Skocz do zawartości

robertrobert1Blog

  • wpisów
    38
  • komentarzy
    126
  • wyświetleń
    63260

O blogu

Moja historia

Wpisy na tym blogu

 

Maroko 2018

Maroko 2018 czyli rowerem przez Anty Atlas i Atlas Wysoki. Jest to ponad 2 tygodniowa tułaczka rowerowa po, podobno, najbardziej cywilizowanym kraju Afryki. Ile km przejechałem? Nie ważne. Ważne co widziałem, ważne z jakimi ludżmi miałem styczność i jakie wyniosłem wrażenia. Pakowanie. Niby nic trudnego ale jak w środku zimy znależć kartony rowerowe? Ja na to poświęciłem 2 dni i objechałem wszystkie sklepiki rowerowe na Pradze Południe. Poniżej prezentuję mój sposób na małe i delikatne detale rowerowe. Przydatne informacje Nadając rower na bagaż należy wykupić bagaż sportowy. W liniach WIZZAR jest on tańszy od normalnego bagażu podróżnego a limit wagowy to 32 kg. I tu uwaga! Łatwo ów limit przekroczyć ale w karton swobodnie wchodzi rower, nawet 29", bagażnik, błotniki ale także jedna sakwa a także namiot i karimata. Na Lotnisku Chopina, jak i na innych rower jest nadawany w okienku dla bagażu ponad gabarytowego.   Dzień 1... Podróż Lotnisko. Bardzo małe. Tuptamy z samolotu bezpośrednio do budynku. Mnóstwo okienek z odprawą paszportową. Koniecznie trzeba mieć długopis do wypełniania karty. Uwaga! Trzeba podać adres zakwaterowania w Maroku. Wystarczą dane hotelu z bookingu.
Składanie rowerów na lotnisku. Jesteśmy lokalną atrakcją. Pozytywnie!
Nie jesteśmy jedyni z rowerami. Jest jeszcze grupka 3 Polaków. Nawiązujemy kontakt na FB bo roaming piekielnie drogi. Jutro kupujemy za 37 pln miejscową kartę internetową.   Przydatne informacje W Maroku wiele rzeczy jest niedostępnych ale dostęp do telefonii komórkowej jest wszędzie. Niemal w każdej kawiarni i hotelu działa wifi a hasło jest podawane bez najmniejszego problemu. W związku z tym punkty z telefonami komórkowymi oraz kartami są niemal na każdym kroku. Zatem nie ma sensu podążać w tym celu do dużego miasta. Na przedmieściach swobodnie takową kartę się dostanie. Polecam kartę 4 GB. Wystarcza ona na tydzień czasu intensywnego korzystania z internetu. Tu uwaga. Podczas zakupu należy poprosić sprzedawcę o skonfigurowanie bo infolinia jest w języku arabskim. Kumatemu sprzedawcy taka operacja zajmuje nie więcej niż 5 min a kosztuje 20 MAD.   Pierwszy dzień w Maroko a już na lotnisku zrobiłem interes. Ludzie tu są bardzo pomocni. Kartony na rowery mam przechowane na 15 euro u tubylca w domu w tym ostatni nocleg i niego w domu za free. Przydane Informacje Karton należy gdzieś przechować albowiem dostanie kartonu w Maroku jest kompletnie nie możliwe. Nie możliwe jest także kupienie strecza więc zachowanie kartonu to gwarancja powrotu z rowerem. Kartony przechowują wybrane hotele jeśli skorzysta się z ich usługi. Nas jednak zagadał lotniskowy portier, który sam zaproponował takową usługę. Na początku byłem nastawiony sceptycznie do tej propozycji. Jednak jest to najlepsza propozycja. Portier mieszka niecały 1 km od lotniska więc nie trzeba martwić się o logistykę. Za jego zgodą podaje namiary Portier nr 13 ;  Aziki Ahmed ;
Droga autostradowa do miasta. Ograniczenie do 100 km/h a sporo kierowców wyprzedza na z prędkością 40 km./h. Jest bezpiecznie. 
Zaułki Agadiru .... sporo hord wałęsających się psów. Brak nazw ulic. Warto jechać tylko po głównych.
Drobne sklepiki otwarte do późna np fryzjer. 
Sporo lokalsów na rowerach. Ruch drogowy spokojny, bezpieczny. 
Lokalne parkingi ... bez ogrodzenia ale z pilnującym na plastikowym krzesełku okutanym jak na mrozy. 
Jest bardzo egzotycznie!  Dojeżdżamy do hotelu.   Dzień 2. Agadir. Szybkie śniadanie w hotelowej restauracji, koło basenu, i jesteśmy gotowi do poznawania kraju. Pierwsze km jazdy to przyzwyczajenie się do tego kraju. W porównaniu do Polski to wszystko jest inne. Mają tylko taki sam asfalt oraz ruch prawostronny, teoretycznie bo w praktyce pojazdy można zobaczyć po każdej stronie drogi. .Pierwsze kroki kierujemy do centrum miasta by nabyć kartusz z gazem oraz kartę internetową. W oczekiwaniu na aktywację jedziemy na obiad i jemy pierwszy tradycyjny posiłek marokański oraz wypijamy tradycyjną napój ... herbatę.   Agadir to zlepek miast. Ruch samochodowy wielki ale bezpieczny. Ścieżki rowerowe nawet są ale to często fikcja. W czasie deszczu to ścieki a w korkach służą jako dodatkowe pasy dla samochodów.  Podczas pierwszych zakupów odkrywam pierwszą gumę. Cóż ... Marzena ma czas na zwiedzanie pobliskiej hali targowej. Jako europejka i samotna kobieta wzbudza wielkie poruszenie. Po naprawie obieramy kurs na kolejny hotel. Decyduję się nieco zmodyfikować trasę i pojechać przez lokalne targowisko. Jest wielkości połowy naszego bazaru Stadionu Dziesięciolecia a handluje się niemalże wszystkim. Jednak specyfika tego miejsca powoduje, że ręka mimochodem sięga po posiadane środki obronne. Jednak kilkuminutowe przebywanie wśród tubylców sprawia, że są oni przyjażnie nastawieni i są zainteresowani tylko handlem. W dalszej kolejności bazar w naturalny sposób przechodzi w ciąg małych lokali handlowych. Zaczyna padać a nawet lać. Pora na kolejną herbatkę.
Miasta już mam dość. Jutro uciekamy w dzicz ... jeśli deszcze na to pozwolą. Dzień 3 Wyjazd z Agadiru koszmarnymi slamsowatymi przedmieściami. Następnie przejazd przez uprawy pod folią na przestrzeni 50 km. Wszędzie odpadki nowoczesnej cywilizacji czyli plastiki. 
Dopiero około 40 km przed Atlasem zanikły śmieci. Prawie cały dzień w lekkim deszczu. W miasteczkach błoto i kałuże na całą szerokość drogi. Główna ulica miasta po niewielkich opadach deszczu. Nareszcie zanikają sztuczne płoty zaczyna się naturalny krajobraz. Jest pięknie. Pierwsza noc pod namiotem na pastwisku otoczonym zasiekami z kaktusów i krzaków cierniowych. W oddali słychać było życie wsi ... modły imama, ryczenie owiec i osłów i ... nieustający deszcz Dzień 4 ... po bezdrożach Afryki. Opuszczamy nasz bezpieczny azyl i przez lokalne domostwa udajemy się asfaltem mimo, że nawigacja pokazywała całkiem inną drogę. Na razie obserwujemy piękną soczystą zieleń niczym na polskich łąkach. Marzena jest zadowolona z tej trasy. Ale szybko humor ją opuszcza gdy asfalt się kończy a droga zamienia się w błotną gruntówkę. Jest zielono ale ... czerwona glina zapycha koła i łańcuch w rowerze aż odechciewa się wszystkiego. Pierwsza przeprawa terenowa pokazała całe piękno Afryki po opadach deszczu. Dojechaliśmy do asfaltu i sklepu. Jest szansa na przeżycie kolejnego dnia.  Odcinek terenowy i mycie roweru z paskudnej czerwonej gliny. Mamy chwilę słońca i możemy znowu nacieszyć się widokami. Dojeżdżamy do kolejnej wsi i ... widzimy znowu koniec asfaltu. Wskazujemy miejscowym cel podróży i dowiadujemy się, że na rowerze nie da rady się dojechać. Nie wierzę bo widzę lekko utwardzoną ścieżkę przez kolejną trawiastą przestrzeń. Okazała się bardzo fajną szutrówką zdecydowanie lepszą niż poprzednia błotna droga. Na zakończeniu drogi mamy kolejną wieś z niby małym zameczkiem.   Dalszy ciąg przeprawy terenowej a na zakończenie wymarzony widok. Dla takich chwil warto było się pomęczyć. Maroko co chwila nas zaskakuje. Tym razem za sprawą obiektów motoryzacyjnych. Czujemy się jakbyśmy przemieścili się w czasie. Nasza cel pośredni to zespół jeziorek niezmiernie jesteśmy ciekawi tego zjawiska. Jednak nie po drodze znowu zostajemy zaskoczeni. Tym razem natura pokazuje swoją potęgę. Dostrzegamy niszczycielską działalność wody która doprowadza do wymywania zbocza wioski. Dojeżdżamy wreszcie do owej wody. Okazał się zbiornikiem wody pitnej transportowanej betonowymi akweduktami i korytami daleko na północ. Dojechaliśmy do restauracji na pustyni. Mega klimatyczna restauracja z mega wypasionym jedzeniem. Obsługa na bardzo wysokim poziomie. Można było poczuć się po królewsku. Koszta ? Jak w przydrożnym barze. Szok? 
W pełni posileni jedziemy szukać noclegu. Po drodze mijamy osobliwą atrakcję. Nocleg na pustyni. Jutro kierunek nad ocean Atlantycki. Spędzamy noc na pustyni a w zasadzie na pustynnych polach. W odległości 1 km same drogi lokalne i jedna asfaltówka. Wsi na horyzoncie brak ale imama i tak słychać. Jest bezpiecznie i byłoby przyjemnie gdyby nie ta piekielna gliniasta czerwona ziemia. Jest ciepło, więcej niż cienka kurtka przeciwdeszczowa nie potrzeba. Pada co chwilę ale też szybko wysychamy. W nocy dla mnie śpiwór puchowy jest ok. Robert w letnim się gotuje Dzień 5  Czas na małą przerwę i tradycyjną marokańską miętową herbatę. Zaparzana jest w małym dzbanuszku a podawana jest zawsze z dwoma kieliszkami. W jednym jest garść mięty a w drugim 2 duże kostki cukru. 
Jeszcze jest cała procedura 3 krotnego nalewania z pianką itp.
Wspaniale gasi pragnienie. Dojeżdżamy do Tiznit. Dzień na leniwca, dzień typowego turysty. Mała pamiątka . Pod koniec dnia jeszcze tylko wypad nad Ocean Atlantycki. Dzień 6 Od rana lampa. Bez trudu opuszczamy Tinzit, najbardziej przyjazne miasto z dotychczasowych jakie widzieliśmy. Kierunek góry Atlasu i miasteczko Tafraout. Dystans to 107 km ale nie dojedziemy. O godzinie 11.00 było 35 st C. Po drodze mamy tereny półpustynne, kwieciste oazy a także wiele koryt rzek okresowych. W górach życie toczy się takim samym tempem co na równinach. W innych dolinkach życia kompletnie nie ma.   Temperatura w cieniu 38,8. Woda idzie jak ... woda. Ach .... gdzie te deszcze... Przerwa na lunch. Każdy cień, każdy chłód jest cenny. Połowa drogi za nami. Góry, góry i doliny pełne oaz. Widok zwalają z nóg! A podobno malownicze tereny dopiero przed nami. 
Temperatura na podjazdach 42,2 C. Prawie w każdej wiosce jest sklep tylko jest mocno ukryty. Czasami jest to zakratowane okno a czasami tylko otwarte drzwi. Szyldów brak a jeśli są to sklep jest zamknięty. Na przełęczy na wysokości 1250 m. Równo połowa droga za nami. Rozkładanie namiotu przy zachodzącymi słońcu.
W oddali widzimy światła miast. Wygląda to tak jakby w dolinie były tylko miasta!
Podczas toalety odkrywam: poparzone uszy mimo, źe cały dzień byłem w kapeluszu turystycznym, poparzone takźe dłonie ... brak rękawiczek. Noc była spokojna chociaż wieczorem psy napędziły nam stracha. 
Imama i baranów nie było słychać... tylko koguty. Można było poczuć się jak na polskiej wsi. 
Temperatura spadła do 10 C Dzień 7 A my ciągle w górach. Tu jest tak samo gęsto od ludzi co na nizinach. Tu jest woda a to jest podstawa życia. 
Tihmit. Miasteczko na wysokości 1300 m npm. Niby senne ale jednak pełne życia.
Poruszamy się drogą komunikacyjną ale także turystyczną. Mijają nas wielkie ciężarówy , małe pickupy, autokary rejsowe oraz kampery. Większość nas pozdrawia i wyraża gest uznania. Jest miło.  
Knajp jest mniej ale zawsze pod sklepem możemy się załapać na whisky-Maroko czyli tradycyjną herbatę. Wjeżdżamy w malowniczą dolinę. Nie nadążamy robić zdjęć! Jest mega pięknie! Temperatura na trasie 33-38 C czyli jest nawet całkiem chłodno.  Tafraout. Kampery ciągną na potęgę. Wszędzie campingi pod kampery. Miasteczko pięknie położone ale prawie całe zrobione pod turystów. Tylko kilka uliczek w Marokańskim stylu. Nawet knajpy dla miejscowych nauczyły się serwować jedzenie pod turystów czyli ... frytki. Czas stąd zmykać. Niestety tam gdzie są turyści nie ma tradycji. Tafraoute, przepięknie położone miasto, w otoczeniu ciekawych tworów górskich, więcej tu turystów niż miejscowych a w restauracjach frytki w tażinie, cherbatka bez drugiej szklanki do przelewania i olbrzymich kostek cukru i bagietka, kawie brakuje mocy, ech...  To takie sztuczne miasteczko niczym polskie Zakopane. . Po dwóch dniach spędzonych w piekielnym słońcu czas na usunięcie warstwy soli w cywilizowanych warunkach. Marokański hotel w turystycznym miasteczku. Ciekawostką jest fakt brak okna za to do WC i prysznica jest wejście z prywatnego tarasu. 
Cena ... mniej niż zakupy na śniadanie. Dzień 8 Uciekamy z tego turystycznego tworu. Przed nami 600 m przewyższenia więc decydujemy się na podwiózkę. Jesteśmy na przełęczy 1700 m npm. Tuż za spotykamy innych 2 sakwiarzy. Jadą na południe. My udajemy się na wschód i po raz kolejny jesteśmy zaskoczeni przez marokańską przyrodę. Tym razem są to kwitnące doliny niczym w Japonii.
Temperatura 21-28 C ale my ją odczuwamy na poziomie 10-12 C. Jest po prostu zimno. Zakładamy polary. 
Przed nami 157 km do najbliższego miasta. Cały dzień jazdy po górach na poziomie 1830 m npm. Na mapie jest mnóstwo rzek ale w rzeczystości są to koryta rzek okresowych. Doliny mamy ciągle japońskie. Te pasmo gór jest przeraźliwie suche więc już mamy dość czerwono- ceglastego koloru. Tęsknimy za zielonym i pochłaniamy oczami każdą oazę, każdy skrawek trawki pod ciernistym drzewkiem. 
Nocujemy na jednej z przełęczy obok bezimiennej wsi. Przed nami dalsze kilometry rdzawego niczego. Jedyną osłoną od przeraźliwie zimnego wiatru i od wiejskiej cywilizacji jest 1 m kamienny murek.
Rowery nocują po za murkiem przypięte do słupa energetycznego. Nocleg spędzony na wysokości. Bardzo silny wiatr i niska temperatura. W nocy wstaję i dodatkowo zabezpieczam odciągi. W powietrzu wilgoć. Wszystko jest mokre ale wraz z pierwszymi promieniami słońca natychmiast schnie.
Męczę się. Oparzenia dają o sobie znać. Mimo niskich temperatur trzeba chronić się przed słońcem Temperatura w nocy spadła do około 5 st C.   Dzień 9 Góry, góry, góry. Marzena JM zarzuca mi brak umiejętności posługiwania się mapą. Tylko jak tu nawigować skoro jedna droga prowadzi na pustynię, druga przez góry a trzecia do miejsca skąd przyjechaliśmy?  
Temperatura 25-30 C ale odczuwalna na poziomie 15 C. Mimo to nauczyliśmy się chronić przed słońcem. Tutaj słońce zabija. Kondycję mamy podobną, Robert jest silniejszy a ja wytrzymalsza. Jesteśmy oderwani ja od biurka a Robert po antybiotyku. Nie ma problemu tylko czasem pomarudzić trzeba a podjazdy są ciężkie. Tyle dni jechaliśmy i modliliśmy się nie do tego Boga. Dzisiaj zacząłem składać modły do Allaha i od razu zjazdy były w przewadze. W godzinę tyle km zrobiliśmy co wcześniej w ciągu 3 h.
Ps. Dobra mapa to podstawa a takowej nie znalazłem. Zastępstwem może być nawigacja ale pokazująca poziomice. Takowej też nie znalazłem. 
Podobnej wyprawy do mojej w sieci nie ma przynajmniej nie ma z takimi szczegółowymi informacjami technicznymi. Tak więc jestem niejako prekursorem więc błędy są wliczone w ryzyko przecierania trasy. Noc spędzamy w korycie suchej rzeki okresowej na wysokości 690 mnpm. Za nami 91 km i ponad 1,2 km w pionie w dół więc jak na dzień górski to był bardzo dobry wynik.   Dzień 10
Dzień 10 to dojazd do miasteczka Taroudant. Bajeczna droga przez pustynny tereny... po lewo pasmo suchych gór 2000 m npm a po prawej ośnieżone pasmo Wysokiego Atlasu 4 000 m npm. 
Miasto Taroudant prawie w całości położone w starej części miasta za wysokim murem.
Dzień odpoczynku hotelowego, prania, i organizowania transportu w góry Atlasu Wysokiego by móc dotrzeć do Marakeszu. Dystans 223 km musimy nieco sobie ułatwić. Dzień 11 Dzień pod znakiem transportu zbiorowego. W naszą ulubioną dolinę nikt nie chce jechać więc zmieniamy marszrutę i w dolinę wjedziemy od strony Marakeszu. Dzięki temu busy nas wywiozą na znaczną wysokość by na szczyt kontynuować jazdę po w miarę łagodnym podjeździe. Od południa czekałyby na nas 14-21% podjazdy po drogach szutrowych. Lokalsi nie potrafią czytać mapy więc wskazanie celu podróży jest nieskuteczne. Ponadto miejscowości mają bardzo podobną wymowę i często wymowa jest inna niż nazwa pisana np Ighram się wymawia Ajriem. I tak zamiast do Timlin pojechaliśmy w kierunku Tołlin czy jakoś tak. Pierwszy informator był najlepszy, powiedział że przez góry tylko okazją albo specjalnie wynajętą taksówką W oczekiwaniu na autobus obserwujemy życie miasta i bardzo nietypowe sposoby dowożenia bagażu. Dzień 12 W środku nocy przyjeżdżamy do Marrakeszu. 5 minut spędzone w miejskim parku kończy się interwencją patrolu Policji na bombach. Pełni nadzieii na zobaczenie słynnego nocnego życia miasta zapuszczamy się do mediny. I co widzimy? Zamiast zaklinaczy węży tylko mamy paniczny rajd po kompletnie wyludnionych uliczkach labiryntu starego miasta. Na szczęście pomogli nam miejscowi chłopcy którzy jeszcze nie spali. W życiu bym nie trafiła do tego hotelu. Okazało się dzisiaj że jeden z nich to sprzedawca we wszech otaczający medyne souku  Oczywiście pomoc nie była bezinteresowna. To miasto żyje z turystów więc płaci się za wszystko nawet za wskazanie drogi. Owa pomoc czyli turystic servis kosztowało 5 euro a trwało ... 2 minuty. W efekcie lądujemy w hostelu. 
Co przyniesie dalszy dzień? Jestem pełen obaw bo życie ponad 1 milionowego miasta wygląda zawsze tak samo. Marrakesz. Miasto o koszmarnym ruchu drogowym. Podczas 3 godzinnego pobytu widzieliśmy jeden wypadek i 2 kolizje . Ofiarami byli piesi i skuterowcy .
Miasto jest jak inne marokańskie miasta tylko w znacznie większym wydaniu. Na każdym kroku czuć pośpiech, nerwowość i wyzysk turystów. 
Szczerze mówiąc nie warto było poświęcać czas i niemałe pieniądze. O wiele spokojniej jest na prowincji a widoki w terenie zdecydowanie przebijają wielkomiejski syf. Dzień 13 Startujemy z miasteczka Chichoa Nocleg na wysokości 700 mnpm. Temperatura spadła do 4 C. Rozbiliśmy się tuż nad rzeką i o dziwo była w niej woda. Za to wiatr był tak silny, że podrywał piasek z plaży i wciskał go do namiotu przez siatkę sypialni. Dzień 14  Poranek upłynął na szybkim suszeniu wilgotnych rzeczy. Potem chwila nostalgii nad wielkim jeziorem i mozolna wspinaczka na 1000 m npm. Mimo bliskości autostrady ruch na drodze bardzo duży. By nieco odetchnąć zjeżdżamy na odpoczynek do wiejskiego sklepu. Zakupy na śniadanie i .... jesteśmy ugoszczeni po królewsku przez chłopaczka prowadzącego ów business. Tego się nie spodziewaliśmy! Potem mozolna wspinaczka na 1200 mnpm a póżniej szaleńcza jazda tylko w dół. Nocleg spędzony w domu marokańskiego Berbera. Dom odmienny od naszego pod każdym względem i odmienne także są zwyczaje. Praktycznie strach cokolwiek zrobić by kogoś nie urazić, by dany czyn był nietaktem. 
Już samo wejście do domu rozpoczyna się obowiązkowym pozbyciem się obuwia. A dalej ... wystarczy nadmienić .... biesiadowanie na podłodze, co najwyżej na poduszkach, jedzenie ręką ze wspólnej olbrzymiej miski czy mycie rąk metodą średniowieczną czyli w misce przy stole. 
Inny świat, inna kultura, inne obyczaje czasami wypływające z uwarunkowań klimatycznych a czasami po prostu z biedy.
Jednak serdeczność tych ludzi jest niesamowita.   Dzień 15 Dzień organizacyjny Przydatne informacje.  Wyżywienie. W necie straszono zatruciami i obcą florą bakteryjną. My stołowaliśmy się w barach obleganych przez lokalsów, piliśmy herbatę w najbardziej przypadkowych miejscach, jedliśmy chleb, który był łamany tradycyjnie w rękach, myliśmy zęby pod bieżącą wodą i nie dopadły nas żadne perturbacje żołądkowa. Dlatego można z wielkim przymrożeniem oka spojrzeć na owo zagrożenie. 
Padło pytanie jak rozpoznać sklep spożywczy. Odpowiadam... Po butlach z gazem. W Maroko nie używa się do gotowania ani drewna, ani węgla, ani prądu tylko gazu a że nie ma gazociągów to gaz jest sprzedawany w butlach o różnych wielkościach i jest kupowany razem z chlebem. 
Restauracje. Najlepiej stołować się tam gdzie jedzą tubylcy przy czym należy unikać wprowadzania do restauracji przez naganiacza bo wówczas cena rośnie 2-3 razy. 
Z naszego doświadczenia wynika, że najtańsze jedzenie jest przy głównych drogach.
Czego nie ma w Maroco? Wędlin. Pod żadną postacią wędlin nie sposób było dostać. Za to pod dostatkiem były dostępne sardynki w puszkach. Ruch uliczny. Ruch uliczny Maroko i zapewne także w całej Afryce jest mocno odmienny od naszego europejskiego. W pierwszej chwili odnosi się wrażenie jakby na jezdni nie obowiązywały żadne zasady ruchu drogowego i ma się strach w oczach. W pewnym sensie tak jest ale ... na jezdni oprócz swego rodzaju chaosu panuje wzajemna życzliwość, kultura i zrozumienie. 
Dla nas rowerzystów jest to szczególnie istotne bo wszelkie większe pojazdy zbliżając się do nas trąbiły nie na zasadzie usunięcia się z drogi ale na zasadzie poinformowania, że własnie nadjeżdża większy pojazd. 
     

