dojeżdżamy planowo do Świętej Wody.         A póżniej kręcimy się w kółko lokalnymi szutrowymi drogami.     Czarna Wieś Kościelna. Zajeżdżamy z wizytą do kowala, który już dawno przerzucił się z kowalstwa użytkowego na kowalstwo artystyczne. Starzec z długą siwą brodą okazał się rubasznym gadułą więc płeć piękna była lekko zażenowana.     Nad lokalnym zalewem koło Czarnej Białostockiej. Ciekawostką jest fakt, że swego rodzaju estrada znajduje się na wielkim molo na dość dużej części jeziora.     W planie była także wizyta do łyżkarza ale zmotoryzowani nas ubiegli. Alternatywą był rajd po lokalnych kościołkach.     W trakcie szybkiego zmierzania na obrado-kolację w Supraślu udało mi się jeszcze uchwycić ostatnie chwilę zachodzącego słońca.     Po posiłku grupa ląduje pod dachem a ja obieram kurs na lokalne pole namiotowe. Tuż po wyjechaniu z miasta od razu błogosławię moje super mocne oświetlenie przednie. Bez najmniejszego trudu poruszam się po leśnych drogach odnajdując szeroką polankę. Czekam kilkanaście minut aż okolicznych krzaków wyjadą dymanko-samochodziki i rozbijam się.     Dzień 3 ... w poszukiwaniu przestrzeni.   Trasa ... Supraśl - Surażkowo- Kopna Góra - Szudziałowo - Krynki - Studzianka   Noc była chłodna ale mój zimowy śpiwór sprawował się wyśmienicie. Poranek oczywiście przywitał mnie gęstą mgłą i wielką rosą. W oczekiwaniu na pierwsze promienie słońca zrobiłem sobie w klapeczkach pieszy tour po okolicy.     Oglądam cudny wschód słońca nad Supraślą.     Po śniadanku, pieczona kiełbasa z ogniska, zebrałem się ruszyłem na objazd Supraśla.     Ekipa jakiś czas temu pojechała więc ja udałem się swoją drogą po okolicznych lasach. Kręte drogi i kopne piachy nie dawały najmniejszej satysfakcji z jazdy.     Surażkowo. Dojechałem do wsi zabitej dechami...dosłownie.     Tuż za nią otworzył się widok na bagienny rezerwat przyrody.   ..i dopływ Supraśli.     Koło Arboretum w Kopnej Górze spotykam oto taki dziwny znak. Strach się bać???     Spotykam ekipę, witam się i zarazem się z nią żegnam. Jazda szlakiem, którym właśnie przejechałem nie bardzo mnie interesuje. Dalej jadę lokalną nitką asfaltową. Koło niej spotykam polującego w ściernisku lisa.     Wierzchlesie. Po wyjechaniu na szutry można było się wreszcie rozpędzić a teren zaczynał lekko falować.     Otworzył się surowy jesienny wiejski krajobraz.         Dojeżdżam do miejscowości Krynki. Jedyna knajpa była zarezerwowana więc głód zaspokoiłem nieśmiertelnym kebabem. Trochę zwiedzania i dalej w trasę.       Planowałem jechać asfaltem do Bohonik ale pomyliłem trasę i wylądowałem na szerokich szutrach prowadzących obrzeżami Puszczy Knyszyńskiej. I dobrze bo ruch na nich był praktycznie żaden. .   Dojeżdżam do wątpliwej atrakcji.     Od razu klimat zaczął się psuć. .   Popsuła się także jakość dróg.     Na godzinę przed zmierzchem spostrzegam ambonkę. Okna, drzwi i ławeczka! Super! Takiej okazji nie mogłem przepuścić. .   Rozgaszczam się na noc. .     Dzień 4 ...samotność sakwiarza.   Trasa... Gródek - Jałówka - Siemianówka - Narewka - Białowieża   O świcie, standard...Pojawiają się mgły.     Silne promienie słońca szybko je jednak rozpraszają i mogę cieszyć się kolorami jesieni. .       Humor wyraźnie mi się poprawił tak samo jak poprawiła się nawierzchnia drogi. Mijam drogę Białystok-Bobrowniki i ponownie ląduję na lokalnych asfaltach prowadzących do mieściny o nazwie Gródek. .     Chyba tylko na Podlasiu można spotkać taką symbiozę chrześcijaństwa i prawosławia.     Zjeżdżam z asfaltu i kieruję w okolicy wsi Straszewo na szlak pieszy. Prowadzi niesamowicie prostym i malowniczym duktem leśnym. I znowu czuję ogrom przestrzeni mimo iż cały czas jestem w lesie. .   Lokalne nadleśnictwo dba o dziką zwierzynę. .   Dojeżdżam do kolejnej wsi. Znajduję pozostałą starą drogę brukową. Jadę nią wzdłuż starych zabudowań. .       Zaskoczyła mnie ogrom przestrzeni jaka znajdowała się po za nikłym drewnianym płotkiem   . Trochę kluczenia po polach i ponownie jestem na szerokich leśnych szutrach prowadzących do Jałówki. .   Po drodze jeszcze odbijam zobaczyć kolejną zabytkową cerkiew.     W Jałówce zatrzymuje mnie Straż Graniczna. Kilka szybkich pytań o pobyt, trasę i noclegi. Udzielam ogólnikowych odpowiedzi. W zamian jednak otrzymuję szczegółową informację jak trafić do ruinek w Jałówce. Pojechałem tam.       