Skocz do zawartości

Notatki Kiepskiego Frirajdowca

  • wpisów
    7
  • komentarzy
    38
  • wyświetleń
    19257

O blogu

Czyli próby zebrania myśli z rowerem związanych

Wpisy na tym blogu

 

O tym, że jednak, azaliż tudzież jednakże.

Oto wpis! Chcę przeprosić za tak długie niepisanie - całe szczęście admini nie uznali mojego konta na forum za pozostałość po nieboszczyku. Wytłumaczenie będzie w poniższej ścianie tekstu; postaram się utrzymać swój niski poziom pisarski pomimo gryzącej mnie infekcji gardła. Marketingowo zachęcę, że będą wybuchy, strzelaniny, gołe cycki itp. Zapraszam!       Szczerze mówiąc nie będzie jednak tych cycków, strzelanin i wybuchów. Ale jeżeli już kliknąwszy zorientowałeś się czytelniku, że nie kłamałem mówiąc o ścianie tekstu - bądź zaciekawion i niezgorszon.   Kupiłem w końcu ramę do FR/DH! Nie było to łatwe, gdyż jej wartość była wyższa od ceny rynkowej całego mojego dotychczasowego roweru. Tak sobie wymyśliłem, że zimą jeździć mogę na czymkolwiek; tych parę dni fajnej pogody na jazdę przeboleję. Celem był nowy pojazd, nastawiony na DH/FR. Tym sposobem przez zimę 2015/16 składałem do kupy Gamblera 2009. Składanie roweru typowo do grawitacji jest o tyle trudne, że niespecjalnie jest na czym przyoszczędzić. Całe szczęście moi przyjaciele poratowali mnie całym mnóstwem części, niektóre otrzymałem zupełnie za darmo! Rower był w jednym kawałku szybciej niż się spodziewałem a wizja jazdy na fullu stała się w końcu faktem. W międzyczasie znowuż zmieniłem pracę a dzięki szczęśliwym kolejom losu byłem w stanie nawet móc wziąć Gamblera w góry!   Uwag kilka się należy w tym miejscu temu, czym była dla mnie przesiadka ze sztywniaka na zjazdówkę. Spodziewałem się rewolucji i eksplozji możliwości, tymczasem było po prostu lepiej. Co odczuć się dało najbardziej to geometrię, zdecydowanie bezpieczniejszą na grawitacyjne harce. Druga rzecz to to, że gdy wpada się w kamienio-belko-mikrofalówki amortyzowany z tyłu rower nie chce człowieka zrzucić w krzaki Reszta wrażeń z grubsza nie uległa zmianie. No, może da się odczuć ciężar nowego pojazdu, podejrzewam go o jakieś 18 kilo z hakiem Z jednej strony niedobrze, bo trudniej takim rowerem szarpnąć, machnąć, odciążyć... ale z drugiej strony trudniej jest nim niekontrolowanie szarpnąć, przypadkowo nim machnąć albo źle odciążyć Smutek tylko towarzyszy pokonywaniu podjazdów, które pokonywać trzeba zawsze obok roweru. Aż się człek zastanawia czy to kondycja tak spadła czy jednak ten rower taki ciężki...   Regularne treningi na toruńskiej Skarpie mogły stanąć pod znakiem zapytania, przez to że zmieniłem tę pracę. Powód prozaiczny - odległość dzieląca mnie od toru wydłużyła się z 6,6 km do... 73,7 km. Musiałem więc przeprosić się z samochodem (nie lubię samochodów, a najbardziej tych, do których nie mieści się rower). Treningi nie zostały przerwane, a jedynie wzrósł ich koszt o te parę litrów podtlenku LPG tygodniowo Z rowerkiem pełnozawieszonym oswoiłem się bardzo szybko, a za to że zachowywał się jak należy odpłacałem mu okresowymi modernizacjami osprzętu. Bardzo mi zależało, by przygotować się na to, czego niegdyś nie lubiłem, a teraz lubię bardzo...   Wyścigi! Diverse DH Contest na Górze Żar brzmiał zupełnie inaczej niż rok temu, kiedy to pojechałem tam pokibicować i pojeździć na A-Lajnie. Teraz miałem się ścigać na trasie DH, której ostatnio nawet nie próbowałem pokonać. No to pojechaliśmy Wszystko grało, trasa okazała się nie taka straszna, rower działał... do dnia zawodów.   Eliminacji nie przeszedłem, miejsce 63. na 73 startujących w kategorii teoretycznie powinienem odebrać jako porażkę... Powiem tak: jeżeli Czarna Góra rok temu, na sztywniaku, mnie rozdziewiczyła, tak Żar na fullu zrobił ze mnie szmatę potraktowaną bez lubrykantu Choć właściwie powinienem powiedzieć że było dużo lubrykantu - na trasie. Pogoda nie pyta o zdanie, ulewa waliła przez całą noc przed zawodami, a temperatura oscylowała potem wokół 3°C na początku a 10°C na końcu trasy. Po pierwszym przejeździe zmieniłem rękawiczki na zimowe. Gdy zaś ujrzałem, że mój okazyjnie nabyty powietrzny Boxxer stracił skok mimo nabicia do 200 PSI... Postanowiłem postawić sobie 2 cele na tych zawodach: po pierwsze nie umrzeć, a po drugie (pobożne życzenia) nie wywalić się. Aha, zapomniałbym - na szczycie Żaru zaległo nawet trochę śniegu!   Skłamałbym mówiąc, że się nie cieszyłem na widok mety Fajnie się zjeżdża na suchym, kiedy można próbować różnych linii, wypróbowywać zasłyszane "patenty" na pokonanie kolejnych odcinków szybko i gładko. Ale gdy na trasie zalega 5 cm błota w najsuchszym miejscu, wszystkie te patenty można sobie wsadzić Człowiek odkrywa chicken-lajny o których wcześniej nawet nie wiedział, nie myślał... Korzonek nad którym wcześniej się leciało teraz trzeba było obmyśleć, by nie stał się on przyczynkiem do przemalowania się na ciemny brąz. Do tej pory się zastanawiam jak to się udało, że się nie wywaliłem. Chociaż w sumie turlałem się ledwo-ledwo, a hamulce robiły ciągle tak:   YYYYYYYYYYYYY!   Natenczas wznoszę modły, by na Mistrzostwach Polski na Czarnej Górze było sucho. To już za tydzień! Jaram się Kto jedzie ze mną?

djzatorze

djzatorze

 

"O tym, jak straciłem dziewictwo, a potem straciłem je drugi raz" - wersja downhillowa :)

