Skocz do zawartości

adamsmaster

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    129
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

Dodatkowe informacje

  • Imię
    Paweł
  • Skąd
    Sanok

Osiągnięcia użytkownika adamsmaster

Entuzjasta

Entuzjasta (5/13)

  • Pierwszy post
  • Collaborator
  • Conversation Starter
  • Od tygodnia
  • Od miesiąca

Ostatnio zdobyte

33

Reputacja

  1. Otóż to. W całym cyklu CK znalazłby się w zasadzie 1 maraton gdzie napęd 1x by się sprawdził (Wierchomla) - na pozostałych zbyt dużo jest płaskich fragmentów gdzie można i trzeba odjechać i niestety widać że 1x odstaje - kolega który ujeżdża 2x10 stwierdził że na jednym odcinku któregoś tam maratonu i to było mu mało i odstawał, ale mimo wszystko napędy 2x10 lub 2x11 wydają się najbardziej optymalne.
  2. aż mi się łza w oku zakrecila jak przeczytałem tytuł. Fajny tekst podoba mnie się. Chyba wrócę do pisania.
  3. Witajcie wszyscy, Od razu na wstępie przepraszam za tak długą przerwę w pisaniu. Cholera jasna jakoś mi się strasznie doba skróciła i na czymś trzeba było położyć lagę. Moja żona (dla przypomnienia ta pierwsza) dobitnie wskazywała mi dwa kółka stojące czasem w przedpokoju. Ja jej wskazałem na portfel, ona na łóżko to ja na komputer i tak już zostało. Dlatego nic nie pisałem ani też niespecjalnie dużo czytałem ale robiłem coś zupełnie innego - jeździłem. I jeżdżę dalej i jeździć będę. A zmian Ci przy tym. Zacznijmy od tego, że kupując swojego Cube'a prawie na kolanach obiecywałem, że przez 24 miesiące od zakupu nie dołożę grosza do roweru (poza normalną wymianą części). Starałem się wytrwać w moim postanowieniu i prawie mi się udało. Prawie, brakło pół roku. W lutym tego roku wyłożyłem 2k na zmianę czegoś co było sprawne. Rower dostał nowy amor, nowe hamulce i całą masę różnych pierdół które wydawały się być niezbędne. O zmianach w rowerze jeszcze napiszę, coś na zasadzie krótkiego testu. Żona mnie mało nie wyrzuciła z domu, ale ja od razu mówię, to nie moja wina. Bo to nie moja wina, że ktoś mi dał do ręki ulotkę z kredytem autentycznie 0%. Grzech nie wziąć. Teraz spłacam, ale faktycznie jest 0. Do tego powiedziałem szanownej małżowinie, że Młoda już nie jest młoda i że dadzą sobie radę jak tatuś raz w czas (czyli co dwa dni plus zawody) wyskoczy i pokręci sobie z piętnaście minut (3 godziny i 15 minut ). Stąd w tym sezonie zaliczam na poważnie Cyklokarpaty. Nawet do drużyny należę i ubranie dostałem. Oj co to się do tej pory nie działo na CK. A przede mną jeszcze 3 starty. Będzie i o tym. A na razie to zbieram się powoli w spanie. Harnaś się skończył, drugiego pod kapslem nie dali, a wysypiać się trzeba bo CK Dukla w niedzielę, a w Dukli byłem rok temu i wiem, że tam trasa to się "w tańcu nie pie@^li". Będą następne wpisy na pewno częściej niż raz na pół roku. Do poczytania. PS. Jak ktoś zacznie w komentarzach po mnie cisnąć, że piję Harnasia to od razu wyjaśniam. Miałem się ochotę dziś lekko dziabnąć za nieduże pieniądze. Stwierdziłem, dziś jest mój dzień, trzy piwa będą, za pierwsze płacę, pozostałe dostaję z kapsla. Inwestuję tylko 1,99 - musi się udać. No to się udało - wypić jedno - król gór okazał się być sknerą i dał komuś innego mojego kolejnego browara. Normalnie świnia a nie król
  4. Łańcuch aby przypadkiem nie jest za długi?
  5. adamsmaster