robertrobert1

robertrobert1

 

Bikapacking czy sakwiarstwo czyli moda czy wygoda.

W ostatnich latach bardzo rozwinęła się moda na bikapacking. Ale czym jest bikapacking? Idea bikapackingu polega na zabraniu minimalistycznego wyposażenia biwakowego i upakowania go do toreb przytroczonych bezpośrednio do elementów roweru czyli kierownicy, ramy czy sztycy podsiodłowej. Idea jest słuszna gdyż odpada nam zakup bagażnika. W efekcie otrzymujemy bardzo lekko wyglądający rower.       Jednak minimalizm okupiony zawsze jest wygodą a raczej jej braku i z czasem zamiast alumaty czy spania na świerkowych gałązkach pragniemy mieć matę samopompującą, zamiast tarpa pragniemy mieć namiot a zamiast kubka pragniemy mieć pełny komplet naczyń turystycznych. Dlatego z czasem zgrabny rower staje się maksymalnie objuczonym osiołkiem....     Taki rower jest już bardzo ciężki a wysoko umieszczony środek ciężkości powoduje, że rower jest mało stabilny w prowadzeniu. Ponadto mnogość torebek powoduje, że mamy kolosalny problem w szybkim rozpakowaniu się np podczas wsiadania do pociągu.       Ciąg dalszy na moim blogu http://poradyzbagazemprzezswiat.blogspot.com/2017/05/bikapacking-czy-sakwiarstwo-czyli-moda.html

robertrobert1

robertrobert1

 

Gdy się asfalt topi czyli jak radzić sobie z upałami.

Gdy się asfalt topi czyli jak radzić sobie z upałami.     Oczywiście jazda na krótkich dystansach w trakcie upałów przebiega z grubsza tak samo jak w dowolną inną pogodę. Kilka kilometrów do pracy na rowerze może być nawet przyjemniejsze niż stanie w pełnym słońcu na przystanku lub duszenie się w teoretycznie klimatyzowanej metalowej puszce pociągu, samochodu czy autobusu. Do dłuższych wypraw rowerowych w trakcie upałów warto się jednak trochę przygotować.   więcej na moim blogu   http://poradyzbagazemprzezswiat.blogspot.com/2016/10/gdy-sie-asfalt-topi-czyli-jak-radzic.html

robertrobert1

robertrobert1

 

Zimowa Amazonia

Zimowa Amazonia, luty 2015     Jest druga niedziela lutego. Rozpoczynam swój codzienny leniwy poranny rytuał. Leniwy bo przez ostatnie dni pogoda nie pokazała swojego piękniejszego oblicza. W trakcie konsumowania śniadania dostrzegam przez okno pierwsze promienie słońca i skrawki błękitnego nieba. Pojawiła się nadzieja na fajną przejażdżkę ale jako, że na fullu jeszcze była opona slickowa pojawił się dylemat ...a może jednak nie warto...? Opcja aktywniejsza zwyciężyła więc oponę Continentala zastąpiłem SMART SAMem w wersji 2,25 i z wielką ochotą pognałem w trasę. W planie miałem zrobić trasę Nadwiślańskiej Amazonii ale w wersji nieco skróconej ze względu na zbyt późny wyjazd. Szybko przemknąłem asfaltową dojazdówkę i w okolicach Międzylesia zatopiłem się w leśny świat lekko przyprószony białym puchem. Był lekki mróz więc jazda po wszelkim błocku była szybka acz mało komfortowa. Jednak trakcja była pewna nawet przy niewielkich koleinach.     więcej na moim blogu http://podlaskisprint.blogspot.com/p/blog-page_11.html

robertrobert1

robertrobert1

 

Nie tylko survival!

Nie tylko survival! Podróżowanie jest łatwe i przyjemne zwłaszcza gdy jest ładna pogoda i mamy zagwarantowany czy zorganizowany nocleg. Mając na myśli nocleg od razu sobie wyobrażamy ciepłe łóżeczko w hotelu
pensjonacie
schronisku turystycznym
schronisku młodzieżowym
domku kampingowym
czy w pokoiku podczas nocowania ''na gospodarza ''
Bardziej zaawansowani turyści nocleg kojarzą z namiotem rozstawianym na campingu
na polu namiotowym
na dziko
Minimalistą i survivalowcom za miejsce noclegowe wystarczy kawałek gałęzi czy naprędce zrobiony szałas.   Jednak wbrew pozorom nie są to jedyne formy nocowania w terenie. W zależności od terenu jak i kraju mamy jeszcze możliwości spędzenia bezpiecznej i spokojnej nocy lub przeczekania niekorzystnych zjawisk atmosferycznych.     Pozostała część artykułu znajduje się na moim blogu   http://poradyzbagazemprzezswiat.blogspot.com/2015/01/nie-tylko-survival.html

robertrobert1

robertrobert1

 

Opony dla sakwiarza

Opony dla sakwiarza Opona dla sakwiarza jest prawie tym samym co obuwie dla piechura ale zdecydowanie czymś więcej niż opona samochodowa. Taka opona powinna łączyć szybkość opony szosowej oraz dostępność terenu jaką posiada opona terenowa w rowerach terenowych. Czy takie opony są dostępne na rynku? Tak są i spróbuję w tym artykule kilka z nich zaprezentować.   Pełny artykuł jest dostępny na moim blogu   http://poradyzbagazemprzezswiat.blogspot.com/2015/01/opony-dla-sakwiarza.html

robertrobert1

robertrobert1

 

Doliną Liwca, styczeń 2015

Zerkam na prognozę pogody...ma być leki mróz ale za to słonecznie więc wybieram trasę obfitującą w rozległe przestrzenie i urozmaicony krajobraz. Okolice Warszawy pod tym względem nie są najbogatsze więc wsiadam do pociągu i jadę na wschód. Zamierzam eksplorować region pogranicza mazowiecko-podlaskiego, w którym położony jest Powiat Węgrowski. Jest to niezwykle interesujący obszar kulturowy o bogatej historii, odznaczający się dużą liczbą wysokiej klasy zabytków skoncentrowanych na stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Przez Powiat Węgrowski wiodą tradycyjne trasy turystyczne do Drohiczyna, Białowieży i Treblinki.     Pełna relacja z wycieczki jest dostępna na moim blogu pod następującym adresem   http://podlaskisprint.blogspot.com/p/dolina-liwca-styczen-2015.html

robertrobert1

robertrobert1

 

Podlaski sprint. Dzień 6.