Wycofując się z Jałówki tuż przy samym rynku wpadam na piękną zabytkową cerkiew. .       Kiedyś w Jałówce był hotelik w którym można było się posilić. Niestety po nim pozostały tylko wspomnienia. Najbliższa knajpa była w Michałowie oddalonej wiele km. Chwila zastanowienia. Nie! Nie po drodze. Wyjmuję maszynkę i na tarasie przy remizie robię sobie obiad ze słoiczka. Posilony jadę w kierunku zalewu Siemianówka. .   Na drodze napotykam wygrzewającego się padalca. Mam nadzieję, że nie podzieli losu kilku innych, które zginęły pod kołami z rzadka jeżdżących samochodów.     Po drodze oglądam tradycyjne wiejskie drewniane chałupy, które powoli są zastępowane przez murowane klocki.     Przez łąki dojeżdżam do zalewu. Zastanawiam się czy go objechać i czy pokonać groblą? Dookoła już raz jechałem więc pora na jazdę groblą. .   Dojeżdżam do linii kolejowej i spotykam wolno sunący skład towarowy na Białoruś.     Pomiędzy torowiskiem położonym na wysokim nasypie a brzegiem zalewu biegnie droga gruntowa. Mogłaby być to malownicza trasa ale spotykam wiele śladów bytności po tubylcach. Przy każdym ognisku walały się puszki, butelki i wszelki niepotrzebny sprzęt wędkarski. MASAKRA! Świadomość ekologiczna tubylców nie bardzo różni się od ludów Afryki. Tuż koło mostu spotykam kolejną straż graniczną. Tradycyjne pytania, tradycyjne odpowiedzi i ... troska pograniczników. Miałem się spodziewać zimnych nocy. Ha, ha...Te noce już miałem za sobą. Wjeżdżam na most i .... .   .... jestem w kolejnej krainie. Krainie żubra. .   Do Narewki dojeżdżam po mało uczęszczanych asfaltach. Robię szybkie zakupy w lokalnym markecie i ponownie jestem na szerokich szutrach. Tym razem jestem w Puszczy Białowieskiej. Zbliża się powoli zmierzch więc zaczynam się rozglądać za jakimś miejscem noclegowym. Nie widzę ani ambonki ani fajnej polanki. Nagle tuż obok drogi wyłania się miejsce postoju z wielka wypasionym domkiem. Jest to raczej wiata bo nie posiadała drzwi. .   Rzut oka do środka i widzę, że będzie to mój hotelik na tę noc. Na belkach stropowych układam porozrzucane deski i mam piękne legowisko. .   W obawie przed zwierzyną wszelkie jadło także ląduje na górze. Tymczasem tuż po zapadnięciu zmroku nadjeżdża samochód, wyłania się para kieruje swe kroki na bzykanko. Szybko robię rumor. Odnoszę sukces. Kobiecina w popłochu krzyczy, że to jakiś zwierz grasuje i czym prędzej umyka do autka. Koleś nieco sie waha ale też daje nura do swojej bryki. Mam chatkę tylko dla siebie.   Dzień 5 ...o krok od sąsiada.   Trasa ... Białowieża - Topiło - Wygon - Policzna     Noc była zadziwiająco spokojna. Żaden zwierz nie zakłócił mi spokoju. Dojeżdżam do Białowieży. Na granicy miasteczka dostrzegam skansen więc kieruję swoje kroki do środka.   .   Następnie kieruję się na objazd miasteczka w tym zabytkowej stacji w której to ulokowała się ekskluzywna restauracja.         Właścicielowi było mało więc otworzył hotel...hotel urządzony w zabytkowych wagonach. Każdy wagon do osobny pokój o naprawdę wysokich standardach.       Jem wczesny obiad, ale w innej, lokalnej restauracji i ponownie zagłębiam się w las. Kieruję się nadal na południe. .   Puszcza Białowieska to rezerwat lasów naturalnych więc wszelkie bagienka to norma. Gdyby nie grobla to bardzo ciężko byłoby się po tych lasach przemieszczać.         Wzdłuż torów pozostałych po kolejce wąskotorowej dojeżdżam do wsi Topiło.         Ponownie jestem na szlaku ale coś mnie tchnęło i zjeżdżam ze szlaku prosto ku najbardziej odległej wsi wciśniętej tuż pod granicą Białoruską. Jestem we wsi Wygon.     Tu niespodzianka ...napotykam na wielką osobliwość galerię leśną.     Tuż za Wygonem jest kolejna zapomniana wieś ...Nikiforszczyzna.     Mijam ją i jestem w kolejnej wsi o 5-6 osadach. Cudownie! Jeżdżąc tak wzdłuż granicy odkrywam wiele takich zapomnianych wsi oraz wiele ciekawych dróg.     Tuż przez zachodem słońca rozglądam się za noclegiem. Spostrzegam daleko pod lasem ambonę. Podążam do niej nieco dookoła po wyjeżdżonej łące gdy wtem pod lasem dostrzegam kolejną ambonkę. Jest ona świeżo postawiona z widoczną jeszcze wiechą. Oczywiście tej nocy jest to moje lokum.     Zbieram nieco chrustu i długo siedzę przy ognisku posilając się kiełbasą i sącząc złocisty napój.     Dzień 6 http://www.forumrowerowe.org/blog/333/entry-950-podlaski-sprint-dzien-6/