    24

    O, ubijaki. Akurat Boże Narodzenie się zbliża - będą jak znalazł
  6. Z dobrą pieluchą powinno dać radę. Jakieś 12 km
  7. E tam narzekasz. 120 cm to żadna przeszkoda, no może dla pięciolatka, ale dla dorosłego faceta to chyba nie powinien być problem. Powinieneś się cieszyć, że masz takie fajne, urozmaicone i co ważne oznaczone ścieżki, a nie tak jak u mnie - ścieżka jest po czym się kończy ścianą krzaków. I walisz w te krzaki, bo właśnie przed chwilą zjechałeś zjazdem z różnicą wysokości 150 metrów po kamolach i korzeniach i naprawdę nie masz ochoty wracać, a wg mapy do najbliższej drogi zostało w linii prostej 150 metrów. Do drogi, której w rzeczywistości nie ma od 60 lat. Kocham swoje górki. A Twoje zdjęcie mi się podoba.
  8. adamsmaster

    Różne takie z mini wypraw :)

    Różne zdjęcia które czasem chce nam się zrobić.
  9. Dziękuję bardzo za słuszną krytykę. Ogólnie w tym wpisie popłynąłem z interpunkcją jak Titanic do Nowego Jorku, a tu się jeszcze kłaniają błędy wynikające z nieznajomości języka polskiego. Jutro za karę idę kasetę jęzorem czyścić .
  10. Na Boże Narodzenie kupuję córeczce tego czerwonego bolida.
  11. Oj, dawno mnie nie było, dawno. Tak dawno, że już zapomniałem, że prowadzę coś takiego jak blog i że być może mam już stałych czytelników którzy na myśl o przeczytaniu mojego wpisu mają mokro tam gdzie sucho mieć powinni. Ale jestem, żyję i w końcu wyrzucę się siebie to co mi w duszy gra. A zatem witajcie po przerwie, zróbcie sobie kawy i czytajcie (albo niech Wam czytają). Pamiętacie to jak moja żona, Ta pierwsza, stwierdziła, że Trek to jest spełnienie jej marzeń i już nie może się doczekać kiedy będzie mogła mknąć na nim przez sanockie bulwary mijając innych rowerzystów, którzy przyglądając się jej złotemu rumakowi z miną karpia, którego Wigilia wyjątkowo zaskoczyła, będą przeklinać dzień w którym nie odkupili tego roweru od Dużego Jakuba. No więc żonie przeszło, przeszło następnego dnia wieczorem. Po prostu stwierdziła, że ona to nie jest jakaś tam zwykła żona, tylko moja żona, a skoro tak, to ona nie będzie jeździć na żadnym starym gruchocie. No nie i już a w ogóle to garnki nowe kup bo te już są passe, No więc ja, biedny, zmęczony późnonocnym wybieraniem komponentów do Treka, kalkulowaniem budżetu, szukaniem złotego środka musiałem się poddać. Poddając się obiecałem, że do tygodnia będziesz mieć żono kochana swój piękny wymarzony rower. Odwiedziłem znowu jeden sklep, potem drugi i trzeci. Prześledziłem cały internet, potem całe allegro, potem jeszcze raz cały internet i potem jeszcze raz sanockie sklepy i nic. No nic, po prostu nic. Absolutne zero. Załamany, widząc, że kończy się mój czas na znalezienie roweru i że już za chwilę żona w całym swym ogromie (choć to tylko 51 kilo) zakręci kurek z miłością, wyrzuci z sypialni i każe spać w piwnicy postanowiłem raz jeszcze udać się do sklepu, mojego ulubionego sklepu. Wchodząc padłem na kolana i łapiąc rowerowego Szefa na nogi błagałem łkając: "o wielki Panie Szefie, błagam Cię w imię mojej miłości do pedałowania, znajdź rower dla mojej żony, bo żona moja