Dzień 1-5. http://www.forumrowerowe.org/blog/333/entry-920-podlaski-jesienny-sprint-2014/   Dzień 6 ... powrót   Trasa ... Czeremcha - Tokary - Mielnik - Siemiatycze.     Budzę się na chwilę przed wschodem słońca i widzę zapowiadający się piękny dzień.     Obserwuję pierwsze oznaki budzącej się natury.     Powoli robię śniadanie i je konsumuje. Jednak niedane mi było dokończyć posiłku gdyż w okół mnie zaczyna się przepiękny spektakl światła i porannych mgieł. Rzucam posiłek i fotografuję jak oszalały!         Światło co chwila zmienia się i pokazuje naturę w całkiem nowych barwach. Poezja!             Wieś także zaczyna żyć swoim codziennym życiem     A spektakl nadal trwa.   https://fbcdn-sphotos-c-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpf1/v/t1.0-9/p180x540/10354887_715250088528638_6232936011352473270_n.jpg?oh=a58d6d9074fbc94938d637818ce93d6b&oe=55415B51&__gda__=1429955308_57a6fc4e30821fddb3008357c4f1278f   https://scontent-a-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xap1/v/t1.0-9/10393963_715252188528428_5521130612338575202_n.jpg?oh=299efc9c5d2c217da0a3c85ac2935152&oe=54FA61AF   https://fbcdn-sphotos-g-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/v/t1.0-9/10484944_715252495195064_468940711472961221_n.jpg?oh=61ce59b23f3b481a5c7652dbcf743e0f&oe=55017235&__gda__=1430385928_99a514a8b10a961e93f025ddc734d1b8   Gdy mgły się rozwiały i słońce zakończyło malować naturę swym światłem dopijam zupełnie już zimną herbatę, pakuję się i z wielkim żalem ruszam w dalszą wędrówkę.   https://scontent-b-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/v/t1.0-9/r90/10177413_715253198528327_6964908955903113094_n.jpg?oh=3844bcdb4b8f4eb3d4728eb7b34806df&oe=54FC2D65   Kieruję się ku jednej z większych mieścin na Podlasiu, Czeremchy. Tuż przed miasteczkiem na sporej wielkości cmentarzu napotykam kolejną cerkiew.   https://fbcdn-sphotos-e-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/v/t1.0-9/1555470_715253398528307_742449625268122516_n.jpg?oh=2fd836ba1fd220c4b352ebbd9fa4880b&oe=55031BF8&__gda__=1429845882_6cd0d34121e559293888f689678ae418   https://fbcdn-sphotos-a-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xfa1/v/t1.0-9/r90/1920139_715253421861638_588674642476754741_n.jpg?oh=8a2973fb422eef74296889a477bcc20c&oe=55064EE9&__gda__=1426554628_58c41283834f5670718052a0dc4bcb69   Zajeżdżam na stację, patrzę na rozkład a tu szok! Tak zwariowanego rozkładu jeszcze nie widziałem! Pociągi pojawiają się w różnych dniach tygodnia o różnej porze... bywaja dni, że jednego dnia jest ich kilka a też są dni, że w ogóle nie ma żadnego składu. Mój pociąg będzie za ponad 8 h więc postanawiam zwiedzać dalej. W tej miejscowości znajduje się wielki niepozorny budenek...   https://scontent-a-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xfa1/v/l/t1.0-9/10177288_715254015194912_201070358755693604_n.jpg?oh=c628a3b0eeb6d27b1679bfbb7d73994c&oe=5500178D   ...ale za to z bardzo ciekawym wnętrzem   https://scontent-a-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xaf1/v/t1.0-9/10624659_715253681861612_5179786172490917607_n.jpg?oh=1f73909e169b409f14be586108ab792b&oe=553B1BAF   Lokalnymi asfaltami docieram do kolejnej cerkwi. Tym razem jest to mały drewniany obiekt. Jest w remoncie.   https://fbcdn-sphotos-a-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/v/t1.0-9/r90/1798755_715254381861542_2929983512729295925_n.jpg?oh=0a7330a7842f3ed211933df646669b8b&oe=55076BD2&__gda__=1430215145_8b4823e9e4d8aa4f454208585e9f1832   https://scontent-b-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xfp1/v/t1.0-9/r90/1959239_715254331861547_2059035786449129704_n.jpg?oh=57862f001a9ffa49927a17138fc97ac7&oe=55054C7E   https://fbcdn-sphotos-d-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/v/t1.0-9/q81/p180x540/10665102_715254185194895_4288735455508146137_n.jpg?oh=bac011fc5e4abeb0c7da186f4532693c&oe=553D5864&__gda__=1430084450_af143d4a65af858c0f595def7ab48269   Wskakuję z powrotem na rower, rozpędzam się i prawie natychmiast hamuje. Kątem oka zauważyłem dziwną budowlę.   https://scontent-b-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/v/t1.0-9/r90/10390554_715254598528187_7856135039210020918_n.jpg?oh=fb05645829b84b9eb46f9475bb2aed70&oe=5545416E   Po dokładnym obejrzenie spostrzegam, że jest to pokaźnych gabarytów zapora stworzona przez małego bobra. Biedaczysko musiał niezłą ilość godzin spędził przy kleceniu tak misternej budowli.   https://scontent-a-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xfa1/v/t1.0-9/p180x540/1959388_715254798528167_4502364208844687443_n.jpg?oh=a95559c2c1bcd098223775581df194be&oe=55405770   https://fbcdn-sphotos-e-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xaf1/v/t1.0-9/p180x540/10177288_715255271861453_4297386583938470795_n.jpg?oh=5c275b3edc2d8979b7799091499c20c6&oe=5508FE28&__gda__=1426800079_0d1c107e69dabc2ac848c2c43dc7a59b   https://fbcdn-sphotos-a-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/v/t1.0-9/p180x540/943635_715255441861436_1701262122872299101_n.jpg?oh=9ffecf1767e11976930b872b151c83f1&oe=553CA1D0&__gda__=1430334997_1abb52ea4d557ec4fdcd2e0333cc90f2   Na mojej liście podlaskich budowli pojawia się kolejny obiekt zabytkowy   https://fbcdn-sphotos-b-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpf1/v/t1.0-9/r90/s720x720/1000273_715255681861412_2938722024122664308_n.jpg?oh=5e843ab349ee16351b83ce97b07830c9&oe=553B1269&__gda__=1429878497_02440a3e5628c6c7786ec0e13519a928   https://scontent-b-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/v/t1.0-9/p180x540/1601265_715255961861384_1276435337326652423_n.jpg?oh=f6797c42b93226f74265d27c0cf8e4aa&oe=55048AD6   Cały czas poruszam się wzdłuż granicy z Białorusią więc wpadam na kolejną zabytkową cerkiew położona kilkaset metrów od wschodniego sąsiada.   https://scontent-b-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xfp1/v/t1.0-9/p180x540/10710732_715256405194673_6337770133945523241_n.jpg?oh=4e5192322b2730fb3e238960563f0eee&oe=55011107   https://scontent-b-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/v/t1.0-9/r90/s720x720/1486854_715256755194638_3135786161397119356_n.jpg?oh=f27ce64d03aa12cc44b8084884802b8a&oe=5508A50A   https://fbcdn-sphotos-g-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/v/t1.0-9/r90/s720x720/10685335_715256491861331_8287582063195156279_n.jpg?oh=3e7e467b93c142abbd53a09f87dd09ff&oe=553C1A4E&__gda__=1430443336_f24e1d264fa8e022e622e0f2e9afbdc4   W dniu dzisiejszym zwiedziłem ponad 4 cerkwie i w każdej trwały intensywne prace budowlane. Zbieg okoliczności?   Znowu siedzę na siodełku. W moim planie jest dojechać przez okoliczne lasy do Buga by nad jego brzegiem poruszać się w kierunku linii kolejowej. Jednak las w jaki wjechałem okazał się gigantycznym kompleksem leśnym z mnóstwem mało intuicyjnych przecinek. Jedna z nich okazała się ślepą uliczką więc rezygnując z pomysłu podążyłem bezpośrednio na zachód w kierunku Mielnika.   https://scontent-a-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xfa1/v/t1.0-9/q86/p180x540/10154062_715256931861287_1308215519582158411_n.jpg?oh=f3641e244ade69e8c4533f38591b0483&oe=5543A975   https://scontent-b-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xpa1/v/l/t1.0-9/p180x540/10516881_715257168527930_2948140058442168178_n.jpg?oh=cebf1c83eb36ae5cb8d964a07866ca37&oe=5500197E   Na jego skraju zaglądam jeszcze do gigantycznej dziury jaką była kopalnia kredy.   https://fbcdn-sphotos-b-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/v/t1.0-9/p180x540/10639609_715257081861272_976867702556686810_n.jpg?oh=80ee702b07a4aa7823c8c5dc88134f0c&oe=5546EE94&__gda__=1425961283_99d6a897562a29c197d3da271380e48b   https://fbcdn-sphotos-c-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/v/t1.0-9/p180x540/10501749_715257348527912_4334382415253559086_n.jpg?oh=9992ec48f4645da15aa8c66ae85e6252&oe=550DF252&__gda__=1425679116_fd3296e5cbbe578c502abd6791dd78f2   W Mielniku byłem wiele razy więc nie skupiałem się na licznych zabytkach tylko przemknąłem przez tą już bardzo wyludnianą mieścinę.   https://scontent-a-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xaf1/v/t1.0-9/p180x540/10687116_715257525194561_5340357358079805737_n.jpg?oh=a3951c35994065a49cf6824fe069a110&oe=5539C491   https://fbcdn-sphotos-f-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xfp1/v/t1.0-9/q84/p180x540/10710733_715257405194573_663849556763512469_n.jpg?oh=184314f5e3b93fd1e5ba262b443534f0&oe=550B70CF&__gda__=1426374386_eb95063e36c157341c0a20517bbcdf8c   Zmierzając w kierunku Siemiatycz jeszcze zaglądam do jednego z licznych bunkrów rozsianych po okolicy.   https://fbcdn-sphotos-d-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpf1/v/t1.0-9/p180x540/1653674_715257478527899_7667137764065323412_n.jpg?oh=b7cd12ddec525f397e32d483f7a41de7&oe=55041ED8&__gda__=1425681759_6ed7a143558f97dee6fbd3ff836b2fc1   https://scontent-a-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xap1/v/t1.0-9/q81/p180x540/1798577_715258075194506_5611355872297868555_n.jpg?oh=32910fbb1084531b6b38ba127bd7a9a3&oe=54FD8197   Docieram do Siemiatycz, jem obiad i wracam do stacji kolejowej odległej o wiele km od centrum miasta. Na tym kończę mój mocno przedłużony podlaski rowerowy weekend, który był pod szyldem ...W poszukiwaniu jesieni.   https://fbcdn-sphotos-h-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xfp1/v/t1.0-9/10712980_715228541864126_5190491274455122399_n.jpg?oh=88b4d855db33db4a4975e2d2084acd40&oe=54FD65ED&__gda__=1426959460_79ff77e39a6e7d4a30c8b78a23b35926

robertrobert1

robertrobert1

 

Nadwiślańska Amazonia

Nadwiślańska Amazonia     Mazowsze, kraina płaska jak stół bilardowy i na palcach jednej ręki możemy policzyć zmarszczki kolarskie. W sercu tej krainy leży gigantyczna metropolia do której to prowadzi nieskończona ilość mało przyjaznych rowerzyście arterii komunikacyjnych. Mazowsze to także kilka cieków wodnych i kilka dość rozległych terenów leśnych. Jednym z takich terenów jest Mazowiecki Park Krajobrazowy z kilkoma oczkami wodnymi i kilkoma ciekami wodnymi. To także teren na mniejsze lub większe pętelki zarówno piesze jak rowerowe, które to można przejechać w tempie rekreacyjnym ale także sportowym. Na taką większą pętelkę wybrałem się pewnej jesiennej niedzieli.       Trasę zaczynam w okolicach Mostu Siekierkowskiego od którego to odchodzi kilka dróg dla rowerów. Gdy droga rowerowa się kończy to lokalnymi uliczkami docieram przez przejazd kolejowy w Wawrze do Szpitala Kardiologicznego w Aninie. Od tego momentu zaczyna się trasa gruntowa. Z początku jest to wyraźnymi szlakami pieszymi, których w Mazowieckim Parku Narodowym jest zatrzęsienie.       Na początek wybrałem szlak czerwony, który w swoim rozwinięciu biegnie dookoła Warszawy. Jednak ów szlak obecnie jest tak fatalnie oznakowany, że często gubiłem się, musiałem wracać do krzyżówek i trasę zaczynać na nowo. Jednak szlakiem tym dojechałem do kilku jeziorek i malowniczych bagienek, które powstały na skutek bardzo niskiego stanu wód gruntowych.         Nad jednym z takich jeziorek obok pięknego lasu brzozowego zrobiłem sobie dłuższą przerwę by napatrzyć się na ginący krajobraz. Dlaczego? Bo w tym miejscu w niedalekiej przyszłości ma przebiegać południowa obwodnica Warszawy . Barbarzyńcy !           Wskakuję na rower i jestem na kolejnym szlaku, którym docieram przez Wiązownę nad Minię, niewielką rzeczkę, która leniwie wije się niezbyt głębokim wąwozem. Teren dokoła nie jest uporządkowany co dodaje smaczku technicznemu single trackowi.       Mienia jest dopływem Świdra więc w dalszej kolejności moja trasa biegnie znakowanym na niebiesko szlakiem rowerowym biegnącym głównie po południowej stronie rzeczki.       Świder jest rzeką meandrującą wiec bardzo atrakcyjną dla kajakarzy. Jednak występujące na niej jazy, pozostałości po drewnianych konstrukcjach przeprawowych a także dziki charakter rzeki sprawia, że mało, który kajakarz decyduje się aby nią spłynąć.       Szlak rowerowy nad Świdrem także nie należy do łatwych. Mam liczne strefy głębokiego piasku, nierowerowe przeprawy mostowe i wiele bardzo technicznych singletracków.       Rzeczka Świder doprowadza nas nad Wisłę w rejon rezerwatu składającego się z wielu wysp i płycizn. Jednocześnie samo nabrzeże Wisły jest wybrzeżem klifowym więc praktycznie na naszych oczach możemy być świadkiem jak Wisła zabiera powoli część gruntu by go się pozbyć w postaci wielu wysp.     Te tereny są terenami zalewowymi więc oprócz potężnych połaci nieużytków nic więcej nie zobaczymy. To dobrze bo dzięki temu można w odległości 15 km od centrum miasta cieszyć się prawdziwą dziką naturą przy blasku zachodzącego słońca.            

robertrobert1

robertrobert1

 

Jesienna wycieczka z wodą w tle.