robertrobert1

robertrobert1

 

LAZARO INTEGRAL 2011 – wrażenia po trzy letniej eksploatacji.

LAZARO INTEGRAL 2011 – wrażenia po trzy letniej eksploatacji.   Ponieważ swego czasu obiecałem, że podzielę się wrażeniami jak sprawuje się mój Lazaro po przejechaniu 10 tys. Km czas spełnić daną obietnicę. Rower przejechał magiczne 10kkm wiosną tego roku, w chwili pisania tego tekstu (jesień 2014) dopisać trzeba mu jeszcze kilka tys. do życiorysu. Jeśli ktoś śledził wątek o tym rowerze to mniej więcej się orientuje, że dość wcześnie zacząłem jego upgrade, raczej z przyczyn poprawy komfortu jazdy, własnych widzimisię niż z przyczyn eksploatacyjno-awaryjnych. Pełna, aktualna specyfikacja jak i zdjęcia znajdują się na forum. Jak widać rower przeszedł dość gruntowne zmiany.   Pokrótce co działo się z rowerem przez ten czas: użytkowany jest cało rocznie, w zasadzie bez względu na warunki pogodowe. Zostawał w domu tylko przy okazji ekstremalnych warunków pogodowych typu niebezpieczna, zagrażająca życiu zamieć śnieżna i to zdarzyło się parę razy w tym czasie (dosłownie, policzyć na palcach jednej ręki), żadna ulewa nie była mu straszna. Znakomita większość czasu to dojazd z i do pracy w ruchu miejskim, należy tylko zaznaczyć że w tym czasie jest raczej katowany niż że jest to jazda ”chodnikowo-ścieżkowa”. Pozostały czas na rowerze to amatorskie treningi na szosie, bardzo rzadko wyjazd do lasu. Tyle w kwestii eksploatacji.   Części które wytrzymały do tego czasu i w zasadzie nic im nie dolega dalej to rama, amortyzator i koła oraz hamulce wraz z klamko manetkami. Ramie nie można nic zarzucić poza słabym lakierem, o jej właściwościach trakcyjnych, geometrii pisałem wcześniej. Hamulce przechodziły tylko wymianę klocków, poza miejscową rdzą na śrubach mocujących ramiona do ramy nic im nie dolega. Działają w stopniu wystarczającym na trasy szosowo miejskie. Amortyzator przechodził w tym czasie trzy przeglądy, rozbierałem go na zasadzie konserwacji, na razie nic nie wymaga w nim wymiany, bo też jego konstrukcja jest tak prosta, że raczej nie należy się spodziewać jakiś większych awarii. Prawidłowo ustawione napięcie wstępne gwarantuje zadowalająca pracę w warunkach miejskich, przy jeździe bardziej ambitnej na szosie bardzo doskwiera brak blokady skoku. Koła. To chyba największe zaskoczenie. Obręcze podlegały tylko okresowym korektom w naciągach szprych. Piasty kilka krotnie w roku przeglądane i konserwowane gwarantują niezawodną pracę do dziś. Powoli skłaniam się do wymiany szprych, ale tutaj pozostawiam sobie jeszcze czas i prawdopodobnie po następnej zimie wymienię cały zestaw kół na 32 otworowe. Prze cały ten czas wymieniłem Iles tam łańcuchów i kilka kaset. Na początku przyzwyczajony do jazdy siłowej praktycznie nie nadążałem z wymianą łańcuchów, przesiadłszy się na jazdę kadencyjną poprawiłem nieco statystykę, ale i tak obecne łańcuchy i kasety zużywają się w zastraszającym tempie. Podsumowując muszę stwierdzić, że nie żałuje zakupu, mimo że podyktowany początkowo przede wszystkim niską ceną. Rower sprawuje się bardzo dobrze, a po zmianach jakie wprowadziłem jest jakby dla mnie uszyty. To co chciałbym jeszcze w nim osiągnąć to przejście na inny napęd. 3x9 to chyba minimum, choć bardzo rozważam opcję 2x10 ze względu na mój szosowy charakter jazdy, ale to po następnej zimie.   Edit 04-03-2016 Ponieważ rower przeszedł dość gruntowną przemianę, podzielę się najnowszymi spostrzeżeniami. Od jakiegoś roku tj. od świąt Wielkiej Nocy w 2015 rower zyskał nowy napęd oparty w dużej mierze na SLX. aktualnie: Manetki Shimano SLX SL-M670 Przerzutka przednia Shimano Deore LX FD-M571 Przerzutka tylna Shimano SLX RD-M670 SGS DynaSYS Kaseta/wolnobieg Shimano Deore CS-HG62-10 10 rz. 11-32T Łańcuch Shimano SLX / LX CN-HG75 MTB 10 rz. DYNA-SYS, Spinka Accent QR-10 Korba Shimano Deore M591 Hollowtech II Suport Shimano SM - BB52 (Hollowtech II) Obręcze AlexRims DH19 622-18 trzykomorowe oczkowane Piasty Shimano Deore LX T670   Zmiany były podyktowane moim kaprysem, chęcią modernizacji itp. Nie były wymuszone eksploatacją. Ze "starego" roweru pozostała już tylko rama, amortyzator i hamulce. Przejście na napęd 3x10 dało niewiarygodnie dużo do komfortu jazdy min na co dzień.   Jeśli ktoś ma jakieś szczegółowe pytania zapraszam.