Cytacik w tytule pasował mi wybitnie, a cytowane dzieło pochodzi z bloga kolegi adamsmaster - bowiem sytuacja podobna przed jaką przyszło mi stanąć została tam z pisarską finezją ujęta. Zaznaczam jednak że wpis niniejszy będzie zawierał zupełnie inny skład procentowy; 0% maratonów i żon, o wiele mniej błota (ale więcej kamieni) ale podobny procent wyścigiwywania się na rowerze! Bidon z myślami do wypisania już napuchł i począł roztaczać swąd nieznośny, zatem postaram się go tutaj ostrożnie opróżnić okadzając go mocnym dymem spalonej tarczy hamulcowej co by nie siać zbytniego zgorszenia.   Ostatni wpis był o moim pierwszym zetknięciu z górskimi zjazdami. Że pomimo działającego amortyzatora wytrzęsło mnie solidnie i że podobało i tak dalej. Zajawka na lokalne trasy została a obraz Góry Żar dodawał otuchy duszy mej zniewieściałej. Znaczy się - zajawka na jedną lokalną trasę. Bowiem z żalem zawiadamiam iż toruńska Kanada przestała wywoływać we mnie jakieś specjalnie większe emocje. Hopy może i fajne ale maks 25 sekund zjazdu?... W porównaniu z 5 minutami w Żarze to jest żenada, a zasmakowałem w międzyczasie tras ponad 10-minutowych (dla kogoś nie w temacie to może nadal brzmieć debilnie, ale mowa tu o przelocie ze średnią prędkością 25-30 km/h po niezbyt gładkim terenie, z Vmax w okolicach 50 km/h)!   Śmieszna prawidłowość daje się ostatnio zauważyć w moim życiu - prawie nic nie wydaję na rower, trochę więcej na ekwipunek a zdecydowanie najwięcej na wyjazdy. Prawdopodobnie gdybym miał dar lotto-widztwa wyglądałoby to inaczej, ale fakty są takie, jakie są. Nie stać mnie na upgrade pojazdu, bo ciągle czuję potrzebę zjeżdżania z wysokich pagórków, do których niełatwo dojechać Swój wkład mają tu moi koledzy po korbie, którzy jeżdżą co jakiś czas na zawody DH w ciekawe miejsca, odwiedzając przy okazji jeszcze inne ciekawe miejsca... no i jak mam z nimi nie jechać, jak góra woła, kusi, a koledzy wołają jedź majster!   Na drugą w życiu rowerową wyprawę w góry pojechałem na początku sierpnia. Planowo miało być tak, że jedziemy głównie do Siennej na trasę DH z Czarnej Góry, a dla relaksu na jeden dzień wbijamy do miasteczka Kouty nad Desnou na gładsze traski. Ostatecznie wyszły 2 dni w Koutach i 1 na Czarnej Górze Głównie z powodu takiego, że po prostu Czesi mają lepszy bikepark od nas i nie ma co tu dyskutować... a pobocznym powodem było to, że Czarna Góra daje człowiekowi dość solidny wpieprz.. Byłem co prawda przygotowany psychicznie na konfrontację mojego zadka z kamieniami w kształcie mikrofalówek, ale to był mój pierwszy raz na prawdziwej trasie DH. W dodatku... A co, kur*a - najtrudniejszej w Polsce! Pierwsze razy mają to do siebie, że są pierwsze oraz to, że są to "razy" (czyli innymi słowy ciosy). Głównie bałem się o mój rower, który maszyną do DH/FR nie jest i raczej bez zmiany ramy nie będzie. W drugiej kolejności bałem się o to że po prostu zrobię sobie kuku. Niby mam kask, zbroję, ochraniacze i wykupione NW na 3 dni (serio), ale bez strachu się nie obyło.   I JEP! Nie, nie był to odgłos łamanych kości, tylko odgłos pokonania ostatniego elementu trasy na Czarnej Górze Nie za pierwszym razem, nie bez zatrzymywania się 3 razy, nie bez zaciskania kurczowo zwieraczy - ale się udało. 5 czy 6 zjazdów zrobione, rower ani jeździec nie zepsuty - dzień uznany za udany Kolejne 2 dni spędziliśmy w Koutach, gdzie (cytuję) wyjeździliśmy się jak świnie. Łącząc różne trasy w najdłuższy możliwy odcinek, dało się zjeżdżać bite 12 minut (koledzy na bujanych rowerach zrobiliby to w 9-10 min). Pomimo względnie gładkiej trasy łapska i tak trochę cierpły, ale już się nauczyłem hamować jak należy i już nie było tego efektu żeliwnych dłoni. Inna rzecz z której jestem dumny to zniwelowanie kurczowo zaciskających się zwieraczy gdy rower zaczyna pędzić powyżej powiedzmy 40 km/h. Niestety nie mogę tego faktu naukowo udokumentować, ale mniej dociekliwym powinno wystarczyć przewinięcie powyższego filmu do 4:40. Ubocznym skutkiem takiej zabawy była awaria amortyzatora, odbierająca mi sporo radości z jazdy, ale cóż.   