Jest niedziela. Temperatura za oknem wynosi kilka stopni poniżej zera więc niechętnie wskakuję na rower i jadę przez całe miasto aby dotrzeć na miejsce spotkania wycieczki klubowej. Stwierdzam, że jak na paskudny poranek to wycieczka będzie całkiem liczna. Zaczynamy jechać. Wszelkie światła i skrzyżowania spowalniają tempo niesamowicie. Dojeżdżamy do korony wału nad Wisłą. Kolejny postój. Nie wytrzymuję i puszczam się swoim tempem. Od razu czuję fan. Dojeżdżam do okolicy Jabłonnej i zwiedzam zespół pałacowo-parkowy.       Zjeżdżam ponownie na wał i spotykam grupę na kolejnym postoju. Leniwie jedziemy przez lasy legionowskie     Dojeżdżamy nad Narew i robimy kolejną przerwę. Tym razem jest to przerwa posiłkowa.     Po posiłku wyjeżdżamy na koronę wału nad Narwią. Tempo jest leniwe.     Jest dużo czasu aby podziwiać nadnarwiańskie łąki     Przyciskam i ponownie odskakuję od grupy     Nie znajdujemy się w jakimś wielkim kompleksie leśnym więc ze zdziwieniem napotykam całkowicie zrytą nawierzchnię wału przez buszujące nocą dziki.     Zjeżdżam z korony na lokalną szutrową drogę, która odbija w bok aby minąć obiekt hydrologiczny.     Docieram do sklepiku. Małe zaopatrzenie i ... grupa ponownie sie melduje. Od razu leniwa senna niedziela staje się bazarową sobotą. Ponownie się odłączam i zagłębiam się w las.     Klucząc lokalnymi drogami terenowymi i szlakami pieszymi docieram do Narwi.     Jest chłodno więc spotykam nielicznych wędkarzy i spacerowiczów. To dobrze. Już sobie wyobrażam te tłumy jakie muszą być w tym miejscu podczas letnich okresów.     Tłumy zapewne są zarówno na lądzie jak i na wodzie bo nad brzegiem jest wiele przystań wodnych.       Docieram do Zegrza. Spokój natychmiast gdzieś ulatuje.     Szybko mijam kolejne węzły komunikacyjne i ponownie ląduje nad wodą, na ścieżce wzdłuż Kanału Żerańskiego. O dziwo jest przyjemnie pusto.     Było pusto i kolorowo ale nad wodą paleta kolorów była o wiele bardziej imponująca.       Mam już ponad 80 km w nogach więc niespiesznie się snuję po owej ścieżynce.     Dojeżdżąm do Żerania i klucząc pomiędzy setką płotów budowlanych dojeżdżam do terenów rekreacyjnych.     Im bliżej Centrum tym ruch na ścieżce staje się coraz większy.     Wycieczkę kończę samotnie po przejechaniu 105 km .  

robertrobert1

robertrobert1

 

Powrót do przeszłości...

Swego czasu od zaprzyjaźnionego sklepu dostałem stary rower szosowy. W swoim garażu już takowy miałem więc ów postanowiłem przerobić pod rower miejski zwłaszcza, że zarówno widelec przedni jak i tylny posiadał stosowne otwory montażowe. Rozebrałem więc rower do gołej ramy i zacząłem składać rower budżetowy. Do tego celu użyłem części używanych. A oto efekt mojego majsterkowania.     Trochę pojeżdziłem na tym cudaku. Kierownica miejska kompletnie mi nie podpasowała, prety siodełka pękły, piasta planetarna także padła. Rower znowu musiał poleżeć bezużyteczny. Wreszcie zainspirowany wątkiem o single speedach postanowiłem takowego złożyć. Zakupiłem stosowną piastę i zbudowałem na nowo koło tylne, kierownicę zastąpiłem prostą a także siodełko pojawiło się nowe/stare. Oto rezultat...     Póki co odbyłem kilka jazd komunikacyjny, również z obciążeniem ponad 20 kg i wynik jest pozytywny. Oczywiście SS ma wiele ograniczeń ale są one do zaakceptowania. Geometria roweru nie pozwala na jazdę terenową typu CX ale też i nie pod taką jazdę rower był składany. Rower złożyłem w celach komunikacyjnych po dzielnicy i okolicach a jak daleko na nim zajadę... to czas pokaże.

robertrobert1

robertrobert1

 

Podróżowanie z dziećmi.

Podróżowanie z dziećmi.       Na początku trzeba sobie uzmysłowić, że podróżowanie z dziećmi na rowerze daleko się różni od podróżowania "dorosłego". Widziałem parę, która podróżowała z niemowlakiem. Dziecko było przewożone w foteliku samochodowym w sprytny sposób umocowanym do bagażnika. Osobiście uważam jednak, że było na to stanowczo za wcześnie. Dziecko powinno pewnie siedzieć i trzymać główkę a wówczas mamy dwa sposoby do wyboru: fotelik lub przyczepkę dziecięcą. Osobiście polecam przyczepkę ze względu na wygodę dziecka, bezpieczeństwo a także ładowność. Jednak należy pamiętać, że przyczepka z dzieckiem waży nawet ponad 20 kg, więc dotychczasowe górki mogą być już nie do zdobycia. Jeśli już się zdecydujemy na podróżowanie z przyczepką to należy pamiętać, że dziecko szybko się nudzi trasą, więc będziemy musieli robić przerwy co 15-30 minut.   Wiek 5-6 lat.       Wiek 5-6 lat, to czas kiedy dziecko wyrasta z przyczepki więc najwyższa pora aby samo jeżdziło na rowerze ... na 2 kółkach. Najlepszym dla dziecka w tym wieku jest rower na kołach 20". Jednak przed pierwsza wyprawą polecam trochę w dziecku zaszczepić żyłkę sportowca. Dobrym na to sposobem jest udział w maratonach rowerowych na krótkich dystansach czyli 5-15 km. Po takim zahartowaniu możemy śmiało wybrać się na tygodniową wyprawę. I tu należy pamiętać o paru zasadach: - dziecko praktycznie nie może mieć żadnego ciężaru na rowerze. Wszelkie jego rzeczy musimy wieźć za niego. - tempo jazdy dostosowujemy do dziecka, a to będzie wynosić nie więcej niż 10 km/h - dystanse jakie będziemy pokonywać będą niewielkie. Zalecam co 2-5 km robić przerwy podczas jazdy urozmaicając je o różnego rodzaju atrakcje typu: lody, lokalne place zabaw, zabawy na plaży, zwiedzanie kapliczek, zamków i muzem. - polecam w czasie podróżowania nie patrzyć na licznik i na przejechane km. Najlepszą metodą na udane podróżowanie jest jazda na czas czyli np jazda od godz 9-10 do godz 18-19. Oczywiście nie mam na myśli jazdy non-stop. - ostatnią rzeczą o jakiej musimy pamiętać to fakt, że dziecko nie mając siły w nogach nie będzie wstanie podjeżdżać pod wzniesienia i górki. Dlatego właśnie na początku trzeba wybierać trasy możliwe płaskie.     Wiek 9-11 lat     W wieku 9-11 lat dziecko nabywa juz sił w nogach i kondycji. Jest to dobra pora aby dziecko zaczęło wozić małe sakwy. Możemy także zmienić rower na większy czyli na 24 calowych kołach. Także i pokonywanie trudności drogowych typu podjazdy czy kopny piach nie będzie już dziecku nastręczać większych trudności. Teraz jak już wiemy co dane dziecko potrafi możemy zaplanować trasę, a trasę należy planować tak aby: - nie poruszać się głównymi drogami gdyż na takich drogach ruch jest przerażliwie duży i szybki więc poruszanie się "czerwonymi" drogami ani nie będzie miłe ani bezpieczne. Także i drogi "żółte" nie nadają sią do turystyki z dziećmi. - poruszać się drogami lokalnymi, które nie prowadzą przez wsie i miasteczka. To zapewni nam niskie natężenie ruchu drogowego. W Polsce prawie każda gmina ma znakowane szlaki rowerowe. Niestety osoby znakujące je ani przez chwilę nie pomyślały o tym, że tymi szlakami będą się poruszać rowerzyści z sakwami w dodatku z dziećmi. Dlatego gdy zobaczymy ów szlak nie podążajmy nim na ślepo! Popatrzmy na mapę i prześledżmy jego trasę. Jeśli biegnie drogami lokalnymi to ok, jeśli jednak prowadzi drogami głównymi, przez duże miasta czy piaszystymi drogami przez pola i lasy to wówczas opracujmy alternatywną trasę.     Zanim wyruszymy na pierwszą rodzinną wyprawę po Polsce dobrym pomysłem jest wyruszenie na tygodniową wyprawę po Bornholmie. Dlaczego? Bo ta wyspa jest stworzona do rodzinnej turystyki rowerowej! Małe miasteczka, niskie natężenie ruchu, uwaga kierowców, mnogość szlaków rowerowych i zróżnicowany teren daje okazję do poznania możliwości swoich własnych i swoich dzieci.   Wiek 14-16 lat.   To już nie dziecko lecz młodzież więc zmieniamy rower na 26 calowe koła i możemy śmiało go w pełni obciążać i pokonywać kilkudziesięcio kilometrowe trasy. Teraz dziecko już nie jest dzieckiem lecz jest partnerem.     Tekst i zdjęcia: Robert Ostrowski

robertrobert1

robertrobert1

 