zagroziła, że zakręci kurek z miłością, a jak ona go zakręca, to ja mam potem odciski na prawej dłoni i jeździć rowerem nie mogę". Pan Szef wyraźnie się rozczulił na mój widok, łzę nawet uronił i rzekł: "Pawle, wstań z kolan, obetrzyj łzy i uwierz, błogosławieni bowiem Ci co nie widzieli a uwierzyli..... eee.... sorry, blogi mi się pomyliły - jeszcze raz. Pan Szef wyraźnie się rozczulił na mój widok, łzę nawet uronił i rzekł: "Pawle, w nieskończonej swej wszechwiedzy rowerowej przypomniałem sobie, że mam rower dla żony Twej". I wskazał mi narożnik sklepu w który nikt nigdy sam nie zagląda, bo niegodnym jest nań patrzeć jeżeli go Szef nie wskazał. W narożniku tym wisi sobie za siodełko on, albo raczej ona. Brązowa, z motywami kwiatów, rama 17 zdecydowanie kobieca ale bez tylnej przerzutki. Spojrzałem pełen nadziei na szefa a on, rzekł do mnie: " Pawle nie martw się przerzutką, tylko leć po żonę aby ona swoje szacowne cztery litery do siodełka przytulić mogła i aby się przekonała, że to jest dla niej pisany rower". No to ja w te pędy, na skróty, przez tory, przez sklepy do domu i wpadając krzyczę: jest rower. Żono jest rower. Zona z niedowierzania talerz upuściła, Młoda z wrażenia płakać przestała, a kotlet z emocji się spalił. Po nieudanej reanimacji kotleta (musiałem go zjeść bo to moja wina była) pojechaliśmy w trójkę do sklepu. Wchodzimy, a ona już stoi. Piękna, brązowa, dumna z SRAMem X5 z tyłu. Żona dosiadła się doń nacisnęła na pedał i ruszyła. Aż na odległość było słychać radość, że oto ma swój ukochany rower. Gdy wróciła, rzuciła się Szefowi na szyję, potem mnie na szyję, potem serwisantowi, a na końcu dostało się jakiemuś psu, co akurat przyleciał murek obsikać. Tym sposobem żona moja do sklepu przyjechała mazdą, a ze sklepu wyjechała Specem Myka Sport. A ja, no cóż ucieszyłem, się że żona kurka z miłością nie zakręci i odcisków nie będzie i rowerem będę mógł jeździć do woli. Gdy emocje już opadły, gdy żona już się rozjeździła spojrzałem w kalendarz a tam wielkimi czerwonymi literami gigantyczny napis: CYKLOKARPATY. Początkowy plan zakładał prawie cały sezon startów ale Młoda, w styczniu urodzona, wyraźnie dała do zrozumienia, że w tym roku tatusiu to sobie możesz jeździć ale wózkiem po osiedlu. Cieszyłem się zatem, że w moim mieście będzie ów cykl, że będę miał blisko i że jak nie wystartuje to mogę sobie na czole wytatuować: DU*A tylko bez gwiazdki w środku. No bo jak się z okna start widzi, to wstyd się nie zjawić. Dobra dobra, nie widzę z okna bo mi obcy blok widok przesłania ale jakby go wysadzić to wtedy na pewno bym widział. Więc decyzja podjęta: startuję. Tydzień przed startem postanowiłem przejechać się po trasie. Wybór padł na dystans mega (39km). Co to dla mnie, takiego wycinaka. Ja Wam pokażę. I pokazałem. Dowlekłem się do domu z czasem 4:16. Piechotą bym szybciej przeszedł. Normalnie koszmar i dramat w jednym akcie wystawiany. Fakt, że błota było tyle, że można ze dwadzieścia maratonów obdzielić a i tak wszyscy będą brudni po same uszy. Nic to jakoś to będzie. Im bliżej było maratonu tym było gorzej. Już w lustrze widziałem ten piękny