Emocji nie było końca, ale przecież to był wyjazd tylko rozrywkowy. Treningowy. Bo wszyscy we wsi dawno wiedzieli że będzie we wrześniu piąty puchar Polski na Czarnej Górze. Wyścigi, a ja wyścigów nie lubię. Jednak moi koledzy mieli na ten temat inne zdanie. Odpowiadałem im że no, zobaczę, może wystartuję w hardtailu... a tak naprawdę myślałem sobie h*ja w d*pie, chyba Was pos*ało, ja mam się ścigać w DH, tja. Aż tu nagle...   Tak się szczęśliwie złożyło że zaledwie 70 km od Torunia miały się odbyć małe zawody w zjeździe. Górka o nazwie Grabina w gminie Koronowo wydała mi się ciekawą opcją. Co prawda nigdy tam nie byłem, ale z relacji innych dało się wywnioskować że trasa jest szybsza niż nasza toruńska Skarpa, ale łatwiejsza. W dodatku impreza bez wpisowego! Rach, ciach, decyzja podjęta - jedziemy na zawody! Puchar Burmistrza Koronowa okazał się być świetnie zorganizowanym wydarzeniem kulturalnym. Świetnie przygotowana trasa, niezłe nagrody oraz... darmowy posiłek dla zawodników w postaci 2 sztuk kiełbasy z grilla Ściganie się okazało się być dobrym dodatkiem do zjeżdżania. Po pierwszym z dwóch przejazdów dało się sprawdzić czasy i klasyfikację przez internet, co dało mi motywacyjnego kopa - udało mi się ścignąć grupkę osób na fullach W dodatku przy moim nazwisku na pełnej liście zawodników widniała jedynka w kolumnie "miejsce w kategorii". Byłem pierwszy?! Nie no to musi być jakiś błąd chyba... Przy drugim starcie coś już mi nie grało, a na koniec wszystko okazało się jasne... W kategorii Hobby Hardtail zajmowałem dumne pierwsze miejsce... jako jedyny jej reprezentant No cóż, ścigałem się jak mogłem, czas może nie był mistrzowski ale co poradzić? Nieco zmieszany odebrałem swój puchar i nagrodę - w taki oto sposób straciłem swoje ściganckie dziewictwo pierwszy raz.   A drugi raz był na Pucharze Polski Sumiennie trenowałem na toruńskiej Skarpie różne odmiany telepania po kamieniach i belkach, co w połączeniu z mocą trofeum z Koronowa dało mi swego rodzaju pewność siebie. Nie, nie taką pewność "mogę wygrać" tylko raczej "nie umrę". Wpisowe - 100 zł - było dość przerażające, ale jeśli liczyć to jako dwudniowy karnet na wyciąg (2x45 zł) plus możliwość sprawdzenia się w wyścigu, to całkiem miało sens. Uzbieranie sumy na ten wyjazd nie szło mi najlepiej i w zasadzie się nie udało. Nadal wiszę kolegom trochę geldu. Ale udało mi się stracić dziewictwo po raz drugi, tym razem już na poważnie, w imprezie na skalę kraju. Może dopowiem trochę jak to rozplanowaliśmy; dzień 1 - Kouty, dzień 2 - Czarna na luzie, dzień 3 - oficjalne treningi, dzień 4 - właściwe eliminacje. W mojej kategorii było jedynie ośmiu śmiałków, co z jednej strony dawało statystycznie dość wysoką szansę na podium, a z drugiej perspektywa ścigania się z mistrzami Polski sugerowała mi miejsce nr 8. Ostatecznie udało mi się przepchnąć na miejsce 6! Z ciekawostek - pierwszy przejazd jechałem razem z juniorami na fullach (ktoś coś namieszał i dostałem zły numerek). Przez to kolega jadący za mną miał kijowy czas, bo mimo 30s przerw między startującymi i tak musiał mnie jakoś wyprzedzić. Na szczęście odbyło się bez wyzwisk Ciekawostką nr 2 jest to, że rower spadł mi z wyciągu Chwała Bogu że upadł w takie miejsce i taki sposób, że skończyło się tylko na zgiętej tarczy.   Koniec końców wyścigi się udały, obyło się bez gleby a rower wytrzymał. Wytrzęsło mnie wybitnie, technika się poprawiła i ręce jakby już prawie nie bolały. Nawet udało się rozluźnić pewne kurczowo zaciskające się mięśnie okrężne. Chyba dobrze jak na podwójne rozdziewiczenie   That's all folks!