Podlasie, sierpień 2008

Podlasie czyli Szlakiem Bocianich Gniazd.   Jest sierpień 2008 czyli pełnia lata i sezonu wakacyjnego. Mając kilka dni urlopu i niechęć do odbywania dalekich wojaży wybrałem Podlasie i Nadbużański Park Krajobrazowy aby razem z rodziną doładować akumulatory przed szybko nadchodzącymi szarymi dniami. Gęsta sieć lokalnych dróg, małe nagromadzenie atrakcji turystycznych gwarantowało ciszę i spokój.     Dzień 1.   Trasa: Węgrów - Stara Wieś - Łochów   Wstając skoro świt po 1,5 h jazdy samochodem dojechaliśmy do Węgrowa. Tam zostawiając samochód na parkingu obok kampingu udaliśmy się szlakiem rowerowym w kierunku wsi Popielów . Przez pierwsze km szlak prowadził pasem dla rowerów i lokalną mało ruchliwą drogą.   W okolicy wsi Turna obraliśmy kierunek drogą przez łąki i zaznaczony na mapie mostek na Starą Wieś aby obejrzeć znajdujący się tam Pałac Radziwiłłów.     Całe Mazowsze i Podlasie leży na piaskach więc poruszanie się gruntowymi polnymi drogami na jucznych roweruch nie należy do przyjemności. Do przyjemności nie należało także odkrycie, że mostku przez Liwiec nie ma. Nie pozostało nam nic innego jak jazda przez łąki do najbliższej przeprawy.       Podążając przez wieś Borzychy łapiemy gumę.   W trakcie naprawy odkryłem, że uszkodzenie jest w okolicy wentyla więc jest nienaprawialne...pierwsze straty.   Po dojechaniu do Starej Wsi zastaliśmy odrestaurowany pałacyk zamknięty na cztery spusty. Szkoda bo architektura obiektu i potężny ogród gwarantowały mnóstwo wrażeń.     Nie pozostało nam nic innego jak tylko opuścić niegościnne progi i udać się szutrową drogą do kolejnego celu czyli Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego.     Szutrami dojechaliśmy do asfaltu biegnącego przez wieś Żulin. Droga ta nie miała ani jednego zakrętu i nie poruszał się po niej ani jeden samochód. Było to bardzo dziwne. Wkrótce przekonaliśmy się dlaczego... asfalt się skończył a droga, nadal prosta, zamieniła się w malowniczą gruntówkę.     Tą drogą dojechaliśmy do lasu, w którym to zrobiliśmy długi popas na jagody. Niestety w nieznanym lesie ciężko połapać się w sieci ścieżek leśnych więc błądzimy. Ratunkiem jest kolejna trasa terenowa do głośnej trasy samochodowej.     Na szczęście koszmar poruszania się drogą krajową szybko mija i z powrotem wjeżdżamy na lokalne szutrowe drogi. Teraz już bez stresów podziwiając okolice nad Liwcem dojeżdżamy do Łochowa. W lokalnej knajpie jemy obiad. W trakcie posiłku jesteśmy zagadywani przez właściciela, który zaproponował nocleg na jego posesji. Ponieważ okolica knajpy była w centrum więc odmówiliśmy. Udaliśmy się na 3 km dalej położoną ustronną polankę nad Liwcem. Było uroczo!     Statystyka dnia 1: dystans 41,3 km czas jazdy 4,04 h prędkość średnia 10,1 km/h temperatura max 29,9 st C temperatura min 11, 4 st C dzienna suma przewyższeń 107 m   Dzień 2.   Trasa: Łochów - Kamieńczyk - Szumin   Dzień 2 rozpoczęliśmy od niecodziennej atrakcji a mianowicie zwiedzaniem Muzem Gwizdka w Gwizdałach.     Dalsza marszruta to bezstresowe poruszanie się asfaltem przez Łazy do Kamieńczyka.     Przed samym dojazdem robimy długi postój nad Liwcem. Dzieciaki mają frajdę brodząc w płytkiej rzece a my chłodzimy się po przypiekającym słońcu. Kamieńczyk w XV w. miał prawa miejskie więc zachowała się charakterystyczna zabudowa a także drewniana dzwonnica z 1885. Jemy obiad w lokalnym barze i w dalszą drogę. Niestety droga ta mimo, że prowadziła po oznakowanym szlaku turystycznym okazała się całkowicie nie przejezdna dla naszych rumaków.     W poszukiwaniu przejezdnego szlaku docieramy nad Bug.     Chwila jazdy po ciasnych leśnych ścieżkach i znowu lądujemy na nieprzejezdnym rowerowym szlaku.     Docieramy do wsi Szumin i legalnego miejsca biwakowania.     Niestety mimo licznych tablic proekologicznych teren był zanieczyszczony i zaniedbany. W dodatku brak jakiejkolwiek wody skłonił nas do dalszej wędrówki. I bardzo dobrze bo okazało się, że za kilka km czekała na nas odludna skarpa ze wspaniałym dojściem do wody.     Kolejna kąpiel po upalnym dniu była wskazana.     Rozbijamy się na noc.     Statystyka dnia 2: dystans 38,4 km czas jazdy 3,2 h prędkość średnia 11,5 km/h prędkość max 33 km/h temperatura max 44,8 st C temperatura min 12,9 st C   Dzień 3.   Trasa: Szumin - Sadowne - Treblinka   Pierwsza część trzeciego dnia to jazda przez podlaskie wsie, na których to można jeszcze spotkać tradycyjne pojazdy pociągowe...     ... i tradycyjne wiejskie zabudowania.     Także i okolica była malownicza.     Docieramy do tablicy informującej o Szlaku Bocianich Gniazd. Nagle coś Piotra zainteresowało...     Był to pierwszy bociek! Wiec tablicę nie postawiono na darmo...       Ponieważ temperatura mocno daje się we znaki robimy w tym miejscu dłuższy postój.     Zacienioną aleją udajemy się do miasteczka Sadowne, w którym to mamy w planie zjeść obiad i zwiedzić Muzeum Etnograficzne. Niestety istniejący na mapie hotel okazał się Domem Weselnym a istniejąca w nim restauracja była otwierana na co najmniej 100 osobowe grupy. Muzeum Regionalnego także nie udało się obejrzeć pomimo kontaktu telefonicznego z kustoszem. Od razu wykluczyliśmy dojazd do Broku gdyż to wiązałoby się z jazdą ruchliwą drogą krajową. Nie pozostało nam nic innego jak tylko kupić w lokalnym markecie makaron i klopsy w słoiku i przyrządzić strawę na łące po za niegościnnym miasteczkiem.     Po posiłku skierowaliśmy się w kierunku Treblinki. Droga wiodła pośród malowniczych łąk, na których to czerwononogie ptaki przypominały nam, że w dalszym ciągu znajdujemy się na Szlaku Bocianich Gniazd. Koło miasteczka Prostyń mapa pokazywała 2 jeziorka z ewentualnie fajnym noclegiem. Niestety okazało się, że jedno jeziorko jest całkowicie zarośnięte a drugie nie oferuje żadnego dogodnego dostępu do wody.     Ponieważ powoli się ściemniało stwierdziłem, że musimy udać się na Bug gdyż tam musi być dostęp do wody. Pędem pojechaliśmy przez Borowe i mijając pustą drogę krajową Małkinia-Sokołów Podlaski udaliśmy się nad rzekę.     Tam czekało na nas miejsce biwakowe "pod krzyżem".     Wieczorny posiłek spożywaliśmy przy czołówkach.     Statystyka dnia 3: dystans 41,4 km czas jazdy 3,28 h prędkość średnia 11,9 km/h prędkość max 22,5 km/h temperatura max 40,3 st C temperatura min 15,7 st C dzienna suma przewyższeń 94 m   Dzień 4.   Trasa: Treblinka - Kosów Lacki - Seroczyn     O poranku zapragnąłem wyjaśnić tajemnicę pustej drogi krajowej. I oto co odkryłem:     a także ...     W tej sytuacji poruszanie się drogą krajową było nadzwyczaj bezpieczne. W drodze do Treblinki i Muzeum Zagłady zatrzymaliśmy się na małe, zimne co nieco.     Treblinka. Dojechaliśmy do kolejnej "atrakcji" turystycznej.     Cały obóz został spalony i całkowicie zrównany z ziemią i tylko dzięki świadkom udało się odtworzyć jego istnienie. Oto co zobaczyliśmy:   Symboliczną bocznicę kolejową i symboliczny obozowy mur...     ...symboliczne komory gazowe i krematorium...     ...symboliczny niemiecki bunkier...     ...miejsce niewolniczej pracy...     ...oraz miejsce po obozowych barakach.     Z Treblinki, udaliśmy się pieszym szlakiem z powrotem do drogi krajowej prowadzącej na Kosów Lacki. W trakcie drogi złapał nas deszcz. Schroniliśmy się pod leśną wiatą pozostawiając rowery na deszczu. Mając sakwy Ortlieba można sobie pozwolić na taką beztroskę.     Po dojechaniu do miasteczka okazało się, że są tylko dwie knajpy z czego jedna podaje niezbyt świeże jedzenie. Więc wyboru nie mieliśmy. W tym miasteczku zatankowałem benzynę do kuchenki wielopaliwowej NSR. Nie rozumiem dlaczego zawsze właściciele stacji dziwią się gdy pragnę zatankować metalową butlę-kanister o pojemności 0,75 l ?   Z miasteczka udaliśmy się w kierunku Sterdyń-Osada mijając po drodze wiekowe wiatraki-młyny.     Kolejny cel osiągnięty i ...     ...kolejna porażka. Następny pałacyk zamknięty przed wścibskim okiem turystów.     O zmierzchu dotarliśmy do wsi ------- gdzie w wiekowym parku, obok zabytkowych zabudowań rozbiliśmy się na noc.     Statystyka dnia 4: dystans 46,7 km czas jazdy 4,07 h prędkość średnia 11,5 km/h prędkość max 35,5 km/h temperatura max 30,7 st C temperatura min 12,8 st C dzienna suma przewyższeń 25 m   Dzień 5.   Trasa: Seroczyn - Jabłonna Lacka - Drohiczyn     Budzi nas ujadanie Rambo, psa-ratlerka gospodyni. Śniadanie i krótka trasa terenowa i długa, nudna lokalna szosa.     Tę nudę przerywamy krótki popasem...     ...na mirabelki...mniam!     Okoliczny krajobraz coraz częściej potwierdzał, że to ostanie dni lata.     Dojeżdżamy do Gródka. Kiedyś był tu hotel i restauracja. Teraz wszystko umiera.   Kolejny cel podróży to Rezerwat Skarpa Mołożeska. Po dojechaniu na miejsce, że aby dotrzeć w to miejsce trzeba przejść przez rozległe pastwisko.     Jednak udaje nam się dostrzec wspomnianą skarpę.     W tym miejscu Bug tworzy urocze zakola i rozlewiska.     W piekącym słońcu podążamy do kolejnej atrakcji: zabudowań zespołu poklasztornego, w którym aktualnie ulokował się Dom Opieki Społecznej.       Zabudowania są na skarpie a w dole w dalszym ciągu malowniczo wije się Bug.     W tym miejscu także napotykamy na legalne miejsce obozowania. Niestety pora była zbyt wczesna aby można było z tego zaproszenia skorzystać. W dalszą drogę udaliśmy się zacienioną aleją.     Dojeżdżamy do głównej drogi łączącej Siemiatycze z Sokołowem Podlaskim. Tutaj usytuował sie hotel i restauracja. Korzystamy w pełni z wygód "cywilizacji".   Po posiłku z pełnymi brzuchami zjeżdżamy na most przez Bug. Most jest drewniany ale na dechy położono asfalt co sprawia, że po każdym przejechanym Tirze powstają świeże ubytki w nawierzchni. Za mostkiem we wsi Tonkiele skręcamy i napotykamy na cmentarz.       O zmierzchu docieramy do Drohiczyna.     Rozbijamy się nieopodal miejskiej plaży.     To było fatalne miejsce. Ciągłe samochodowe wycieczki i odgłosy z sąsiednich obozowisk nie pozwoliły w pełni się zrelaksować po męczącym dniu. Na szczęście w nocy przeszła potężna burza, która szybko zredukowała ilość "turystów".   Statystyka dnia 5: dystans 39 km czas jazdy 3,32 h prędkość średnia 11,2 km/h prędkość max 47 km/h temperatura max 42 st C temperatura min 16,2 st C dzienna suma przewyższeń 24 m   Dzień 6.   Trasa: Drohiczyn -Bujaki - Siemiatycze.   Nad ranem przekonaliśmy się o jej skutkach.     Na zwiedzanie nie poświęciliśmy zbyt wiele czasu gdyż ten dzień był dniem świątecznym i całą uwagę poświeciliśmy na zdobywaniu pożywienia.     Droga przez Bujaki okazała się kolejną drogą bez ani jednego samochodu zarówno na asfalcie...     ... jak i na szutrze...     Docieramy do ... Siemiatycz, kolejnej cywilizacyjnej oazy. W poszukiwaniu knajpy objechaliśmy cale miasteczko ale wszystko było zajęte przez śluby i wesela. Jedynie liczne budki z lodami stały dla nas otworem. Wizyta w Siemiatyczach miała także cel komunikacyjny. Chciałem się posiłkować usługami PKP. Niestety dziennie z tego miasta odjeżdżały 2 pociągi i w dodatku w idiotycznych godzinach I znowu musimy opuszczać kolejne niegościnne miasteczko. W poszukiwaniu oazy spokoju docieramy nad Bug.     Pomimo, że już zakończyliśmy dzienną marszrutę to nie był to koniec atrakcji. W nocy rozpętała się niesamowita burza. Falami naszymi namiotami targały niesamowicie silne porywy wiatru by po chwili niebo wylało na nas chyba całą wodę z pobliskiego Bugu. A wszystko to przy akompaniamencie piorunów i grzmotów. Co chwila sprawdzałem co się dzieje z naszym dobytkiem a także co się dzieje z naszymi dziećmi. O dziwo... dzieci cały czas spały snem kamiennym a dobytek nie odniósł najmniejszego uszczerbku. Gdy ucichło mogłem dopiero zasnąć.   Statystyka dnia 6: dystans 28,9 km czas jazdy 2,38 h prędkość średnia 10,8 km/h prędkość max 25,8 km/h temperatura max 32,8 st C temperatura min 19 st C dzienna suma przewyższeń 213 m   Dzień 7.   Trasa: Siemiatycze - Korczew - Konaty     Poranek to suszenie rzeczy po nocnej burzy ale tylko tych rzeczy, które nie były umieszczone w wodoodpornych sakwach Ortlieb'a. Szukamy skrótu przez las. Poszukiwania zakończyły sie na kanale nie do pokonania więc trzeba było zawrócić.     Jedziemy do wsi i dzięki pomocy miejscowych chłopów odnajdujemy mostek pozwalajacy zaoszczędzić kilka km drogi.     Teraz czeka nas sprint drogą krajową by za Bugiem zjechać z powrotem na spokojne wiejskie drogi.     Dopiero teraz mogliśmy podziwiać siłę zniszczenia niedawnej burzy.     Mimo to nadal jest gorąco więc odpoczynki były dość częste.     Kompletnie wykończeni docieramy do Korczewia. Parę lat temu byliśmy w tym miejscu więc z zaciekawieniem oglądaliśmy wszelkie zmiany.     Od razu spostrzegliśmy wyremontowaną elewacje pałacu a także muru otaczającego tę posiadłość.     W środku też uczyniono znaczny postęp i co najważniejsze udostępniono do zwiedzania.     O niezwykłości tego miejsca świadczą wiekowe, oryginalne drewniane kolumny. Uszkodzenia celowo pozostawiono aby pokazać z jak unikalnego drewna są zrobione. Uszkodzenia powstały w czasie II wojny światowej kiedy to wojsko rosyjskie próbowało je porąbać na opał.     Posiadłość w Korczewie otacza ogromny park w którym to warto było poszukać cienia.     I tutaj widzimy niszczycielskie dzieło burzy.     Mając w pamięci przeżycia zeszłej nocy i niszczycielskie obrazy z wielką obawą spoglądaliśmy w niebo.     Pogoda pozwoliła nam jedynie dojechać do wsi ----. Pośpieszne rozbijanie namiotów i oczekujemy "powtórki z rozrywki"     Burza przyszła szybko więc wszyscy we czwórkę siedzimy w jednym namiocie.   Statystyka dnia 7: dystans 40 km czas jazdy 3,22 h prędkość średnia 11,9 km/h prędkość max 56,5 km/h temperatura max 43 st C temperatura min 13,6 st C   Dzień 8.   Trasa: Konaty - Węgrów.   O poranku powitał nas gospodarz terenu wypytując się czy nic się nam nie stało. Następnie poczęstował nas warzywami ze swej ziemi. Było miło. Oględziny dobytku wykazały, że mając sakwy Ortlieb'a żadna burza nie jest straszna. Miło nie było gdy odkryłem gumę w rowerze córki. Szybka naprawa i w drogę by móc znowu "podziwiać" niszczycielską siłę natury.     Wybieram jak najkrótszą drogę aby jak najszybciej znależć się w Węgrowie.     Co chwila napotykamy na naturalne utrudnienia.     Podziwiamy typowe podlaskie zabudowania...     co chwila patrząc z niepokojem w niebo...     W pewnym momencie tuż przed nami przeleciał bociek. Czyżby na pożegnanie?     Podsumowanie. Wyprawa trwała 8 dni podczas których pokonaliśmy ponad 300 km tak więc tempo było lajtowe. Zobaczyliśmy wiele pałaców i posiadłości ziemskich. Szkoda, że niektóre były niedostępne dla turystów. Niedostępna okazała sie także bardzo i tak skąpa sieć gastronomii. Można mieć także pretensje do kilku szlaków turystycznych poprowadzonych albo piaszczystymi drogami albo ruchliwymi drogami bez poboczy. Na szczęście pogoda, przyroda i ludzie zrekompensowały nam w/w niedostatki.   Uczestnicy: Ada lat 6, Piotr lat 10, Dorota moja żona i Robert czyli ja.

robertrobert1

robertrobert1

 

Podlaski jesienny sprint 2014.