krism4a1

krism4a1

 

O tym, że żona to jednak jest wybredna i zmienna i o tym jak straciłem dziewictwo, a potem straciłem je drugi raz :)

Oj, dawno mnie nie było, dawno. Tak dawno, że już zapomniałem, że prowadzę coś takiego jak blog i że być może mam już stałych czytelników którzy na myśl o przeczytaniu mojego wpisu mają mokro tam gdzie sucho mieć powinni. Ale jestem, żyję i w końcu wyrzucę się siebie to co mi w duszy gra. A zatem witajcie po przerwie, zróbcie sobie kawy i czytajcie (albo niech Wam czytają). Pamiętacie to jak moja żona, Ta pierwsza, stwierdziła, że Trek to jest spełnienie jej marzeń i już nie może się doczekać kiedy będzie mogła mknąć na nim przez sanockie bulwary mijając innych rowerzystów, którzy przyglądając się jej złotemu rumakowi z miną karpia, którego Wigilia wyjątkowo zaskoczyła, będą przeklinać dzień w którym nie odkupili tego roweru od Dużego Jakuba. No więc żonie przeszło, przeszło następnego dnia wieczorem. Po prostu stwierdziła, że ona to nie jest jakaś tam zwykła żona, tylko moja żona, a skoro tak, to ona nie będzie jeździć na żadnym starym gruchocie. No nie i już a w ogóle to garnki nowe kup bo te już są passe, No więc ja, biedny, zmęczony późnonocnym wybieraniem komponentów do Treka, kalkulowaniem budżetu, szukaniem złotego środka musiałem się poddać. Poddając się obiecałem, że do tygodnia będziesz mieć żono kochana swój piękny wymarzony rower. Odwiedziłem znowu jeden sklep, potem drugi i trzeci. Prześledziłem cały internet, potem całe allegro, potem jeszcze raz cały internet i potem jeszcze raz sanockie sklepy i nic. No nic, po prostu nic. Absolutne zero. Załamany, widząc, że kończy się mój czas na znalezienie roweru i że już za chwilę żona w całym swym ogromie (choć to tylko 51 kilo) zakręci kurek z miłością, wyrzuci z sypialni i każe spać w piwnicy postanowiłem raz jeszcze udać się do sklepu, mojego ulubionego sklepu. Wchodząc padłem na kolana i łapiąc rowerowego Szefa na nogi błagałem łkając: "o wielki Panie Szefie, błagam Cię w imię mojej miłości do pedałowania, znajdź rower dla mojej żony, bo żona moja zagroziła, że zakręci kurek z miłością, a jak ona go zakręca, to ja mam potem odciski na prawej dłoni i jeździć rowerem nie mogę". Pan Szef wyraźnie się rozczulił na mój widok, łzę nawet uronił i rzekł: "Pawle, wstań z kolan, obetrzyj łzy i uwierz, błogosławieni bowiem Ci co nie widzieli a uwierzyli..... eee.... sorry, blogi mi się pomyliły - jeszcze raz. Pan Szef wyraźnie się rozczulił na mój widok, łzę nawet uronił i rzekł: "Pawle, w nieskończonej swej wszechwiedzy rowerowej przypomniałem sobie, że mam rower dla żony Twej". I wskazał mi narożnik sklepu w który nikt nigdy sam nie zagląda, bo niegodnym jest nań patrzeć jeżeli go Szef nie wskazał. W narożniku tym wisi sobie za siodełko on, albo raczej ona. Brązowa, z motywami kwiatów, rama 17 zdecydowanie kobieca ale bez tylnej przerzutki. Spojrzałem pełen nadziei na szefa a on, rzekł do mnie: " Pawle nie martw się przerzutką, tylko leć po żonę aby ona swoje szacowne cztery litery do siodełka przytulić mogła i aby się przekonała, że to jest dla niej pisany rower". No to ja w te pędy, na skróty, przez tory, przez sklepy do domu i wpadając krzyczę: jest rower. Żono jest rower. Zona z niedowierzania talerz upuściła, Młoda z wrażenia płakać przestała, a kotlet z emocji się spalił. Po nieudanej reanimacji kotleta (musiałem go zjeść bo to moja wina była) pojechaliśmy w trójkę do sklepu. Wchodzimy, a ona już stoi. Piękna, brązowa, dumna z SRAMem X5 z tyłu. Żona dosiadła się doń nacisnęła na pedał i ruszyła. Aż na odległość było słychać radość, że oto ma swój ukochany rower. Gdy wróciła, rzuciła się Szefowi na szyję, potem mnie na szyję, potem serwisantowi, a na końcu dostało się jakiemuś psu, co