djzatorze

djzatorze

 

Panie, to je dobre, kurde!

Nareszcie mogę napisać kolejną Notatkę! Ostatni wpis był o byle czym, bo nie działo się zbyt wiele. Teraz natomiast się działo w ilości niezwykłej i potrzeba stukania w klawiaturę mierziła mnie już od dłuższego czasu.   Ach, marcowe słoneczne dni! +10°C rano, +15°C po południu, gleba jeszcze nie do końca sucha - dla mnie idealne warunki do jazdy. Sezon frirajdowy trzeba było rozpocząć od konserwacji Toru, najbliższego memu sercu i mieszkaniu. Zgarnianie gałęzi, poprawianie rozmytych wybić, wyrównywanie kolein; mało wdzięczna praca, ale konieczna, jak się chce jeździć. Moim celem frirajdowym na ten okres było zjechanie (czy raczej spadnięcie?) z takiego oto dropka. Wszyscy mi wkoło mówili, że to bardzo łatwy element, ale ja się bałem go panicznie. Nie dość że decha, nic nie wybija w górę, do tego między drzewami, ledwo tam się moja kierownica mieści Olaboga! No i ta dziura! Kawałek lotu... Ech. Żeby dodać sobie otuchy, w ramach konserwacji Toru odrobinkę poszerzyłem i podwyższyłem lądowanie z tego dropa Przymierzałem się do niego chyba ze dwadzieścia razy, za każdym razem rezygnując, z mocnym postanowieniem "następnym razem jadę"... Ostatecznie... się udało, ale dlaczego - o tym potem!   Konserwacja trasy zajęła może łącznie z 5 godzin, rozłożonych bez spiny w czasie. Jeździłem na luzie po dobrze znanych atrakcjach i w ogóle... ale do czasu! Otóż nastąpiła w moim życiu pewna zmiana, wręcz punkt zwrotny Wszystko przez to, że zmieniłem pracę!   Uprzedzam pytania znajomych z okolicy - już tam nie pracuję Ale przez 2 tygodnie mojego życia byłem mechanikiem Shimano Service Center, jakkolwiek lansiarsko to brzmi Niestety, jako wątły absolwent geoinformacji, męczyłem się tam nieco. Nie bez znaczenia była również konieczność jedzenia odgrzewanych dań z mikrofalówki - męczące przygotowywanie sobie obiadów o 7 rano, by potem jeść wszystko wymieszane z pudełka walającego się wcześniej w plecaku Jak tu mieć siły na treningi? Były też inne powody, dla których odszedłem z tego dumnego stanowiska, ale nie będę tu o nich biadolił. Po co w ogóle o tym wszystkim mówię? Otóż drodzy państwo, w tym serwisie pracowało kilku szalenie ciekawych ludzi, dzięki którym w moim rowerowaniu coś się ruszyło.   Ruszyło się przez te 2 tygodnie naprawdę sporo - nowi znajomi raczyli zaprosić mnie na wspólny wypad do Międzybrodzia Żywieckiego, a konkretniej - na Żar. Głównym celem wyjazdu był start w Diverse Downhill Contest. Z wiadomych względów ja nie brałem w nim udziału, ale miałem okazję "pomacać" z bliska jak taka impreza wygląda. Okazało się, że wygląda to wstrząsająco dobrze; takie (cytuję) Święto Rowerów. Z wrażeń ogólnych, przez te parę ładnych godzin spędzonych przez 3 kolejne dni na czubku spłaszczonej góry, wjeżdżając kolejką i zjeżdżając rowerem, odczułem nowe pokłady rowerowej zajawki Z wrażeń pobocznych, kompletnie nie bałem się kradzieży swojego roweru. Powód prozaiczny - wartość dowolnego roweru w promieniu 100 m od mojego wehikułu wystarczyłaby na zakup 3-5 sztuk sztywniaczków takich jak mój (foto z kolejki) Na szczęście braterska atmosfera rozwiewała moje wstydy o niedostatki sprzętowe. Dużo, dużo większy szok wzbudziły we mnie umiejętności ludków startujących w zawodach. Niektórzy po prostu tak zap***dalają po tych kamlotach, że to się w pale nie mieści. Tutaj wtrącę jedną rzecz - mówiłem że końcu przejechałem kanadowego dropa, wspomnianego w drugim akapicie. Zmotywował mnie do tego właśnie ten wyjazd. Trochę się bałem tego, co w tych górach zobaczę, przez co ćwiczyłem zjazdy nie tylko gładkim Torze "Kanada", ale też na toruńskiej "Skarpie". Jest tam parę szybkich ale i technicznych tras DH (zapraszam! ). Nie powiem, tamtejsze kamienie trochę mnie przygotowały na Żar... ale niezupełnie.   Wiadomo, że na filmiku jutuba nie widać za wiele w stosunku do rzeczywistości. Przed wyjazdem do Międzybrodzia Żywieckiego obadałem trasę, jaką miałem zjeżdżać - żarski "A-Line". Trasa "DH" mogła być dla mnie zbyt dużym szokiem, poza tym nie chciałem zginąć A-Line był jedynym słusznym wyborem. Ale wracając - nawet na filmiku dobrze pokazującym przebieg trasy, faktycznej trudności nie widać WCALE. ( z prędkością podobną do mojej - czyli wolno). Tym bardziej jak filmik nakręcił ktoś, kto umie dobrze i szybko jeździć. Trasa okazała się być stroma, z trzema odcinkami bardzo stromymi i jednym odcinkiem jezusmaria-jak-stromo. Druga rzecz - kamienie. Całe mnóstwo kamieni. Kanciaste i wystające, czasem oprócz tego luźne (fota gładszego odcinka dobrego na postój). Dzięki Bogu miałem dobrze działające hamulce. Popuszczenie ich na moment powodowało nagłe przyspieszenie do prędkości przy której nie tyle jechałem, co walczyłem o utrzymanie się na rowerze. Konsekwencja - cierpnące dłonie, które na końcu trasy zachowywały się jak dwie żeliwne obejmy na kierownicę Trza było przez to zatrzymywać się czasem się na trasie, bywało nawet 2 razy w ciągu jednego, niespełna 5-minutowego zjazdu. Inna sprawa to stopy - brak tylnego zawieszenia w rowerze robi swoje na tych kamieniach. Co tu gadać - wytrzepało mnie solidnie Bardzo mi się podobało (Od razu uprzedzam kol. Rambolbambola, że w tym przypadku jednak wypada mieć w rowerze amortyzator; rozumiem że to trochę mało sadomaso, ale zdrowie i życie czasem są ważniejsze ). Po powrocie do noclegowni co wieczór grillowanie... Kiełbasa i piwo smakowały przypuszczalnie lepiej niż za komuny Opuszczając Międzybrodzie i myśląc o pokonanym A-Lajnie miałem w głowie wniosek, że wszelkie trasy na Nizinie Toruńskiej to za przeproszeniem jest ciepłe g**no. Tylko o dziwo nadal miałem ochotę na nich jeździć!  I jeździłem! Trasy DH rodem z Torunia przestały robić na mnie jakieś duże wrażenie; nie że są łatwe, wywalam się na nich regularnie Ale mam już porównanie z górami, więc wszystko wydaje się łatwiejsze... Co ciekawe, zacząłem naprawdę lubić telepiące zjazdy po kamieniach i belkach (chociaż nadal uwielbiam gładkie, dirtowe hopy ). Tak czy inaczej wniosek jest jeden - górskie zjazdy uczą o wiele szybciej od ich nizinnych imitacji.   Aktualnie jeżdżę równie często po gładkich trasach na Torze, jak i po dałnhilowych zboczach Skarpy. Ten drugi tor lubię też dlatego, że dzięki jego oficjalności i wielkości, często kręci się tam przynajmniej kilku zjazdowiczów. Śmiganie całą ekipą po ścieżkach, które sami pieczołowicie tworzymy - panie, to je dobre, kurde!     Jako że pora już późna, kończyć wypada tę przydługą notatkę. Bidon z myślami jeszcze nie do końca opróżniony, ale zostawię to na następny raz. Może do tego czasu trochę skiśnie i nabierze bąbelków?   ! ! !* *czy widzisz w tekście ukryte przesłanie? :> Z pozdrem i narą, oraz innymi młodzieżowymi słowami pożegnalnymi, djzatorze

djzatorze

djzatorze

 