Podlaski sprint, jesień 2014   Pomysł wypadu na Podlasie zrodził się przy okazji weekendowego wypadu rowerowej grupy TTX. Ich celem było zwiedzanie Białegostoku i okolic. Ja postanowiłem ów wypad nieco rozszerzyć. Moje plany były nie sprecyzowane. A oto co z tego wynikło.     Dzień 1 ... dojazd.   Trasa...Małkinia - Zaręby kościelne - Wysokie Mazowieckie   Do Małkini dojeżdżam pociągiem. Szybka przekąska w lokalnym barze i startuję na żółtą drogę. Jest mało ciekawie więc odbijam na lokalne drogi. Ruch zdecydowanie słabnie ale widoki wcale się nie poprawiają mimo, że teren zaczął nieznacznie falować. Okolica jest nastawiona na produkcję bydła więc większości to same łąki. Tylko raz udało mi się zawiesić oko na kwitnącym rzepaku.     Planowałem dojechać aż pod Narew ale krótki jesienny dzień sprawił, że tuż za Wysokim Mazowieckim słońce w bardzo szybkim tempie chowało się za horyzont.     Byłem na łąkach więc groziła mi poranna rosa. Chcąc uniknąć pakowania mokrego namiotu schroniłem się do małego składziku na tyczki. Tyczki od pomidorów na niekończącej się łące? Dziwne.     Pomachałem trochę siekierką i mogłem walnąć się do wyra.     Dzień 2... jazda dookoła własnego cienia.   Trasa... Wysokie Mazowieckie - Białystok - Święta Woda - Czarna Białostocka - Supraśl   Temperatura w chatce szybko osiągnęła temperaturę jaka była na zewnątrz ale przynajmniej wszystko było suche zwłaszcza, że o poranku lekko siąpiło.     Rezygnuję z jazdy w deszczu aż do samego Białegostoku i posiłkuję się koleją.     W Białymstoku było nie wiele lepiej.     Na rynku szukam czynnego baru mlecznego i zajadam olbrzymią jajecznicę. Po posiłku snuję się białostockich uliczkach i grubo przed czasem zajeżdżam na stacje po resztę ekipy. Pojawia się słońce i zaczyna od razu przypiekać jak w lecie. Ponownie zajeżdżam na rynek, który w porannym słońcu zdecydowanie lepiej się prezentuje niż podczas deszczu.     Trochę zwiedzania. Tu mamy Pałac Branickich.         Z Białegostoku przewodnik-organizator prowadzi po DDRach wzdłuż głównych arterii wylotowych miasta. Koszmar! Próbuje negocjować nad zmianą trasy na jakąś bardziej lokalną ale pozostał niewzruszony. Dojeżdżamy planowo do Świętej Wody.         A póżniej kręcimy się w kółko lokalnymi szutrowymi drogami.     Czarna Wieś Kościelna. Zajeżdżamy z wizytą do kowala, który już dawno przerzucił się z kowalstwa użytkowego na kowalstwo artystyczne. Starzec z długą siwą brodą okazał się rubasznym gadułą więc płeć piękna była lekko zażenowana.     Nad lokalnym zalewem koło Czarnej Białostockiej. Ciekawostką jest fakt, że swego rodzaju estrada znajduje się na wielkim molo na dość dużej części jeziora.     W planie była także wizyta do łyżkarza ale zmotoryzowani nas ubiegli. Alternatywą był rajd po lokalnych kościołkach.     W trakcie szybkiego zmierzania na obrado-kolację w Supraślu udało mi się jeszcze uchwycić ostatnie chwilę zachodzącego słońca.     Po posiłku grupa ląduje pod dachem a ja obieram kurs na lokalne pole namiotowe. Tuż po wyjechaniu z miasta od razu błogosławię moje super mocne oświetlenie przednie. Bez najmniejszego trudu poruszam się po leśnych drogach odnajdując szeroką polankę. Czekam kilkanaście minut aż okolicznych krzaków wyjadą dymanko-samochodziki i rozbijam się.     Dzień 3 ... w poszukiwaniu przestrzeni.   Trasa ... Supraśl - Surażkowo- Kopna Góra - Szudziałowo - Krynki - Studzianka   Noc była chłodna ale mój zimowy śpiwór sprawował się wyśmienicie. Poranek oczywiście przywitał mnie gęstą mgłą i wielką rosą. W oczekiwaniu na pierwsze promienie słońca zrobiłem sobie w klapeczkach pieszy tour po okolicy.     Oglądam cudny wschód słońca nad Supraślą.     Po śniadanku, pieczona kiełbasa z ogniska, zebrałem się ruszyłem na objazd Supraśla.     Ekipa jakiś czas temu pojechała więc ja udałem się swoją drogą po okolicznych lasach. Kręte drogi i kopne piachy nie dawały najmniejszej satysfakcji z jazdy.     Surażkowo. Dojechałem do wsi zabitej dechami...dosłownie.     Tuż za nią otworzył się widok na bagienny rezerwat przyrody.   ..i dopływ Supraśli.     Koło Arboretum w Kopnej Górze spotykam oto taki dziwny znak. Strach się bać???     Spotykam ekipę, witam się i zarazem się z nią żegnam. Jazda szlakiem, którym właśnie przejechałem nie bardzo mnie interesuje. Dalej jadę lokalną nitką asfaltową. Koło niej spotykam polującego w ściernisku lisa.     Wierzchlesie. Po wyjechaniu na szutry można było się wreszcie rozpędzić a teren zaczynał lekko falować.     Otworzył się surowy jesienny wiejski krajobraz.         Dojeżdżam do miejscowości Krynki. Jedyna knajpa była zarezerwowana więc głód zaspokoiłem nieśmiertelnym kebabem. Trochę zwiedzania i dalej w trasę.       Planowałem jechać asfaltem do Bohonik ale pomyliłem trasę i wylądowałem na szerokich szutrach prowadzących obrzeżami Puszczy Knyszyńskiej. I dobrze bo ruch na nich był praktycznie żaden. .   Dojeżdżam do wątpliwej atrakcji.     Od razu klimat zaczął się psuć. .   Popsuła się także jakość dróg.     Na godzinę przed zmierzchem spostrzegam ambonkę. Okna, drzwi i ławeczka! Super! Takiej okazji nie mogłem przepuścić. .   Rozgaszczam się na noc. .     Dzień 4 ...samotność sakwiarza.   Trasa... Gródek - Jałówka - Siemianówka - Narewka - Białowieża   O świcie, standard...Pojawiają się mgły.     Silne promienie słońca szybko je jednak rozpraszają i mogę cieszyć się kolorami jesieni. .       Humor wyraźnie mi się poprawił tak samo jak poprawiła się nawierzchnia drogi. Mijam drogę Białystok-Bobrowniki i ponownie ląduję na lokalnych asfaltach prowadzących do mieściny o nazwie Gródek. .     Chyba tylko na Podlasiu można spotkać taką symbiozę chrześcijaństwa i prawosławia.     Zjeżdżam z asfaltu i kieruję w okolicy wsi Straszewo na szlak pieszy. Prowadzi niesamowicie prostym i malowniczym duktem leśnym. I znowu czuję ogrom przestrzeni mimo iż cały czas jestem w lesie. .   Lokalne nadleśnictwo dba o dziką zwierzynę. .   Dojeżdżam do kolejnej wsi. Znajduję pozostałą starą drogę brukową. Jadę nią wzdłuż starych zabudowań. .       Zaskoczyła mnie ogrom przestrzeni jaka znajdowała się po za nikłym drewnianym płotkiem   . Trochę kluczenia po polach i ponownie jestem na szerokich leśnych szutrach prowadzących do Jałówki. .   Po drodze jeszcze odbijam zobaczyć kolejną zabytkową cerkiew.     W Jałówce zatrzymuje mnie Straż Graniczna. Kilka szybkich pytań o pobyt, trasę i noclegi. Udzielam ogólnikowych odpowiedzi. W zamian jednak otrzymuję szczegółową informację jak trafić do ruinek w Jałówce. Pojechałem tam.       Wycofując się z Jałówki tuż przy samym rynku wpadam na piękną zabytkową cerkiew. .       Kiedyś w Jałówce był hotelik w którym można było się posilić. Niestety po nim pozostały tylko wspomnienia. Najbliższa knajpa była w Michałowie oddalonej wiele km. Chwila zastanowienia. Nie! Nie po drodze. Wyjmuję maszynkę i na tarasie przy remizie robię sobie obiad ze słoiczka. Posilony jadę w kierunku zalewu Siemianówka. .   Na drodze napotykam wygrzewającego się padalca. Mam nadzieję, że nie podzieli losu kilku innych, które zginęły pod kołami z rzadka jeżdżących samochodów.     Po drodze oglądam tradycyjne wiejskie drewniane chałupy, które powoli są zastępowane przez murowane klocki.     Przez łąki dojeżdżam do zalewu. Zastanawiam się czy go objechać i czy pokonać groblą? Dookoła już raz jechałem więc pora na jazdę groblą. .   Dojeżdżam do linii kolejowej i spotykam wolno sunący skład towarowy na Białoruś.     Pomiędzy torowiskiem położonym na wysokim nasypie a brzegiem zalewu biegnie droga gruntowa. Mogłaby być to malownicza trasa ale spotykam wiele śladów bytności po tubylcach. Przy każdym ognisku walały się puszki, butelki i wszelki niepotrzebny sprzęt wędkarski. MASAKRA! Świadomość ekologiczna tubylców nie bardzo różni się od ludów Afryki. Tuż koło mostu spotykam kolejną straż graniczną. Tradycyjne pytania, tradycyjne odpowiedzi i ... troska pograniczników. Miałem się spodziewać zimnych nocy. Ha, ha...Te noce już miałem za sobą. Wjeżdżam na most i .... .   .... jestem w kolejnej krainie. Krainie żubra. .   Do Narewki dojeżdżam po mało uczęszczanych asfaltach. Robię szybkie zakupy w lokalnym markecie i ponownie jestem na szerokich szutrach. Tym razem jestem w Puszczy Białowieskiej. Zbliża się powoli zmierzch więc zaczynam się rozglądać za jakimś miejscem noclegowym. Nie widzę ani ambonki ani fajnej polanki. Nagle tuż obok drogi wyłania się miejsce postoju z wielka wypasionym domkiem. Jest to raczej wiata bo nie posiadała drzwi. .   Rzut oka do środka i widzę, że będzie to mój hotelik na tę noc. Na belkach stropowych układam porozrzucane deski i mam piękne legowisko. .   W obawie przed zwierzyną wszelkie jadło także ląduje na górze. Tymczasem tuż po zapadnięciu zmroku nadjeżdża samochód, wyłania się para kieruje swe kroki na bzykanko. Szybko robię rumor. Odnoszę sukces. Kobiecina w popłochu krzyczy, że to jakiś zwierz grasuje i czym prędzej umyka do autka. Koleś nieco sie waha ale też daje nura do swojej bryki. Mam chatkę tylko dla siebie.   Dzień 5 ...o krok od sąsiada.   Trasa ... Białowieża - Topiło - Wygon - Policzna     Noc była zadziwiająco spokojna. Żaden zwierz nie zakłócił mi spokoju. Dojeżdżam do Białowieży. Na granicy miasteczka dostrzegam skansen więc kieruję swoje kroki do środka.   .   Następnie kieruję się na objazd miasteczka w tym zabytkowej stacji w której to ulokowała się ekskluzywna restauracja.         Właścicielowi było mało więc otworzył hotel...hotel urządzony w zabytkowych wagonach. Każdy wagon do osobny pokój o naprawdę wysokich standardach.       Jem wczesny obiad, ale w innej, lokalnej restauracji i ponownie zagłębiam się w las. Kieruję się nadal na południe. .   Puszcza Białowieska to rezerwat lasów naturalnych więc wszelkie bagienka to norma. Gdyby nie grobla to bardzo ciężko byłoby się po tych lasach przemieszczać.         Wzdłuż torów pozostałych po kolejce wąskotorowej dojeżdżam do wsi Topiło.         Ponownie jestem na szlaku ale coś mnie tchnęło i zjeżdżam ze szlaku prosto ku najbardziej odległej wsi wciśniętej tuż pod granicą Białoruską. Jestem we wsi Wygon.     Tu niespodzianka ...napotykam na wielką osobliwość galerię leśną.     Tuż za Wygonem jest kolejna zapomniana wieś ...Nikiforszczyzna.     Mijam ją i jestem w kolejnej wsi o 5-6 osadach. Cudownie! Jeżdżąc tak wzdłuż granicy odkrywam wiele takich zapomnianych wsi oraz wiele ciekawych dróg.     Tuż przez zachodem słońca rozglądam się za noclegiem. Spostrzegam daleko pod lasem ambonę. Podążam do niej nieco dookoła po wyjeżdżonej łące gdy wtem pod lasem dostrzegam kolejną ambonkę. Jest ona świeżo postawiona z widoczną jeszcze wiechą. Oczywiście tej nocy jest to moje lokum.     Zbieram nieco chrustu i długo siedzę przy ognisku posilając się kiełbasą i sącząc złocisty napój.     Dzień 6 http://www.forumrowerowe.org/blog/333/entry-950-podlaski-sprint-dzien-6/

robertrobert1

robertrobert1

 

Od: [dłuższe wyprawy]Ból tyłka

Przeglądam ten wątek i widzę tylko rady dotyczące zakupu pampersa bądż wymiany siodła na bardziej wygodne czyli bardziej dopasowane. Tak sie składa, że wszelkie siodła żelowe sa dobre do 2 h jazdy a póżniej, niezależnie czy jeżdzisz z pampersem czy bez, każdy tyłek będzie boleć...sprawdzone przez 3 lata. O ile na jazdy miejskie były komfortowe to sakwiarstwo było koszmarem. Oto wspomnienie z tamtych czasów     Ale do czasu. Poszperałem po necie i zakupiłem siodło, które samo dopasowuje się do tyłka. Owszem jest takie. To siodło Brooksa czyli naturalna skóra. Założyłem je przed moją kolejną 3 tygodniową wyprawą i to był błąd. Nikt nie napisał, że siodło musi się ułożyć. Przez 3-4 dni męczyłem się strasznie. Jednak po 4 dniach ... nagle zapomniałem co to niewygoda i ból tyłka! Siodło sie ułożyło i od tej chwili mogłem całymi godzinami jeżdzić i dziwić się jak partnerzy co i raz unoszą swoje zadki :laugh: . Oto wspomnienie pierwszych chwili z siodłem Brooksa     Od tamtego momentu siodło mi wiernie służy, chociaż upłynęło już 11 lat a skórzane siodełka pojawiły się w pozostałych moich rowerach zarówno tych na krótkie dystanse     jak i tych na dłuższe eskapady.     Ja już nie potrafię jeżdzić na innym siodle. Szczerze polecam siodła Brooksa.   A na koniec dodam, że na owych siodłach wcale nie trzeba jeżdzić w pampersie aby było komfortowo oraz dodam, że na nich tyłek nigdy się nie odparza.   I jeszcze przedstawiam pewną galeryjkę z rowerami wyprawowymi. Nawet nie trzeba dobrze się przyglądać aby zauważyć, że zdecydowana większość rowerów posiada siodła Brooksa. Zatem moja opinia o nich nie jest odosobniona, nieprawdaż?   http://www.pbase.com/canyonlands/fullyloaded   A jakie siodło wobec tego należy wybrać? A to już zależy od naszych preferencji. Jeśli jeżdzimy bardziej offroadowo to polecam     Jeśli jednak kręci nas szosa lub mamy amortyzowaną sztycę lub amortyzację tylnego koła to swobodnie wystarczy     Zresztą bogactwo siodełek Brooksa jest nieograniczone i z pewnością każdy coś dobierze pod swój tyłek   http://www.brooksengland.pl/index.php/siodelka

robertrobert1

robertrobert1

 

Torba na kierownicę...Ortlieb, MSX czy Sport Arsenal?

Jestem od kilkunastu lat użytkownikiem Ortlieba i złego słowa nie mogę powiedzieć o tym produkcie.     Od takiego produktu wymagam przede wszystkim 1. Stabilności podczas jazdy nawet pod bardzo dużym obciążeniem 2. Łatwości w dostępie do środka 3. wodoszczelności 4. Dużego i wodoodpornego mapnika   Pkt 1 zapewnia nam system z linką, która skutecznie powstrzymuje sakwę przed opadaniem. Na zdjęciu poniżej to ta linka w kolorze czarnym     A oto jak wygląda ów sam element mocujący   Widzę, że w MSX nie posiada takiego systemu   Posiada jakiś mało zrozumiały system Podobny system mocowania do Ortieba posiada Sport Arsenal.       Pkt 1 i 2 jest zapewniony.   Pkt 3 kuleje. Sakwa Ortlieba jak najbardziej jest wykonana z materiału wodoodpornego ale nie posiada rolowanego zamknięcia tylko zamknięcie na klipsy więc torba-sakwa jest tylko bryzgoszczelna ale i tak to jest wystarczające jeszcze ani razu ani jedna kropla się nie dostała do środka.   Sport Arsenal i MSX ma identyczne zamknięcie.       Podsumowując   1. Stabilność podczas jazdy nawet pod bardzo dużym obciążeniem 2. Łatwość w dostępie do środka 3. wodoszczelność 4. Duży i wodoodporny mapnik   Ortlieb pkt 1, 2, 3, 4 same PLUSY MSX pkt 2, 3, 4 PLUS ... pkt 1 MINUS Sport Arsenal pkt 1,2,3,4 na PLUS

robertrobert1

robertrobert1

 

Sandały spd

Ten dokładnie model - z pierwszego posta - moim okiem wygląda tragicznie. Jak jakiś old school z lat 50-tych. No i nie przekonuje mnie ich otwarty przód.   To się mylisz. Te sandały miałem i po 6 czy 7 latach musiałem sie z nimi rozstać. Kupiłem inny model shimanowskich sandałów z 3 zamiast 2 pasków + jeszcze jakaś siateczka. Po co tak skomplikowali? Pojeździmy zobaczymy ...Oto wrażenia W efekcie 3 paski wcale nie trzymają mocniej niż 2 paski
wentylacja jest nieco gorsza
siateczka kompletnie nie ma żadnego zastosowania
sztywność buta na tym samym niezmiennie dobrym poziomie
Ocena But z 3 paskami pomimo zastosowanych różnych usprawnień czy innowacji w żaden sposób nie jest lepszy od poprzedniego starszego modelu.   Wniosek Jeśli coś jest dobre to nie ma sensu tego usprawniać.   Za to świetnym modelem wydają mi się sandały Keena, model Commuter, z zabudowanym przodem chroniącym palce w różnych rowerowych sytuacjach. Ale jest bardzo ciężko z ich dostępnością. Zostały wycofane, coś im było specjalnego - nie wiecie?     W sandałach rowerowych z zamkniętymi palcami nie jeżdziłem ale mam takowe do sportów wodnych. W wodzie zamknięty czub bardzo się przydaje zwłaszcza jak sie brodzi po niepewnym podłożu. Na rowerze osłonięte palce w niczym nie pomagają. Porównanie shimanowskiego sandału z 3 paskami       I sandału z 2 paskami   Jeszcze mała rada. Sandały nie mają pełnej rozmiarówki tylko mamy co 2 rozmiar. Kompletnie nic to nie szkodzi gdyż w tych sandałach mamy komfort wtedy kiedy stopa w pełni jest schowana w sandale więc de facto sandał musi być o 1 lub 2 nr za duży.     I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Pedałując w deszczu nie odczuwa się w sandałach żadnego dyskomfortu. Pratycznie na postoju można stopy i but przetrzeć ręcznikiem i ma się wszystko suche. Spróbuj tego dokonać z klasycznymi butami ...

robertrobert1

robertrobert1

 

Łukiem Karpat. Słowacja 2014. Dzień 8.