akurat przyleciał murek obsikać. Tym sposobem żona moja do sklepu przyjechała mazdą, a ze sklepu wyjechała Specem Myka Sport. A ja, no cóż ucieszyłem, się że żona kurka z miłością nie zakręci i odcisków nie będzie i rowerem będę mógł jeździć do woli. Gdy emocje już opadły, gdy żona już się rozjeździła spojrzałem w kalendarz a tam wielkimi czerwonymi literami gigantyczny napis: CYKLOKARPATY. Początkowy plan zakładał prawie cały sezon startów ale Młoda, w styczniu urodzona, wyraźnie dała do zrozumienia, że w tym roku tatusiu to sobie możesz jeździć ale wózkiem po osiedlu. Cieszyłem się zatem, że w moim mieście będzie ów cykl, że będę miał blisko i że jak nie wystartuje to mogę sobie na czole wytatuować: DU*A tylko bez gwiazdki w środku. No bo jak się z okna start widzi, to wstyd się nie zjawić. Dobra dobra, nie widzę z okna bo mi obcy blok widok przesłania ale jakby go wysadzić to wtedy na pewno bym widział. Więc decyzja podjęta: startuję. Tydzień przed startem postanowiłem przejechać się po trasie. Wybór padł na dystans mega (39km). Co to dla mnie, takiego wycinaka. Ja Wam pokażę. I pokazałem. Dowlekłem się do domu z czasem 4:16. Piechotą bym szybciej przeszedł. Normalnie koszmar i dramat w jednym akcie wystawiany. Fakt, że błota było tyle, że można ze dwadzieścia maratonów obdzielić a i tak wszyscy będą brudni po same uszy. Nic to jakoś to będzie. Im bliżej było maratonu tym było gorzej. Już w lustrze widziałem ten piękny wytatuowany napis na czole, już nawet zdążyłem się z nim zaprzyjaźnić gdy żona moja postanowiła mnie zmobilizować. I swym nieznoszącym sprzeciwu głosem rzekła: Mężu, czyż nie po to kupiłeś taki rower, pedały SPD i buty żeby w maratonach startować, czy nie po to na plecach Twych bukłak z wodą zawieszon, żeby nawadniać Cię podczas zmagań. Dla mnie będziesz zwycięzcą jak wystartujesz i dojedziesz do mety. A jeżeli nie wystartujesz to masz sprzedać rower i wszystkie szpeje które kupiłeś, masz wytatuować sobie DU*A na czole, a kurek z miłością zakręcon będzie dożywotnio więc naucz się hymnu pochwalnego na cześć odcisków. Cóż lepszej motywacji nie mogłem usłyszeć. Rano w dniu zawodów poleciałem odebrać numer - 1092. Taki był ładny, czysty i w ogóle. Godzina 10:30 wychodzimy z domu. Jeszcze tylko sprawdzenie czy wszystko wzięte czy spodenki właściwą stroną ubrane czy roweru z klatki nie zajumali. Checklista sprawdzona - wszystko gra. Na zewnątrz niespodzianka. Czekają kibice a najmłodszy kibic do wózka ma przyczepiony balonik z numerkiem tatusia. Oj słodko się na sercu zrobiło, słodko. Ale my tu pitu pitu a tam już się wszyscy szykują. Jadę na start i oczom nie wierze. Z pięćset osób jeździ w tę i z powrotem na rowerach różnistych, dużych, małych, kolorowych i tych całkiem bezbarwnych. Więcej Was mama nie miała? Stajemy na starcie. Ja oczywiście w ostatnim sektorze jako że najlepsi powinni mieć najtrudniej . Patrzę po ludziach, wszyscy wyluzowani, uśmiechnięci tylko ja spięty jak kot na pierwsze marcowanie. No ale w końcu to mój pierwszy raz, a pierwsze razy z reguły są bolesne i nie wychodzą. Ale dobra, jakoś to będzie. 3,2,1 ruszamy. Spokojnie w lewo przez parking następnie w prawo na obwodnicę i.... i.... i ja pier$#%ę, a gdzie oni się tak wszyscy spieszą. Boże jedyny jakie tempo. No tego się nie spodziewałem. Wiem, że to wyścig ale.... hmm trzeba sprinty potrenować. Kręcę ile fabryka dała język mi się prawie w łańcuch wkręcaz a tu jakiś gość robi zium zium zium i jest przede mną o dobre 25 metrów. Dalej nie wiem po co oni tak gonili. To znaczy przypuszczam że na samym przedzie jechało auto z napisem darmowe piwo, ale byłem za daleko, żeby to auto dojrzeć, a może to był jakiś mały samochód. Nie wiem. Wiem tylko że pogodziłem się z tym że nie wygram w debiucie. Szaleńcze