Niezbyt ciekawy wpis o niezbyt ciekawym okresie w roku

Po długiej przerwie w końcu dojrzałem do tego, by wyprodukować nowy wpis w Notatkach. Nie działo się zbyt wiele, to i bidon z myślami do zapisania się nie przelewał. Teraz znów pełen jest po korek i nadszedł czas wylać to co tam zalega, bo już kisnąć i tęchnąć poczyna.   Zima. Ostatnimi czasy był to dla mnie okres różniący się od pozostałych pór roku tym, że trzeba nosić czapkę i rękawiczki. Tegoroczna zima była tego doskonałym przykładem, gdyż kurtkę zimową założyłem na rower jeden jedyny raz. W zasadzie od listopada mój strój rowerowy się wcale nie zmieniał, poza rzeczoną czapką i rękawiczkami - co to za zima, ja się pytam?! Jakąż radość wywołał u mnie śnieg i temperatura -2°C, kiedy spod kół nie wylatywały już błotne bicze, smagające mnie w miejsca których nikt normalny nie odważyłby się smagać, tylko delikatny biały puszek. Można było wreszcie poćwiczyć kontrolowane poślizgi bez ryzyka utonięcia w błocie, wszystko było białe i oświetlone, a co nie jest białe to też było widoczne (np. psie kloce na trawnikach). Aż się chce jeździć! Radość trwała 3 dni. Potem znowu bicze, przed którymi nieudolnie próbowałem się chronić przykręcając do sztycy jakiś plastik. Morale znów opadało...   Suche dni wykorzystywałem jak mogłem, aczkolwiek zwykle mój czas na rower zaczynał się wraz z zachodem słońca. Oświetlenia porządnego nie mam (jakieś tam mam, ale świeci to z mocą lampki choinkowej), zatem treningi swoje musiałem ograniczyć do oświetlonej części miasta. Tęskno mi było do frirajdu (mimo że ledwie go liznąłem). Pechowo, że nawet gdy pogoda dopisywała (=śnieg), na leśnych trasach jeździłem sam. Towarzystwo nie chciało towarzyszyć. Naprawdę to jest takie dziwne, że lubię jeździć po śniegu? Może i dziwne. Całe szczęście, po dniach chudych nadeszły w końcu dni tłuste...   No, powiedzmy tłustawe. Zatłuszczone z wierzchu. Otóż postanowiłem ćwiczyć panowanie nad rowerem na przeszkodach w mieście. Okres względnie dobrej pogody zbiegł się z momentem wymiany amortyzatora, co zaskutkowało szybkim powrotem uśmiechu na moją facjatę. Rock Shox Reba miała wyjątkowe szczęście, że byłem z nią na moich ulubionych trasach tylko 2 razy, w dodatku jakoś nie miałem parcia na ostre katowanie. Szlachetny obowiązek amortyzowania mojego roweru przejął stary Marzocchi 55. Ów wół roboczy stworzony z myślą o "lekkim FR" (wprost dla mnie!) co prawda nie jest tak finezyjnym sztućcem jak Reba, ale niedostatki nadrabia znacznym skokiem, do tego regulowanym! Wracając do sedna, wolne dni stycznia 2015 poświęcałem na zjazdy, wjazdy, przejazdy i najazdy na miejską przestrzeń. Nawet jeden z takich spontanicznych wyskoków uwieczniłem śladem GPS, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że moja jazda poważnie odstaje od normy Cóż, w ten sposób mi się najlepiej uczy panowania nad moim toczącym się na kołach kawałkiem aluminium. Oczywiście wtedy, kiedy nie mogę być w lesie...   Wtem... SŁOŃCE! AAAA! To jest magia, jak szybko można się umówić z ludźmi na jeżdżenie gdy świeci słońce. Kij że jest takie samo +3°C jak tydzień temu, taki sam wiatr i tak samo lekko mokra gleba. Nagle chce się wszystkim jeździć! Pierwszy w tym roku powrót na Tor (jakby ktoś nie czytał poprzednich wpisów i nie wiedział o co cho), by rozprostować kości i przypomnieć sobie jak się jeździ, był umiarkowanie owocny. Uświadomiłem sobie że muszę się wszystkiego uczyć od nowa... Drugi raz już zdecydowanie lepszy. Trzeci to już był pełny powrót do formy i ćwiczenie nowych rzeczy Przez zimę pojawił się w lesie pewien efekt twórczości anonimowego artysty, mianowicie ktoś nam po prostu zepsuł hopkę. Na szczęście nie chodziło o wandalizm, tylko o... przybliżenie jej do lądowania! Ach ta dzisiejsza młodzież Narzędzi ci budowniczowie chyba nie mieli, bo to dzieło było tak wąskie że ledwo się tam moja opona mieściła. Cóż, odbudowaliśmy hopkę, ale postanowiłem wtedy zostać ambasadorem XC na Torze. Na ile to możliwe, będę się ubiegał o tyczenie ścieżek omijających trudniejsze przeszkody i dbanie o te najmniejsze hopki dla początkujących.   Ostatni mój wypad na Tor zaowocował odkryciem nowych złóż zajawki. Po prostu chyba jestem już uzależniony! Serio, nudzi mnie jazda po płaskim. Zaczyna mnie już nudzić szybka jazda lasem nawet. Za to jeden zjazd z wyskokiem w powietrze daje mojej duszy zniewieściałej solidnego, pozytywnego kopa w środek regio glutea Powiem więcej, każdy taki lot daje +1 do poczucia własnej wartości i +1 do twardości jaj - przebadane naukowo na próbie mężczyzn w wieku produkcyjnym w liczbie 1. Ale powiem jeszcze więcej! To, co najbardziej motywuje, to postępy w jeździe, zarówno te w psychice, jak i technice. Jak się uda zrobić perfekcyjny zjazd przez dwie hopy pod rząd i nawet łańcuch zbyt mocno nie zadzwoni - wtedy jest moc! Pomyśleć, że te hopki jeszcze 5 miesięcy temu wyrywały z ust bluzgi niedowierzania... Teraz to co najwyżej wyrywają bluzgi aprobaty i satysfakcji. Do tego poprawiła się u mnie ocena sytuacji - nie zaliczam już zbyt często bajabongo bez telemarku, czyżbym umiał nareszcie określić czy pokonam daną rzecz bezpiecznie czy nie? Niewiarygodne   Uff, zdefekowałem trochę zalegających myśli i od razu lżej. W razie gdyby ktoś zaczynał romans z frirajdem, niech się nie martwi kolejnymi dziurkami od pedałów w piszczelach, ani rysami na ramie i mordzie. Wysiłki będą nagrodzone, amen!

djzatorze

djzatorze

 