Łukiem Karpat. Słowacja 2014.   Dzień 1-5 link Dzień 6 Dzień 7.     Dzień 8 czyli od zwątpienia po sukces.                                             Statystyka dnia 8 Dystans 31.23 km + xx km
Czas trwania 3g:54m:54s + xx h
Średnia prękość 8.0 km/h
Max prędkość 51.7 km/h
Kalorie 2703 kcal
Min wysokość 198 m poziom Dunaju.
Max wysokość 696 m
Łącznie w górę 335 m + xxx m
Łącznie w dół 193 m + xxx m
Mapa trasy http://www.endomondo.com/workouts/362815831#_=_

robertrobert1

robertrobert1

 

Łukiem Karpat. Słowacja 2014. Dzień 7.

Łukiem Karpat. Słowacja 2014.   Dzień 1-5 Dzień 6.   Dzień 7 czyli Karpaty Małe   Nocleg spędzony w myśliwskiej ambonie minął spokojnie.   Wnętrze ambony chociaż małe to zagospodarowałem ją jak w domu. Na półkach miałem kuchnię, na siedzisku garderobę ...       ...a pod siedziskiem miałem łóżko. Pozostało jeszcze miejsce dla jednej osoby.                                             Statystyka dnia 7 Dystans 54.84 km
Czas trwania 6g:51m:16s
Średnia prędkość 8.0 km/h
Max prędkość 48.0 km/h
Kalorie 4737 kcal
Min wysokość 202 m
Max wysokość 658 m
Łącznie w górę 813 m
Łącznie w dół 1022 m
Dzień 8.

robertrobert1

robertrobert1

 

Spokojny sen czyli z poradnika rowerowego turysty.

Do napisania tego bloga skłoniło mnie moje doświadczenie w nocowaniu na dziko, nocowaniu na kampingach a także wyzwanie jakim jest podróżowanie na lekko.   Jednym z podstawowych problemów z jakimi codziennie musi się spotykać rowerowy turysta jest odpoczynek regeneracyjny w postaci snu. Oczywiście jeśli mamy zaklepany nocleg pod dachem to praktycznie nie musimy o nic się martwić. Jeśli jednak chcemy lub jesteśmy zmuszeni do biwakowania pod chmurką to warto tak się zabezpieczyć aby o poranku być w pełni sił i chęci do kontynuowania rowerowej włóczęgi a nie pośpiesznie rozglądać się za ratunkiem i opcją natychmiastowego powrotu do domu.   Oto co według mnie jest ważne podczas nocowania pod chmurką zabezpieczenie osoby i bagażu przed warunkami atmosferycznymi w postaci wiatru i deszczu
możliwość przygotowania posiłku w namiocie w tym także możliwość gotowania
możliwość przebrania się w namiocie
ochrona przed owadami, płazami i zwierzyną
niska masa
mała objętość po spakowaniu
możliwość rozstawienia namiotu w ciężkim terenie czyli na piaskach czy na skale
Przeglądając ofertę namiotów napotykamy na takie określenia jak tarp
płachta biwakowa
tropik
sypialnia
konstrukcja jednopowłokowa
namiot typu igloo
namiot typu tunel
namiot geodezyjny
Jak się w tym wszystkim poruszać...Jak dobrać właściwy namiot do odpowiednich warunków i jakie mają wady i zalety poszczególne produkty... Może poniższe wypociny to nieco ułatwią.   A oto przegląd outdoorowych domków     Tarp czyli zadaszenie.   Prosty sposób na uzyskanie awaryjnego noclegu. Jest to konstrukcja jednopowłokowa rozpinana na kijkach trekingowych lub tego co mamy pod ręką czyli kije, drzewa, rower itp.     Zalety niska masa ...od 0,5 do 1 kg
mała objętość
podstawowa ochrona przed deszczem
możliwość przygotowania posiłku
względna ochrona bagażu
Wady brak ochrony przed wiatrem
brak możliwości przebrania się w środku
brak ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
Przykładowe produkty. Tarp / MARABUT Ork II / FJORD NANSEN E-Wing / MSR               Płachta biwakowa.   Jest to jeden z najmniejszych i najlżejszych sposobów na nocowanie. Nocowanie według mnie awaryjne. Płachty biwakowe to konstrukcje jednopowłokowe najczęściej wykonane z materiałów wodoodpornych i paro-przepuszczalnych. Nocując w płachcie biwakowej dobrze jest wykorzystać także tarpa.     Zalety niska masa około 0,5 kg
mała objętość
ochrona przed wiatrem
Wady brak ochrony przed deszczem
brak możliwości przebrania się w środku
brak możliwości przygotowania posiłku
brak ochrony bagażu
brak ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
Przykładowe produkty. Bivi Bag / MILO Shelter I / DEUTER Gemini Single / ORTOVOX                     Namiot tunelowy 1 osobowy bez przedsionka.   Jest to swego rodzaju płachta biwakowa ze zintegrowanym zadaszeniem. Jest to konstrukcja jednopowłokowa wykorzystująca elementy stelażu zarówno w układzie tunel jak i igloo     Zalety niska masa około 1 kg
mała objętość
ochrona przed wiatrem
ochrona przed deszczem
ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
Wady brak możliwości przebrania się w środku
brak możliwości przygotowania posiłku
brak ochrony bagażu
Przykładowe produkty. Minima I / CAMP JUPITER/TERRA NOVA Stratosphere 1 os. / SNUGPAK                     Namiot 1 osobowy tunelowy z przedsionkiem   Przedstawicielem takiego namiotu jest produkt Fjord Nansena MUVANG1, którego używam w turystyce rowerowej oraz górskiej. Są to konstrukcje dwupowłokowe czyli posiadające tropik chroniący przed wiatrem i deszczem i sypialnię chroniącą przed owadami. Najczęściej są to namioty tunelowe z asymetrycznymi masztami ale także zdarzają się konstrukcje oparte o jeden maszt. Najczęściej posiada tylko jedno wejście.     Zalety względnie niska masa od 1 do 1.8 kg
względnie mała objętość
ochrona przed wiatrem
ochrona przed deszczem
ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
Wady brak możliwości przebrania się w środku
brak możliwości przygotowania posiłku
niewystarczająca ochrona bagażu
bardzo uciążliwe wyjście/wejście namiotu podczas deszczu
Przykładowe produkty Mayo / MARABUT Fjord Nansen MUVANG1 Trailstar 1 / ROBENS                   Namiot 1 osobowy z przedsionkiem   Moim zdaniem jest to pierwszy produkt, który spełnia wszystkie założenia. Jest to konstrukcja dwupowłokowa, tropik+sypialnia, oparta na jednym innowacyjnym systemie nośnym. Posiada tylko jedno wejście.   Zalety względnie niska masa od 1 do 1.8 kg
względnie mała objętość
ochrona przed wiatrem
ochrona przed deszczem
ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
możliwość przebrania się w środku
możliwość gotowania posiłku
ochrona bagażu
możliwość rozstawienia na nie przyjaznym podłożu czyli na piasku czy na skale
Wady wysoka cena za innowacyjny system stelażu
Przykładowe produkty. Hubba 1 / MSR Tordis I / FJORD NANSEN Reflex 1 / MSR             Namiot 2 osobowy z dwoma przedsionkami Namiot w wersji dwuosobowej. Jest to konstrukcja dwupowłokowa, tropik+sypialnia, oparta na jednym innowacyjnym systemie nośnym. Ten typ namiotu posiadam i przetestowałem go w turystyce górskiej. Posiada 2 wejścia i 2 bardzo duże przedsionki.     Zalety względnie niska masa od 1,8 do 2,5 kg
względnie mała objętość
ochrona przed wiatrem
ochrona przed deszczem
ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
możliwość przebrania się w środku
możliwość gotowania posiłku
ochrona bagażu
możliwość rozstawienia na nie przyjaznym podłożu czyli na piasku czy na skale
Wady wysoka cena za innowacyjny system stelażu
Przykładowe produkty. Hubba Hubba/MSR Tordis II / FJORD NANSEN                 Namiot 2 osobowy typu igloo   Jest to jeden z najbardziej popularnych i najczęściej kupowanych namiotów. Dlaczego... tego nie wiem. W przypadku podróżowania w pojedynkę to ów namiot jest ok ale dla 2 osobowego teamu staje się uciążliwy. Najczęściej są to konstrukcje dwupowłokowe ale także zdarzają się konstrukcje jednopowłokowe. Konstrukcja nośna składa się z dwóch identycznych długości masztów z włókna szklanego lub z aluminium, które krzyżują się w najwyższym punkcie. Najczęściej posiada tylko jedno wejście.     Zalety względnie mała objętość
ochrona przed wiatrem
ochrona przed deszczem
ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
możliwość przebrania się w środku
możliwość rozstawienia na nie przyjaznym podłożu czyli na piasku czy na skale
Wady dość wysoka masa około 3 kg
ograniczona możliwość gotowania posiłku
brak ochrony bagażu
Przykładowe produkty. Crestline 2 / COLEMAN Meteor 300 / EASY CAMP Poligon 2 / MARABUT Bret / HUSKY Lacuna II / SPOKEY     Trzeba jednak dodać, że owa konstrukcja jest najczęściej modyfikowana przez dołożenie zadaszenia nad wejściem
dokładanie przedsionku o różnej pojemności
dołożenie dwóch przedsionków o różnej pojemności
dołożenie drugiego wejścia
    Namiot 2 osobowy tunelowy z przedsionkiem   Jest to typ namiotu bardzo popularny wśród rowerzystów, który jest kompromisem pod każdym względem zarówno dla 1 osoby jak i dla 2 osobowego teamu. Jest to konstrukcja dwupowłokowa oparta o dwa asymetrycznej długości maszty wykonane z włókna szklanego lub aluminium. Ten namiocik, Sumatra/Marabut, wiernie mi służył na wyprawach rowerowych przez ponad 10 lat.         Zalety względnie mała objętość
względnie mała masa ok 2,2 kg
ochrona przed wiatrem
ochrona przed deszczem
ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
możliwość przebrania się w środku
możliwość gotowania posiłku
ochrony bagażu
Wady słaba możliwość rozstawienia na nie przyjaznym podłożu czyli na piasku czy na skale
Przykładowe produkty. Cobra 2 / COLEMAN Spitfire Duo / EUREKA! Murcia II / FJORD NANSEN Narvik 2 / TATONKA Moonshine Duo / EUREKA!                   Namiot typu chinka   Jest to swego rodzaju Tarp ale łączący funkcję klasycznego namiotu gdyż oprócz tropiku posiada także sypialnię. Namiot jest rozstawiany na kijkach trekingowych lub wszystkiego co się znajduje pod ręką czyli gałęzi, drzew czy roweru. Ten typ namiotu swobodnie używam w turystyce górskiej, rowerowej a także kajakowej.     Zalety niska masa 1,8 kg
mała objętość
ochrona przed wiatrem
ochrona przed deszczem
ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
możliwość przebrania się w środku
możliwości przygotowania posiłku
ochrona bagażu
Wady ograniczona możliwość rozstawienia w trudnym terenie tzn na piaskach czy skale
Przykładowe produkty. Twin Sisters / MSR Faroe out/Fjord Nansen     Namiot geodezyjny 2 osobowy z przedsionkiem.   Namiot dedykowany ro rozbijania w trudnym terenie i na ciężkie warunki atmosferyczne. Jest konstrukcja dwupowłokowa a system nośny składa się z co najmniej 3 masztów wykonanych z włókna szklanego lub aluminium. Owe namioty posiadają jedno lub dwa przedsionki a także jedno lud dwa wejścia.   Zalety ochrona przed wiatrem
ochrona przed deszczem
ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
możliwość przebrania się w środku
możliwość rozstawienia na nie przyjaznym podłożu czyli na piasku czy na skale
możliwość gotowania posiłku
ochrona bagażu
Wady wysoka masa około 3,5 kg
duża objętość po spakowaniu
Przykładowe produkty. Khumbu / MARABUT Quito / MARABUT Phad X2 / COLEMAN Flame 2 / HUSKY                   Namiot tunelowy 2 osobowy z dużym przedsionkiem   Na koniec prezentuję typ namiot, który mogę polecać do rodzinnej komfortowej turystyki. Są konstrukcje dwupowłokowe oparte na 3 masztach wykonanych z włókna szklanego lub aluminium. Namiot posiada ogromny przedsionek często wymiarami zbliżonymi do wymiarów sypialni, a ilość wyjść waha się od 1 do 3.     Zalety ochrona przed wiatrem
ochrona przed deszczem
ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
swobodne przebrania się w środku
swobodne gotowania posiłku
bardzo dobra ochrona bagażu
możliwość ochrony roweru po ich częściowym rozmontowaniu
Wady duża masa około 4,5 kg
duża objętość po spakowaniu
słaba możliwość rozstawienia na nie przyjaznym podłożu czyli na piasku czy na skale
Przykładowe produkty. Atacama / MARABUT Coastline 2 Plus / COLEMAN Bastia II / FJORD NANSEN                 Namiot Bikamper   Namiot rozbijany na rowerze. Prezentuję go jako ciekawostkę bo korzystanie z niego moim zdaniem jest bardzo uciążliwe. Jest to konstrukcja dwupowłokowa, nie posiadająca przedsionka.     http://www.topeak.com/products/Bike-Tent/Bikamper   Zalety mała masa
ochrony przed owadami i wszelką zwierzyną
mała objętość po spakowaniu
Wada brak możliwości gotowania posiłku
słaba ochrona przed wiatrem
słaba ochrona przed deszczem
brak możliwości przebrania się w środku
konieczność częściowego demontażu roweru w celu rozbicia namiotu
słaba możliwość rozstawienia na nie przyjaznym podłożu czyli na piasku czy na skale
słaba ochrona bagażu
brak możliwości jazdy rowerem po rozbiciu namiotu
Trzeba jeszcze wspomnieć iż praktycznie każda wyżej opisana konstrukcja może mieć stelaż zewnętrzny bądź wewnętrzny.   Zalety stelaża zewnętrznego to szybkie rozbijanie gdyż tropik rozkłada się razem z sypialnią
możliwość rozbijania podczas deszczu
możliwość rozbijania w pojedynkę podczas silnego wiatru
bardzo dobra wodoodporność gdyż tropik nie ma bezpośredniego styku ze stelażem.
Wady stelaża wewnętrznego nieco wyższa waga
Zdaje sobie sprawę, że temat ten nie jest wyczerpany a tylko może być zalążkiem do dyskusji w poszukiwaniu najlepszego namiotu jakiego potrzebujemy.       Mając już dach nad głową należałoby wybrać coś pod tyłek i plecy. Tu także mamy dużą rozbieżność produktów. Alu mata.   Jedno z najlżejszych łóżeczek dostępna w wersji jedno i dwuosobowej. O ile używanie alu maty w okresie letnim jest dyskusyjne to w okresie zimowym jest zalecana zwłaszcza jako izolacja od śniegu czy lodu.   Zalety niska masa
niska cena
stosunkowo małe wymiary po spakowaniu
bardzo dobra izolacja termiczna od podłoża
wady znikomy komfort
bardzo słaba odporność na uszkodzenia mechaniczne
  Karimata   To najbardziej popularny produkt w każdej formie turystyki. Mamy karimaty jednowarstwowe, karimaty z aluminiową warstwą izolacyjną a także karimaty kilku warstwowe,     Jednak ja bym polecił karimatę karbowaną.     Zalety stosunkowo niska masa
bardo dobra izolacja termiczna
stosunkowo lekka
niewrażliwe na uszkodzenia mechaniczne
Wady stosunkowo niewielki komfort
stosunkowo dużo miejsca zajmuje po spakowaniu
modele zaawansowane są drogie
      Tekst i wybrane zdjęcia Robert Ostrowski

robertrobert1

robertrobert1

 