wytatuowany napis na czole, już nawet zdążyłem się z nim zaprzyjaźnić gdy żona moja postanowiła mnie zmobilizować. I swym nieznoszącym sprzeciwu głosem rzekła: Mężu, czyż nie po to kupiłeś taki rower, pedały SPD i buty żeby w maratonach startować, czy nie po to na plecach Twych bukłak z wodą zawieszon, żeby nawadniać Cię podczas zmagań. Dla mnie będziesz zwycięzcą jak wystartujesz i dojedziesz do mety. A jeżeli nie wystartujesz to masz sprzedać rower i wszystkie szpeje które kupiłeś, masz wytatuować sobie DU*A na czole, a kurek z miłością zakręcon będzie dożywotnio więc naucz się hymnu pochwalnego na cześć odcisków. Cóż lepszej motywacji nie mogłem usłyszeć. Rano w dniu zawodów poleciałem odebrać numer - 1092. Taki był ładny, czysty i w ogóle. Godzina 10:30 wychodzimy z domu. Jeszcze tylko sprawdzenie czy wszystko wzięte czy spodenki właściwą stroną ubrane czy roweru z klatki nie zajumali. Checklista sprawdzona - wszystko gra. Na zewnątrz niespodzianka. Czekają kibice a najmłodszy kibic do wózka ma przyczepiony balonik z numerkiem tatusia. Oj słodko się na sercu zrobiło, słodko. Ale my tu pitu pitu a tam już się wszyscy szykują. Jadę na start i oczom nie wierze. Z pięćset osób jeździ w tę i z powrotem na rowerach różnistych, dużych, małych, kolorowych i tych całkiem bezbarwnych. Więcej Was mama nie miała? Stajemy na starcie. Ja oczywiście w ostatnim sektorze jako że najlepsi powinni mieć najtrudniej . Patrzę po ludziach, wszyscy wyluzowani, uśmiechnięci tylko ja spięty jak kot na pierwsze marcowanie. No ale w końcu to mój pierwszy raz, a pierwsze razy z reguły są bolesne i nie wychodzą. Ale dobra, jakoś to będzie. 3,2,1 ruszamy. Spokojnie w lewo przez parking następnie w prawo na obwodnicę i.... i.... i ja pier$#%ę, a gdzie oni się tak wszyscy spieszą. Boże jedyny jakie tempo. No tego się nie spodziewałem. Wiem, że to wyścig ale.... hmm trzeba sprinty potrenować. Kręcę ile fabryka dała język mi się prawie w łańcuch wkręcaz a tu jakiś gość robi zium zium zium i jest przede mną o dobre 25 metrów. Dalej nie wiem po co oni tak gonili. To znaczy przypuszczam że na samym przedzie jechało auto z napisem darmowe piwo, ale byłem za daleko, żeby to auto dojrzeć, a może to był jakiś mały samochód. Nie wiem. Wiem tylko że pogodziłem się z tym że nie wygram w debiucie. Szaleńcze tempo skończyło się w lesie. Mogłem trochę odpocząć. (w tym miejscu następuje przewinięcie maratonu bo nie ma Wam co go opisywać, po prostu jechałem). Ostatni fragment trasy to dla mnie istna męka. Już pogodzony, że przegrałem z gościem w wieku 60+, że nie będę w czołówce ani nawet w pierwszej pięćdziesiątce jadę, a w zasadzie się wlekę. Sił już nie ma, motywacja gdzieś wyparowała ale się nie poddaję. Jadę, mijam potok, most i jest, jest upragniona meta. Dojechałem. Patrzę na czas. 3:01. Zaraz, ostatnio było 4:16. Uśmiech na twarzy. Pokonałem największego przeciwnika, pokonałem samego siebie . Dumny jak paw po sezonie godowym idę z bilecikiem na obiad. Makaron z gulaszem nigdy nie smakował tak wybornie jak wtedy. Telefon do żony, że żyję, że dojechałem. Ach, uwierzcie, byłem niesamowicie