tempo skończyło się w lesie. Mogłem trochę odpocząć. (w tym miejscu następuje przewinięcie maratonu bo nie ma Wam co go opisywać, po prostu jechałem). Ostatni fragment trasy to dla mnie istna męka. Już pogodzony, że przegrałem z gościem w wieku 60+, że nie będę w czołówce ani nawet w pierwszej pięćdziesiątce jadę, a w zasadzie się wlekę. Sił już nie ma, motywacja gdzieś wyparowała ale się nie poddaję. Jadę, mijam potok, most i jest, jest upragniona meta. Dojechałem. Patrzę na czas. 3:01. Zaraz, ostatnio było 4:16. Uśmiech na twarzy. Pokonałem największego przeciwnika, pokonałem samego siebie . Dumny jak paw po sezonie godowym idę z bilecikiem na obiad. Makaron z gulaszem nigdy nie smakował tak wybornie jak wtedy. Telefon do żony, że żyję, że dojechałem. Ach, uwierzcie, byłem niesamowicie dumny z tego, że jestem tu gdzie jestem. Straciłem swoje maratonowe dziewictwo wyjątkowo bez krwi i bólu (ból przyszedł dwie godziny później ) na czole nie ma napisu DU*A, a żona kurka nie zakręci więc wiecie czego nie będzie i co dzięki temu będzie. Słowem jestem maratończykiem MTB. Kilka dni później gdy już mogłem się ruszać, gdy okazało się, że ból po stracie dziewictwa jest gorszy niż przypuszczałem żona moja (tak Ta pierwsza) pyta się mnie czy planuje jeszcze jakieś starty. Odpowiadam owszem. W Dukli zakończenie imprezy. Znowu wybrałem dystans mega tylko tym razem 59 km. A co dam radę. Rower do auta, graty do auta i jedziemy. W trakcie jazdy czarne myśli: co Ty sobie gościu wymyśliłeś. 59 to nie 38. Nie dasz rady nie dasz. Naprawdę miałem zgryz czy dobrze robię, ale cóż, start z mega zapłacony nie będę się wycofywał bo mogę wtedy od razu do salonu tatuażu jechać. Startujemy. Tym razem wiedziałem co będzie grane i wiedziałem, że trzeba gonić a mimo to mi uciekli. Większość. Cóż. Życie. Jedziemy sobie spokojnie. Co chwila, wyjątkowo, rower próbuje mi udowodnić, że moje miejsce jest gdzieś w krzakach albo w błocie a on z wielką chęcią się położy obok i odpocznie. Nie dawałem mu się cały czas udowadniając, że współgrać możemy tylko w układzie ja na nim, nie odwrotnie. Do czasu. Gdzieś się skunks musiał jakoś dogadać z korzeniem, nie wiem w każdym razie chyba za cel postawił sobie żeby mi pokazać, że on jednak będzie odpoczywał i ch.. W każdym razie podczas zjazdu do Huty Polańskiej najechałem na śliski korzeń, a wtedy on fik kierownica w lewo o 180st. a ja ryjem w ziemie. Nawet nie wiem kiedy, nie zdążyłem się wypiąć (nie zdążyłem pomyśleć). Zbieram się, wypinam, patrzę, a ten się śmieje, bo jemu nic, a ja: rozwalone ramię, sine kolano, obolała dłoń, krwiak na wardze i obita kość jarzmowa. A to wszystko na 30 km do mety drugie tyle. Wsiadam na dziada, ale nie daję rady jechać, dziad się śmieje, że ma już dziś wolne i koniec ścigania. Ale nie, o nie, gościu Ty jesteś mój więc ja tutaj decyduje. Jedziemy dalej. Im było bliżej mety tym mniej bolało. Udało mi się nawet odrobić z 8 pozycji. Do mety dojechałem. Obolały ale szczęśliwy, że jestem gdzie jestem. Rower mimo wszystko też pogodził się z myślą że odpocznie dopiero w garażu i współpracował już do samego końca bez zarzutu. A ja, cóż nie było krwi przy pierwszym maratonie była przy drugim. Pierwszy raz w życiu tak się wykorbiłem na rowerze. Ale bynajmniej wiem dlaczego, co zrobiłem źle i co należy poprawić. Te dwie straty rowerowego dziewictwa to dla mnie najlepsza lekcja jaką mogłem dostać. Dzięki temu wiem, że w przyszłym sezonie startuje na maksa ile się da. Dzięki temu wiem, że kocham MTB i mimo to, że żona mi z ryja następnego dnia kamienie wyciągała będę to robił. Bo kocham rower i kocham pedałować. I kocham żonę (Tę pierwszą) za to że jeszcze nie zakręciła kurka, bo inaczej.... Dzięki za poświęcony czas i do zobaczenia w następnym wpisie.