O tym, że nie tylko grawitacja w dół napędza

Jest takie powiedzenie, że rower jadący w dół napędza grawitacja, a pod górę - siła woli. Ugryzę ten temat swoim aluminiowym zębem przy okazji wypluwając parę osobistych przemyśleń.   Cofnijmy się dwa tygodnie wstecz. Rzecz się działa - a gdzież by indziej - na toruńskim dzikim leśnym torze. Jedno z dziesiątek spotkań zjazdowo-budowlanych. Wspólnymi siłami odbudowaliśmy wtedy coś, co można nazwać dirtem. Ten kto wyobraził sobie teraz wysoką na trzy metry skocznię z jeszcze wyższym lądowaniem, będzie rozczarowany. Mowa o hopuchnie pokazanej na gifie w komentarzu pod poprzednim wpisem. Zwiemy ją dirtem, bo ma dość mocno wypionowane zarówno wybicie, jak i lądowanie. W praktyce jest to niemal stolik (takie coś, że nie ma dziury między wybiciem a lądowaniem; różnica fizycznie żadna, bo i tak leci się w powietrzu, ale psychicznie znaczna). No i ta oto hopuchna była od roku w stanie nie-do-polecenia. Nie wiadomo było co z nią zrobić, niby było wybicie, niby było lądowanie, ale wszelkie próby kończyły się niedolotem od którego trzeszczała rama i kręgosłup. Rzeczonego dnia starannie wyprofilowaliśmy to cudo i zasypaliśmy dziurę niebezpiecznie bliską lądowaniu. Po wygładzeniu ostatniej zmarszczki na budowli i wbiciu szpadli w grunt, nastąpiła ta chwila.   - To co, trzeba oblecieć! - [nerwowy śmiech] No!   Otóż drodzy bracia i siostry w korby zbrojni, rower jadący w dół również jest napędzany siłą woli. Ja wiem, grawitacja się przydaje, ale to tylko połowa sił potrzebnych do poruszenia kompleksu kolarz-rower. Ba! Bez siły woli to grawitacja zrobi tyle samo co wiadro wody obok młyńskiego koła. Ale wróćmy na trasę.   Wypych na górę. Kolega robi przymiarkę, czyli zjazd z wyhamowaniem na wybiciu. Ja również. Dygresja: jest to bardzo dobry sposób zapisania sobie w głowie kierunku i sposobu pokonania przeszkody. Kolejny wypych (nachylenie jest w tamtym miejscu potężne, niegdyś na mojej maszynie do połykania podjazdów dałem radę wjechać tam tylko do połowy). Chwila na zebranie się w sobie i kolega poszedł. Szszszsz-hop-cisza-hop-szszchrz. Zgrabnie to wyglądało, przejazd płynny, jeździec ukontentowany. Tera ja. Zapis monologu wewnętrznego przebiegał z grubsza tak:   Kurde bela no dobra buta otrzep lewy pedał z przodu dociśnij mocno stopę dobra pojadę lajtowy jest przecież no kurde widać było no jak nie jak tak prawa noga dociśnij bujnij palce na klamkach luźno okej jadę   Potem już tylko zjaździk z drżeniem rąk, które oczywiście tłumaczyłem sobie twardym amortyzatorem, i wyskok - wyraźnie odczuwalny, krótki i emocjonujący nacisk gruntu na przód roweru i ręce. Lot - bardzo krótka chwila, która się wydaje trzy razy dłuższa niż jest - lekkość, wiatr, same miłe rzeczy Lądowanie - tutaj znalazłem czas na milisekundowe zdziwienie - jak gładko! Jak płynnie! W następnej milisekundzie zauważyłem że jadę z podobną prędkością jak tuż przed wybiciem, czyli szybko. Hamowanie (bo wtedy trasa kończyła się nagle krzakami) było dłuższe niż się spodziewałem. Wydałem z siebie dźwięk takowy: ŁUUUUUHUUUUU! Nie pamiętam kiedy ostatnio tak zawyłem z radości. To było świetne. Ręce trzęsły mi się jak menelowi z delirium. Jeszcze godzinę potem byłem nakręcony Oczywiście kroki swe skierowałem z powrotem na wypych i pojechałem dirta jeszcze raz. Świetny jest. Tego dnia zabraliśmy się za pociągnięcie trasy dalej, do połączenia ze ścieżką, zatem lotów dalszych już nie było.   Tydzień później. Trasa już przedłużona i dołożona mała hopka co by nudno nie było. Trochę szaro, jesień idzie, godzina 16:00 minęła. Oblatujemy na rozgrzewkę stolik. Potem wypych na stanowisko startowe do nowego dirta. Kumpel leci. A ja...   Okej otrzep podeszwę lewa z przodu o kurde ale wysoko jest trochę nie no w sumie lajtowy jest widziałem jak poleciał ładnie kurde no stromo w h*j ale już leciałem to dobra teraz o kurde nie no wywale się leciałem już to no co jest   Kumpel zdążył już się wtoczyć z powrotem na start. Puściłem go przodem. Potem jeszcze raz. Nie mogłem. Tak bardzo nie mogłem. Straszne, czułem już po prostu ten osławiony przez kolegę adamsmaster napis DU*A na czole. Pojechałem w bok, na stolik. Wypchnąłem, nadal blokada w głowie, znowu skręcam na łatwy stolik. We łbie słyszę tylko "ech, ech". Wtaszczam pojazd na górę. Blokada nie ustąpiła. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego dusza moja zniewieściała była w tejże chwili bardziej zniewieściała niż zwykle. No nie mogłem. Już nawet zastanowiłem się, czy to po prostu zwykły strach przed zaliczeniem tzw. bajabongo bez telemarku, czyli gleby. Ale w sumie już wywalałem się nie raz i przywykłem do tego że czasem się troszkę grzmotnę. Kask chroni doskonale, a dzięki adrenalinie niewiele się czuje przy upadku A ja ciągle nie mogłem i nie mogłem, jak ten Gałkiewicz z "Ferdydurke". Kumpel zdiagnozował u mnie brak zajawki. No tak. W zasadzie do tego się to sprowadza. Zdjąłem na chwilę kask, popatrzyłem sobie na drzewka i listki. Potem, nie myśląc absolutnie nic, założyłem kask, otrzepałem podeszwy butów z lepkiej gliny, postawiłem lewą stopę na pinach pedała i...   - NO JA NIE POLECĘ?!   Szszszsz-hop-cisza-hop-szsz-hop-hop-szszszszchrz. Poszło nawet zgrabnie. Fakt, nie było takiej frajdy jak za pierwszym razem, ale blokada puściła na starcie i zniknęła na dobre z chwilą zamaszystego przyhamowania na końcu trasy. Napis DU*A z czoła zniknął bez śladu. Prawie biegiem udałem się z powrotem na start, by powtórzyć zjazd. Już rozluźniony, zauważyłem że przedłużona trasa z tą małą hopką ma fajny ficzer - lądowanie owej małej hopki mocno przyspiesza rower. Najlepsze co mi przychodziło wtedy do głowy na określenie całej tej traski to jedno słowo - szatan!   Tak oto kolejna bitwa z samym sobą została wygrana, oraz udowodniona została wyższość siły woli nad grawitacją przy frirajdowych zjazdach.   Dziś z kolei mała hopka na tejże trasie została nieco powiększona. Jeszcze nie stawiłem jej czoła. Jeszcze.

djzatorze

djzatorze

 