Roztocze, maj 2008

Zbliża się długi majowy weekend. Pytana przez znajomych, jak go spędzę odpowiadam zgodnie z prawdą: zabieramy rowery i jedziemy na Roztocze. Taka odpowiedź nikogo jeszcze nie dziwiła. Zaskoczenie pojawiało się na twarzy, gdy mówiłam, że poruszać się po Roztoczu będziemy tylko rowerami, nocować w namiotach i dotyczy to całej naszej rodzinki, łącznie z sześcioletnią córeczką Adą. Jak można właśnie w ten sposób spędzić wolne majowe dni całą rodziną – krótka relacja poniżej. Może nią kogoś zachęcimy do takiej formy wypoczynku, mam na myśli rodziny, ponieważ singli na rowerowych wojażach, podejrzewam jest dość dużo, natomiast rodzice z dziećmi możliwe, że obawiają się pewnych niedogodności. Trudności są i jest też duuuuża frajda. Jak doszło do decyzji, że jedziemy całą rodziną? Mój mąż Robert uprawia taką formę wypoczynku od lat, do tej pory bez nas. I ile tak można! Moja tolerancja na samotne wyprawy skończyła się. Dzieci potrzebują kontaktu z ojcem, ja z mężem, jeśli wyprawa rowerowa to tylko wspólna – tak brzmiało moje stanowisko i było nienegocjowalne. Robert przyjął to dzielnie i zamiast narzekać, że może to tylko mój chwilowy kaprys zabrał się za przygotowania: rowerów, sprzętu turystycznego, trasy. Największym wyzwaniem na etapie przygotowań okazało się znalezienie dobrych map Roztocza i okolic. W wielu miejscach są dostępne mapy samochodowe, które mają za małą skale i rzadko zaznaczane są na nich szlaki rowerowe i małe lokalne dróżki. A takimi trasami zamierzaliśmy się poruszać. Zdecydowanie odpadały większe drogi ze względu na walory krajobrazowe jak i bezpieczeństwo – kierowcy na naszych drogach w większości dalej mają rowerzystów „w nosie”. Dobre mapy: Centralnego Szlaku Rowerowego, Lasy Janowskie, Puszczy Solskiej o skali 1:85 000 zakupiliśmy w Bibliotece Wojskowej na Przyczółku Grochowskim – niezawodne miejsce, by je odnaleźć. Oczywiście potrzebny nam był też sprzęt turystyczny: zabraliśmy dwa namioty z naszej kolekcji, dokupiliśmy śpiwory i inne drobiazgi. Przyznam, że kompletowanie tych drobiazgów: odzieży outdoorowej, ręczników szybkoschnących i tym podobnych akcesoriów sprawiało mi dużo przyjemności. Byłam pod wrażeniem szerokiego wyboru, nowinek technologicznych i funkcjonalności. Trzeba dodać, że rzeczy dobrej jakości cenią się. W niektóre warto zainwestować, Np.: dobre sakwy. Zatem mój mąż usłyszał: „Jeśli nie chcesz mojej zguby to Ortlieba kup mi luby”. Ortlieb to mercedes w rodzinie sakw - sprawdził się doskonale. Po jeździe w deszczu, a nie brakowało go w majowy weekend, wszystko nadal pozostawało suche, czego nie mogę powiedzieć o rzeczach mojego syna, który używał odziedziczonych po tacie sakw Crosso.   Dzień 1.   Start czyli początek wyprawy. Wyruszyliśmy z czterema rowerumi z Warszawy w kierunku Szczebrzeszyna. Tamtędy wiedzie centralny szlak rowerowy w kierunku Kraśnika i Lwowa. Obraliśmy kurs na Kraśnik. Początek szlaku przebiega przez pola i łąki. Jego zaletą na pewno jest dobre oznakowanie oraz częste miejsca postojowe z miejscem na ognisko i tablicami z informacją turystyczną.     Wyzwaniem była nawierzchnia, ułożona z płyt betonowych, na których rowery podskakiwały niczym zające. Po kilku km takiej trzęsiawki nastała największa zmora tego odcinka, czyli gruntowa polna droga miejscami zaorana.     Na szczęście odcinek ten nie trwał długo. Wkrótce zrozumieliśmy, dlaczego musieliśmy przeżyć te męczarnie…po prostu omijaliśmy ruchliwą drogę krajową. W dalszej części dnia mieliśmy już o wiele lepsza nawierzchnie.     Do kilku atrakcji dnia możemy zaliczyć: zjazd leśną drogą w Szczebrzeszyńskim Parku Krajobrazowym, klasztor we wsi Radecznica z imponującym wejściem złożonym z kilkudziesięciu schodów przykrytym betonowym zadaszeniem i kapliczką z "cudownym źródłem” a także lessowy wąwóz z głębokimi na poł metra rozpadlinami.     Pierwszy dzień wyprawy zakończyliśmy noclegiem nad jeziorem we wsi Podlesie Duże. Ten dzień był pierwszym sprawdzianem rodzinnego rowerowania.     Dzień 2.   Przyjemnie było spędzić pierwszą noc z dala od zgiełku miasta. O poranku spostrzegliśmy, ze nie jesteśmy sami…dookoła jeziora było mnóstwo wędkarzy.     Śniadanko, szybkie wspólne pakowanie namiotów i byliśmy gotowi by stawić czoła drugiemu dniu wyprawy.     Poranek był słoneczny, więc z każdą minutą zdejmowaliśmy z siebie kolejne warstwy odzieży. Jednocześnie szlak prowadził przez lekko pofalowane wąskie wiejskie drogi. Było cudownie.     Jednak ta sielanka szybko się zakończyła – nastąpiła seria kilku długich podjazdów. Jak dzieciaki radziły sobie z takimi przeszkodami? Dziesięcioletni Piotr pokonywał je samodzielnie. Sześcioletnia Ada przy bardziej stromych podjazdach korzystała z pomocy taty, który podczepiał jej rower linką holowniczą do swojego roweru i podciągał do góry. Dzieciaki były dzielne. Czasami, gdy ja miałam już dosyć, one miały jeszcze siły, by się ścigać. Tak dojechaliśmy do miejscowości Chrzanów, a w zasadzie Chrzanowa Drugiego. Okazało się, że obok siebie są cztery Chrzanowy.     Z Chrzanowa ruszyliśmy dalej do Janowa Lubelskiego – miasta z uroczym parkiem i kilkoma sympatycznymi restauracjami.     Najpiękniejsze okazały się jednak okolice Janowa – Lasy Janowskie. Tam spędziliśmy kolejny nocleg, na leśnej polanie pośród rosłych sosen. To jedna z bardziej uroczych naszych nocnych przystani.     Dzień 3.   Ten dzień był przełomem pomiędzy pagórkami a terenem płaskim, słońcem a deszczem, terenami otwartymi a lasami. Po spędzeniu noclegu na leśnej polanie pośród rosłych sosen nadszedł czas na dalszą jazdę.     Jeśli jest się w tych lasach koniecznie trzeba odwiedzić Szklarnie, w której znajduje się hodowla kucy biłgorajskich, które prawie dzikie hasają po tamtejszych leśnych polanach.     Z miejscowości Szklarnia udaliśmy się mało ruchliwymi drogami wiodącymi przez Lasy Janowskie do Mamot Górnych. Cudownie było kontemplować się widokiem rosłych sosen i słuchać ich szumu i śpiewu ptaków.     W Mamotach Górnych zatrzymaliśmy się na chwilę, by obejrzeć drewniany kościółek, który jak głosi zamieszczona tam informacja powstał bez planów architektonicznych, spontanicznie wznoszony przez ówczesnego proboszcza - wygląda całkiem sympatycznie.     I dalej znowuż Lasami Janowskimi udaliśmy się w kierunku Biłgoraja. Po drodze niezapomniane widoki: olbrzymie pola jagodowe, mokradła, przemykające sarenki.     Niezapomnianym, negatywnym miejscem naszej tułaczki był Biłgoraj. Trudny dojazd ruchliwą drogą, nie zważający na rowerzystów kierowcy. W samym mieście również najazd samochodów, nic ciekawego do zobaczenia. Duże rozczarowanie, zwłaszcza, że ktoś niedawno opowiadał o Biłgoraju jako uroczym miasteczku. W dodatku okazało się później, że jak już raz do niego wjedziesz to tak łatwo nie wyjedziesz.   Dzień 4.   Po noclegu w Biłgoraju planowaliśmy dojazd w okolice Józefowa przez Puszczę Solską. Puszcza piękna, niestety trudna do przemierzania rowerem. Po pierwszym bardzo piaszczystym odcinku pojawiła się jedyna przejezdna droga, którą ruszyliśmy.     Po trzech godzinach jazdy pewni że jesteśmy blisko celu podróży wyjeżdżamy z lasu i…. nie wiemy gdzie jesteśmy.     Napotkany pierwszy drogowskaz uświadamia nam, że od Biłgoraja odjechaliśmy na odległość jednego kilometra. Cóż, posuwanie się na przód nie oznacza, że jest się do przodu. Ruszyliśmy dalej do Józefowa. Po drodze przejechaliśmy chyba przez najdłuższą i najwęższą wieś w Polsce, Aleksandrów. Ciekawy był widok szeregu domów stojących przy szosie, za którymi bezpośrednio rozpościerały się pola i łąki. Późnym popołudniem trafiliśmy do Górecka Kościelnego i karczmy, która gościła turystów i około 100 uczestników rowerowego Rajdu Józefowskiego.     Nasze objuczone rowery wzbudziły u nich spory podziw i zdawały się być pierwszą atrakcją na ich trasie. Nie ominął nas tego dnia kolejny majowy deszczyk, który towarzyszył nam w trakcie rozkładania namiotów i przechodził w niezłą ulewę. Kiedy ja i Robert uwijaliśmy się jak w ukropie nasze dzieciaczki beztrosko spacerowały po lesie w strugach deszczu.     Dzień 5.   Po błądzeniu po Puszczy Solskiej i jeździe koszmarną drogą docieramy do esencji Roztocza czyli okolic Józefowa. Tu także spędzamy noc nad bardzo malowniczym jeziorkiem.     Śniadanko nad brzegiem jeziorka.       Początek dnia nie był optymistyczny. Tuż po wyjeździe z obozowiska guma.     Kolejną niespodzianką była nagła burza z silnym opadem deszczu. Na szczęście było się gdzie schować.     Jazda po Roztoczu nie zawsze oznacza jazdę po suchych drogach.     Chwila zastanowienia się nad wyborem trasy.     Wyruszyliśmy do Józefowa, niedużej miejscowości, której przyjemnym akcentem była restauracja "U Hasana" , w której właściciel zaserwował nam "górę" jadła. Po opuszczeniu Józefowa przemierzaliśmy przez okoliczne wsie. W każdej z nich przy przydrożnych kapliczkach słychać było modlitwy nabożeństw majowych. I znowu woda.     Tym razem jest to jezioro w Majdanie Nepryjskim. W poszukiwaniu noclegu odkrywamy wspaniale wijący się potok.     Dzień 6.   Podążając za szlakiem rowerowym pakujemy się w piaszczyste leśne drogi. Efekt jest taki, że praktycznie przez cały las przepchaliśmy rowery.     Nie było łatwo, zwłaszcza dzieciakom. Na pocieszenie zaświeciło słońce, które już nas nie opuszczało.     Jednak za chwilę droga zmieniła się diametralnie oferując twardą nawierzchnię malowniczo wijącą się pośród lasu...i cały czas lekko w dół.     Na jednym ze zjazdów napotykamy padalca beztrosko wygrzewającego się na skraju drogi.     Na naszej trasie Krasnobród czyli miasto fryzjerów. Na przestrzeni 500 m naliczyliśmy 4 zakłady fryzjerskie! Nie sposób było przejść obok zwłaszcza, że za usługę płaciło się 7 pln. W dalszej kolejności mamy przejazd przez Krasnobrodzki Park Krajobrazowy.   Podsumowanie. Wyprawa trwała 6 dni w trakcie której pokonaliśmy około 260 km. Pogoda nam tylko w połowie dopisała ale za to byliśmy w stanie ocenić wodoodporność kilku akcesorii. Mogliśmy także przetestować dostępność Roztocza dla mało doświadczonych rowerzystów. I tak do absolutnych minus należy zaliczyć: Miasteczko Biłgoraj ( absolutnie niesprzyjającego turystyce rowerowej). Puszcze Solską ( jej fatalne oznakowanie turystyczne). Rowerowy Szlak Roztocza na zachod od Szczebrzeszyna ( fatalna gruntowa nawierzchnia). Okolice wsi Aleksandrów ( brak pobocza umożliwiającego spokojną jazdę rowerzystom).   Na zakonczenie aby pomoc poczatkujacym turystom chcielibysmy wymienic sprawdzone firmy: Ortlieb - sakwy rowerowe Nanini - odzież rowerowa Fjord Nansen - akcesoria turystyczne Lafuma - spiwór i kobieca odzież outoorowa Alpinus - spiwór Jack Wolfskin - ręczniki szybkoschnące NRS - palnik wielopaliwowy Petzl - czołówka Shimano - buty i sandały rowerowe Tatonka - naczynia turystyczne Shwalbe - Maraton XR, opony trekingowe Brooks - rowerowe siodło turystyczne Tekst i zdjęcia Dorota i Robert Ostrowscy   Zakończenie   Długo nie zapomnę ostatnich kilometrów naszej wyprawy. Dojeżdżałam do Szczebrzeszyna i byłam dumna z naszej czwórki: daliśmy radę i wracaliśmy pełni nowych wrażeń. Koniec wyprawy, na szczęście można już zacząć planować następną. W tej wyprawie udział wzięli: Ada, lat 6. Była to jej pierwsza wyprawa rowerowa. Piotr, lat 10. Druga wyprawa licząc tylko samodzielną jazdę. Dorota, moja żona. Do turystyki rowerowej powróciła po 6 letniej przerwie. Jej główne zadanie to dbanie o dziatwę i pedałowanie do przodu. Robert, na którym spoczywała: logistyka, serwis rowerowy, dokumentacja zdjęciowa i pomoc na ciężkich podjazdach

robertrobert1

robertrobert1

×