adamsmaster

adamsmaster

 

Metoda Park Tool'a - ciąg dalszy

Pojawił się nowy wpis: http://blog.bosorowerem.pl/?p=1658 Rozwinąłem opisaną wcześniej metodę Park Tool'a przy pomocy towotu. Ciekawe co z tego będzie. Bębenek co prawa jest już na wykończeniu, gdyż znów wyciekła z niego rdzawa ciecz podczas mycia i czuć luz. Ciekawe ile jeszcze pożyje. 5 tyś? 10 tyś? Zobaczymy. Najciekawsze są jednak łożyska maszynowe. Mimo że huczą, jednak nie mają luzów. Ciekawostka. One z pewnością przeżyją bębenek.

mklos1

mklos1

 

Alpy dzień trzeci - Testy rowerów Scott 2015 - Fotorelacja

Trzeciego i ostatniego dnia w Davos udało mi się pojeździć na FATBIKE'u. Big Ed, bo tak ma "na imię" nowy model ze stajni Scott'a to całkiem fajna maszyna. Szerokie opony (bardzo szerokie) sprawiają, że rower (o ile można to nazwać jeszcze rowerem) wręcz zjada wszystkie nierówności. Żadna droga nie jest mu straszna. Do momentu oczywiście gdzie wjedziemy na kręty i wąski singletrack. Tutaj zaczynają się już delikatne problemy z manewrowościąroweru. Szerokie koło wraz z profilem opony sprawiają, że na rowerze trzeba się nauczyć trochę na nowo jeździć. Przy większych prędkościach tył wydaje się nadsterowny w zakrętach. Poza tym ten wielki można powiedzieć "świaniak" zachowuje się jak skoczny zając na polu. Każde wyskoczenie z progu, hopki powoduje, że grube opony amortyzują świetnie upadek a niekiedy działają jak piłeczka kauczukowa odbijając się kilka razy. Jeśli chodzi o jazdę po asfalcie to jest to świetna opcja do siłaczy albo osób chcących się odchudzać. Oporowo idzie zaś dźwięk wydobywający się spod opon przypomina miliony pszczół lecących obok ucha. Dźwięk jest o tyle specyficzny, że zauważony zostałem nawe w Szwajcarskim mieście gdzie ludzie pokazywali na mnie palcami. Nie wiem czy chodziło o dźwięk czy może o samą konstrukcję "roweru" ale przyjmowali to z uśmiechem na ustach Nie mogę się doczekać kiedy przetestuję BIG EDa w Szczecińskich lasach a mieszkańcom naszego miasta zafnduję dużą dawkę ciekawości - ale do dopiero gdzieś w listopadzie- październiku     Jak już wcześniej wspominałem terenów do jazdy nie brakuje. Nad wodospadami zrobiony jest nawet specjalny Fun Park gdzie zaznać można adrenaliny na miasteczku linowym, skateparku oraz trasie rowerowej prowadzącej zaraz przy urwisku głośno bijących o głazy kaskad i wodospadów. Nie życzę nikomu upadku do tego rwącego "potoku".     Znudzony trochę oporem jazdy i niemożnością wjechania tam gdzie sięchce na tej "wielkiej stopie" zawróciłem po szosę. Czas zdobywać kolejne przełęcze górskie                   Addict to typowy rower szosowy w góry. Przy modelu z bagatela 36000zł (!!!) frajda z jazdy jest OGROMNA! Do tego Dura-ace Di2. Heh coś pięknego.     Czas marzeń i przyjemności musiał kiedyś dobiec końca. ...ale ja tutaj jeszcze wrócę!         Teraz pora na Bike Expo W kielcach Do zobaczenia na miejscu

lukeps

lukeps

 