Jak do pierwszych potyczek z samym sobą doszło

Wypadałoby dokończyć słowotok z poprzedniej notatki, bo mimo wielu zużytych liter nadal uwierają mnie kolejne. Wiadomo już jak to się stało, że mi się zachciało szaleństw na rowerze. Opowieść utknęła na narodzinach chwalebnej idei wykorzystania odkrytego toru freeride do nauki tejże dyscypliny oraz chęciach odbudowy dawnej świetności tego miejsca. Oto, co los przyniósł.   Z kolegą z roku wpadaliśmy na leśną miejscówkę raz w tygodniu. Trochę żeby pozwiedzać, pojeździć, ale też coś naprawić. Skonstruowałem sobie nawet saperkę do tego celu; złamany trzonek od jednego szpadla, złamane ostrze drugiego, godzinka roboty i jest. Kolega sprawił sobie małą, składaną saperkę. Nie będę przynudzał o odgarnianiu liści i naprawianiu osunięć na trasie. W zasadzie nic wielkiego nie zdziałaliśmy: dwie małe hopki, jedna wyprofilowana banda, dwa załatane mostki (w tym ten, co mnie niegdyś przerażał i od szmat przezywał). Jakoś ten nasz zapał przycichł, za co można winić fakt, że nasze przedsięwzięcie składało się z: - 2 rowerów, - 2 kolarzy, - 1 kasku, - 2 słabych saperek. Do czasu.   Pewnego czwartku, na torze zastał nas pewien specyficzny człowiek. Wyziomalowany ziomal z tych bardziej ziomalskich. Tak ze 30 lat, na beemiksie. Nie będę zdradzał szczegółów, ale rozmowa z tym człowiekiem podlała w duszy mej zniewieściałej zasadzone wcześniej ziarno frirajdu. Wyziomalowany ziomal użył w tej rozmowie pewnego słowa. Ja wiem, że szanownej braci Forumowej kojarzy się ono głównie z hiphopowcami z gimnazjum (mnie również), ale to co się pod nim kryje, ma cholernie istotne znaczenie. Zajawka. Czyli, inspiracja, pasja, motywacja... co tam jeszcze. Ale to nie do końca to samo co te trzy słowa; inspirować to się może poeta ładnymi cyckami, pasja to może być zbieranie znaczków, motywacja to jest 200 zł do ręki. A zajawka - mózg wywija na lewą stronę, leje miód na serce i daje kopa w dolną część pleców krzycząc "jeszcze tu stoisz?!". Z natury jestem stoikiem, mój śmiech polega zwykle na szybszym wypuszczeniu powietrza nosem, a smutek polega na wypowiedzeniu zaklęcia k...a mać. A tu proszę, zajawka.   Rok akademicki, jako że to już piąty, skończył się szybko i spotkania torojezdne i torobudowlańcze przestały się odbywać. Ziarno jednak kiełkowało i usilnie chciałem kontynuować dzieło. Skrobnałęm więc post na lokalnym forum rowerowych szaleńców, ale nie było odpowiedzi. Czas mijał, a ja zbroiłem się - zmieniłem ramę, kupiłem kask fullface, do tego dokonałem kilku pomniejszych usprawnień roweru. Tak oto mój krosiarski Accent stał się eNeSem z aspiracjami frirajdowymi. Wtem pewnego dnia...   Mój post na forum zyskał odpowiedź. Okazało się, że nie tylko mnie zależy na odratowaniu zapuszczonej "Kanady". Byłem wtedy już poza Toruniem, ale gdy zaczął się wrzesień, wystrzeliłem tam natychmiast. Mam teraz pewne pojęcie, jak może się czuć uczestnik randki w ciemno... Otóż któregoś dnia na tor wyjechałem spotkawszy w umówionym miejscu autora odpowiedzi na mój post. Człowiek ów okazał się sporo młodszy ode mnie wiekiem, ale sporo starszy techniką jazdy. Od tamtej pory, jeździmy sobie przynajmniej raz w tygodniu na Tor i budujemy. Ekipa czasami powiększa się o dodatkowego osobnika, a wtedy nasza firma liczy: - 3 rowery, - 3 kolarzy, - 3 kaski, 2 pary ochraniaczy (jedne moje!), - 2 szpadle, saperkę, grabki, toporek, wiadro.   Moją ubogą saperkę zastąpił high-endowy szpadel, podobny jak ten na wyposażeniu nowego wspólnika. Ciekawym zjawiskiem są narzędzia "tamtejsze", które są tam ukryte od dawien dawna. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie są. Obecnie większość tras na "Kanadzie" jest w stanie dobrym a kilka nawet w bardzo dobrym. Niestety, są też trasy w stanie rozkładu i wiejące nudą. Brakuje też gdzieniegdzie sensownego połączenia odcinków w dłuższą linię przejazdu.   Tak, jest już całkiem gdzie pojeździć, a zajawka wisi w powietrzu nad wyraz często; głownie za sprawą frirajdowego mego wspólnika. Młodzian ów z gracją oblatuje najbardziej hardkorowe atrakcje jako pierwszy. Staram się zbytnio nie odstawać, ale dusza moje zniewieściała częstokroć musi ze zdrowym rozsądkiem negocjować warunki przejazdu (o tym będzie w następnej notatce). Naprawdę, czyste pokonanie wysokiej hopy dostarcza niezapomnianych wrażeń, polecam gorąco!   Tak doszło do pierwszych ekstremalnych zjazdów mojej osoby. Zaskakujący jest postęp, jaki może się dokonać w ciągu paru godzin, ba! Minut! Większość problemów z trudnymi przejazdami oraz wysokimi i dalekimi skokami bierze się z wewnątrz głowy. Protip: czytelniku, jeżeli usłyszysz kiedyś, gdy jakiś jeździec FR/DH/DJ wydaje z siebie krótkie stęknięcie, oznacza to, że w myślach właśnie odmówił zdrowaśmaryjo albo wypowiedział stosowną do sytuacji wiązankę przekleństw. Tak jest, chodzi o to by przekraczać granice, ale towarzyszy temu często krzyk zdrowego rozsądku. Sam czasem jestem po 8-sekundowym przejeździe tak naładowany adrenaliną, że trudność sprawia mi trafienie palcem do nosa. Niewiarygodne, że kilka górek może człowiekowi wykręcić mózg jak mokrą skarpetę. Krzyk radości wyrywa się czasem z siłą strącającą wiewiórki z sosen.   Zatem od jakiegoś miesiąca jestem początkującym adeptem frirajdu. Potyczki ze samym sobą towarzyszą mi praktycznie przy każdej okazji pobytu na Torze. Warto wspomnieć, że w Toruniu jest już dawno oficjalny tor DH/FR plus kawałek 4X, ale niestety nie dorosłem jeszcze do poziomu by dobrze się na nim bawić. Na dodatek, niezbyt mi tam po drodze... ale któregoś dnia polecę tam co się da. A na "Kanadzie" zmierzę się z tym:     Tak, tak. To jest na toruńskiej "Kanadzie". Obecnie niestety rozwalone są zarówno wyskok jak i lądowanie, ale co to za problem odbudować? Oczywiście to co było, do tej pory przyprawia mnie o zawrót głowy, powyższa fotka to właściwie wielkie nic.   Podsumowanie dzisiejszego bełkotu. Jeżeli ktoś kiedyś miałby wątpliwości, czy zjeżdżanie i fruwanie rowerem jest na tyle przyjemne, żeby ryzykować kontuzją, odpowiadam:   Niech powietrze w dętkach (i bezdętkach) będzie z Wami!

djzatorze

djzatorze

 

No i jest blog. Może bez sensu? A tam, wstęp!