dumny z tego, że jestem tu gdzie jestem. Straciłem swoje maratonowe dziewictwo wyjątkowo bez krwi i bólu (ból przyszedł dwie godziny później ) na czole nie ma napisu DU*A, a żona kurka nie zakręci więc wiecie czego nie będzie i co dzięki temu będzie. Słowem jestem maratończykiem MTB. Kilka dni później gdy już mogłem się ruszać, gdy okazało się, że ból po stracie dziewictwa jest gorszy niż przypuszczałem żona moja (tak Ta pierwsza) pyta się mnie czy planuje jeszcze jakieś starty. Odpowiadam owszem. W Dukli zakończenie imprezy. Znowu wybrałem dystans mega tylko tym razem 59 km. A co dam radę. Rower do auta, graty do auta i jedziemy. W trakcie jazdy czarne myśli: co Ty sobie gościu wymyśliłeś. 59 to nie 38. Nie dasz rady nie dasz. Naprawdę miałem zgryz czy dobrze robię, ale cóż, start z mega zapłacony nie będę się wycofywał bo mogę wtedy od razu do salonu tatuażu jechać. Startujemy. Tym razem wiedziałem co będzie grane i wiedziałem, że trzeba gonić a mimo to mi uciekli. Większość. Cóż. Życie. Jedziemy sobie spokojnie. Co chwila, wyjątkowo, rower próbuje mi udowodnić, że moje miejsce jest gdzieś w krzakach albo w błocie a on z wielką chęcią się położy obok i odpocznie. Nie dawałem mu się cały czas udowadniając, że współgrać możemy tylko w układzie ja na nim, nie odwrotnie. Do czasu. Gdzieś się skunks musiał jakoś dogadać z korzeniem, nie wiem w każdym razie chyba za cel postawił sobie żeby mi pokazać, że on jednak będzie odpoczywał i ch.. W każdym razie podczas zjazdu do Huty Polańskiej najechałem na śliski korzeń, a wtedy on fik kierownica w lewo o 180st. a ja ryjem w ziemie. Nawet nie wiem kiedy, nie zdążyłem się wypiąć (nie zdążyłem pomyśleć). Zbieram się, wypinam, patrzę, a ten się śmieje, bo jemu nic, a ja: rozwalone ramię, sine kolano, obolała dłoń, krwiak na wardze i obita kość jarzmowa. A to wszystko na 30 km do mety drugie tyle. Wsiadam na dziada, ale nie daję rady jechać, dziad się śmieje, że ma już dziś wolne i koniec ścigania. Ale nie, o nie, gościu Ty jesteś mój więc ja tutaj decyduje. Jedziemy dalej. Im było bliżej mety tym mniej bolało. Udało mi się nawet odrobić z 8 pozycji. Do mety dojechałem. Obolały ale szczęśliwy, że jestem gdzie jestem. Rower mimo wszystko też pogodził się z myślą że odpocznie dopiero w garażu i współpracował już do samego końca bez zarzutu. A ja, cóż nie było krwi przy pierwszym maratonie była przy drugim. Pierwszy raz w życiu tak się wykorbiłem na rowerze. Ale bynajmniej wiem dlaczego, co zrobiłem źle i co należy poprawić. Te dwie straty rowerowego dziewictwa to dla mnie najlepsza lekcja jaką mogłem dostać. Dzięki temu wiem, że w przyszłym sezonie startuje na maksa ile się da. Dzięki temu wiem, że kocham MTB i mimo to, że żona mi z ryja następnego dnia kamienie wyciągała będę to robił. Bo kocham rower i kocham pedałować. I kocham żonę (Tę pierwszą) za to że jeszcze nie zakręciła kurka, bo inaczej.... Dzięki za poświęcony czas i do zobaczenia w następnym wpisie.
  12. Jak to mój dziadek mawia: "Za mocno napierata".
  13. Piękny. Moje marzenie. Do spełnienia brakuje mi tylko jakieś 7k
×
×
  • Dodaj nową pozycję...