Alpy dzień drugi - 2383m.n.p.m. - Testy rowerów Scott 2015 - Fotorelacja

Dzień drugi testów - szosa. Z rana udało mi się zagadać z trenującym w Davos Słowakiem. Opowiadał nam o pięknym podjeździe na przełęcz na wysokości 2328m.n.p.m. Zafascynowani postanowiliśmy zabrać go ze sobą jako przewodnika.                   Widoki zapierają dech w piersi. Poza widokami skoki wysokości zatykają uszy a wysokie ciśnienie sprawia, że widzisz przez koszulkę jak serce Ci bije   Po jeździe przyszedł czas na prezentacjęcałej kolekcji modeli rowerów na 2015 wraz z odzieżą i akcesroriami.                     Dziecięca kolekcja w barwach Nino Schurtera.      

lukeps

lukeps

 

Scott Dealer Camp - Davos - Fotorelacja - Modele Scott 2015

10 lipca pożegnaliśmy Czechy i markę Cannondale i udaliśmy się do Davos w Szwajcarii. Klimat całej imprezy podkręcało samo położenie. Malownicze Davos położone bezmała 1560m.n.p.m. Łatwo można sobie wyobrazić jakie widoki mieliśmy po drodze snując się kilometrami autostradowych serpentyn i kilometrami tuneli.     Do hotelu zajechaliśmy trochę za wcześnie więc trzeba było szybko ogarnąć co się dzieje w okolicy i jak to wszystko wygląda. Oczywiście jak wygląda z góry   Jak na Szwajcarię przystało nie mogło zabraknąć drogich samochodów Pod hotelem podstawiono nam całą ciężarówkę wypchaną nowiutkimi Ferrari (testować je mogli niestety tylko bogacze )     Udaliśmy się dalej kolejką górską na jeden ze szczytów - Schatzalp       Widoczny w oddali szczyt, jak się później dowiedziałem, poprzecinany jest mnóstwem ścieżek singletrackowych.     Delikatnej pikanterii dodawałą myśl, że mamy lipiec a w górach widoczny był śnieg DAJCIE MI JUŻ ROWER DO JAZDY - ciągle myślałem   Myśląc o tym nie spodziewałem się, że będzie tego aż tyle do wyboru!   [sharedmedia=videos:videos:431]     Oczywiście jak na góry przystało dostępne były głównie fulle do zabawy Sparki, Geniusy, Geniusy LT, Gamblery i wiele wiele innych. Praktycznie same najwyższe modele. Gratka dla pasjonatów           Szybko poleciałem do Geniusa 27,5" .Pojechali!     Widoki! Mnóstwo ścieżek. Gdzie człowiek nie zerknie tam jakaś ścieżka idealna na rower. Istny raj na ziemi dla miłośników dwóch kółek     Trzeba pamiętać oczywiście o kulturze i spokoju. Mnóstwo zwierząt i tych domowych i tych dzikich.   Nasz przewodnik zaprponował nam małe wyzwanie. Kto czuł się na siłach po pierwszym przejeździe mógł spróbować prawdziwej jazdy górskiej. Wyzwanie podjęte. Musieliśmy wspiąć się na ok 1900m.n.p.m.       Widok z 1880m.n.p.m. na Davos i po lewej stronie singletrack w doł.     Zjazd totalnie karkołomny. Miejscami trzeba było zejść z roweru i kilkaset metrów schodzić z rowerem i duszą na ramieniu Frajda? PRZEDNIA!     Wrażenia z pierwszego dnia? NIE DO OPISANIA. Genius 710 2015 Świetna maszyna. Kompletny osprzęt XT daje maximum frajdy z jazdy. Zawieszenie? Opowiednio zestrojone wręcz przykleja rowerem do drogi. Chcesz polatać? Możesz też na nim latać.   Ciężko jest coś więc pisać na temat samego roweru. Przy takiej klasie osprzętu i takim terenie do jazdy większość podobnych rowerów będzie powodowała ogromny zaciech na buzi i maksymalną frajdę z jazdy.   Dzień pierwszy dobiegł końca. Dzień drugi już niebawem.

lukeps

lukeps

 

Napęd impulsowy

Pojawił się wpis: http://blog.bosorowerem.pl/?p=1653 Wpadłem jakiś czas temu, że nogę można porównać do zasilacza. Oto parę słów Teraz dopiero w pełni zrozumiałem po co komu wysoka kadencja.

mklos1

mklos1

 

Oporny kabel

Pojawił się wpis: http://blog.bosorowerem.pl/?p=1647 Connex wiele nie wybacza. Prowadzenie linki w pełnym pancerzu trochę się zemściło z czasem. Na Deore i łańcuchu KMC takich problemów nie miałem. Eh! Jeżeli prowadzenie w pełnym pancerzu, to tylko linka teflonowa, dobry pancerz i jeszcze nasmarowany...

mklos1

mklos1

×