Cóż, stało się. Powstał blog, ale raczej będę trzymał się nazwy Notatki. Cel#1: dokumentacja tego co się może w głowie dziać zwykłemu człowiekowi gdy mu się zachce frirajdu, kiedy wcześniej zawsze kroskantry. Cel#2: zmuszenie się do składania poprawnych zdań po polsku. Ta umiejętność może się w życiu jeszcze przydać (chociaż internet świeci przykładami że u niektórych potrafi ona zaniknąć).   Użytkowniczy blog to nie fejsbuk, żeby pisać masę pierdół, żeby wszyscy mnie widzieli... ale na pewno się jakieś zdarzą, pewnie nawet gęsto, nie sposób ich uniknąć. Mogą wręcz zdarzyć się w nieprzyjemnej ilości. Wiadomo, cykloza robi swoje i pewnie zdarzy się jakiś wylewny komentarz jaką to wspaniałą część do roweru udało mi się zdobyć albo jaką piękną trasą jechałem Chcę jednak głównie wywalić z głowy zalegające myśli i zastąpić je kilkoma zdaniami, żebym nawet ja je zrozumiał   Koniec, dobra, dosyć tego suchego wstępu, jedziem z tym koksem. Jak to się stało że usilnie próbuję zrobić z siebie kolarza freeride? Jak to się stało że w ogóle jeżdżę tak a nie inaczej? Trzebaby się cofnąć trochę w czasie, żeby sens przynajmniej śladowo zachować. No dobra, jest sobie rok 2012, piździernik za pasem, zaczynam być studentem drugiego stopnia geografii. Pierwszy raz mieszkanie, już nie akademik. Już nie będzie wstawania z łóżka 10 minut przed zajęciami, 3 kilometry na uczelnię! Kurde bela. Myślę - rower. No proste. W listopadzie staję się dumnym posiadaczem roweru XC, firmy Mexller. Osprzęt Altus, rama alu, w miarę lekki (z tym rowerem wiąże się smutna historia ale to kiedy indziej). Potem był Alton, stalowe krosiwo z obniżoną górną rurą, jeszcze przed remontem. Na komunię go dostałem przed laty Przygnębiający stan jego napędu i brak czasu na reperacje zmuszają mnie do pożyczenia domowego makrokesza... Przemęczyłem się na wymienionych sprzętach do lipca 2013. Zmobilizowałem się i wszelkie zarobione pieniądze przeznaczałem na części do nowego Roweru. Roweru przez duże Ry, który nie miał być byle środkiem transportu, tylko pasją! Niestety, Brutalna Rzeczywistość zajrzała do portfela i zadowolić się musiałem częściami tanimi i używanymi. Rower ten składałem kompletnie bez sensu, bo ramę kupiłem niemal na samym końcu ale każdy kiedyś zaczynał... Na szczęście, udało się złożyć całkiem niezły, działający pojazd. Jeździłem sobie więc moim Accentem El Norte na uczelnię i po okolicznych lasach, ciesząc się tą prostą czynnością ile wlezie. Aż pewnego dnia dotarłem TAM.   I zaczęło się.   Niedaleko lotniska, jest sobie w Toruniu miejsce znane mieszkańcom jako Kacze Doły. Większość z nich (mieszkańców, nie dołów) kojarzy, że wśród tamtejszych sosen błyszczał uroczy stawik, nad którym Torunianie spędzali wolne niedziele. Obiło mi się o uszy, że stawik był jeszcze wcześniej wyrobiskiem gliny, ale nie wiem czy to prawda. No i te Kacze Doły ukazały przed mą duszą zniewieściałą... Tor. Zniszczony, ale niewątpliwie był to tor. Mimo zalegającego materaca liści dało się wypatrzyć dawne trasy przejazdu. Mnie, chuderlawemu krosiarzowi, wysokie na pół metra hopy wyrywały z ust szepcące bluzgi pełne niedowierzania, że tak ktoś tu sobie ot, jeździł. Tu, w Toruniu, pod moim nosem. A były i wyższe konstrukcje, których majestat przerażał niedoświadczonego chłopaczynę. Wpadałem tam czasem, mimo błota, deszczu i śniegu, żeby odkrywać kolejne fragmenty tras. Najbardziej kusił mnie 3-metrowy mostek przez strumyk. Dwie krzywawe kłody rzucone w poprzek głębokiego na 2 m wąwozu i na nich poprzybijane deseczki. Bałem się mostka, ale on kusił. "Przejedź po mnie, szmato", mruczał. Długo trwało zanim się odważyłem. Nie pamiętam kiedy, ale przejechałem w końcu, zestresowany i zadowolony. Jednak nie szmato, drogi mostku, przejechałem cię i nie boję się ciebie! Jakiś czas potem, na wikimapii odnalazłem Tor. W opisie kilka zdjęć z wiosny, w słońcu wszystko wyglądało lepiej. Tor okazał się mieć nawet nazwę - "Kanada". Jeszcze wtedy nie wiedziałem z czym to skojarzyć, człowiek nic nie wiedział... Dokopałem się w końcu do archiwalnych zdjęć z 2005 i 2006 roku, jak ów Tor wyglądał. Nastąpił wtedy w mojej głowie przełom. Szepcące bluzgi pełne niedowierzania po raz kolejny wyrwały się z moich ust. Tor, z wielkiiiimi hopami, mostkami na drzewach, nawet pionową ścianą do wjeżdżania rowerem, a na nim - ludzie! Ludzie na rowerach na krawędziach wyskoków, na rowerach na ścianie, na rowerach w powietrzu. Ma dusza zniewieściała widziała takie tam rzeczy we telewizorze, ale żeby Tu, w Toruniu, pod moim nosem?! Zapragnąłem być frirajdowcem. Brutalna Rzeczywistość, moja stała towarzyszka życia, słusznie zauważyła że może być trudno nauczyć się tak jeździć. Niemniej miałem już trzy składniki, żeby stworzyć z siebie rajdera: chęci, rower i tor.   Intrygujacym odkryciem podzieliłem się z kumplem. Pokazałem co na torze było, a co jest i że można by sobie poćwiczyć technikę na jakichś najcieńszych traskach dla siuśków takich jak my Chęci się wyklarowały i pojechaliśmy tam raz czy dwa. Niestety, znowu Brutalna Rzeczywistość miała coś do powiedzenia. Tor był po zimie w naprawdę złym stanie. Przejezdne były może 2, 3 trasy. Narodziła się więc idea - można tor naprawić. No toć przecież! Tutaj narodził się w zniewieściałej mej duszy plan, żeby jeździć oraz budować, a przez to nauczyć się jazdy rowerem po tym wszystkim, co wcześniej wyrywało te bluzgi niedowierzania. Tak oto zachciało mi się być frirajdowcem. Chuderlawemu chłopaczynie na rowerze XC. Co z tego wynikło i jak to się stało że jeżdżę na tym, na czym jeżdżę, skrobnę w następnym wpisie. Bonus dla tych, co wytrwali całą tą ścianę tekstu: pierwsze litery akapitów tworzą nazwę surowca na najwyższe odznaczenie, jakie może otrzymać uczestnik tego wątku. Druga w nocy dochodzi, aj jej, dosyć tego.   Aloha!

djzatorze

djzatorze

×