Skocz do zawartości
cyclosian

[Szukam informacji] o biurach podróży / organizatorach wyjazdów rowerowych

Rekomendowane odpowiedzi

cyclosian
Cześć wszystkim :-) 

 

W okresie 23-30.09.2017 chciałbym wybrać się poszosować w cieplejszych okolicznościach przyrody, tak trochę na spontana, najlepiej na południe Europy.

 

Czy znacie jakieś godne polecenia biura podróży/firmy organizujące takie tripy? Niestety nie posiadam samochodu, więc chodzi mi o coś w stylu: transport roweru i bagażu, na miejscu zorganizowany nocleg i wyżywienie... nno i szosowanie :-) Sam czegoś szukam ale póki co albo miejsca są wyprzedane, albo brak ofert :-/

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
lederfox34

czy biura akurat to sie nie spotkałam ale United Cyclist robi wyjazdy w rejony Europy Azji itd w oparciu o cześć tego co napisałeś. (pakują rower i ciebie ale zakwaterowanie to uzgodnienia, czy namioty czy kwatery) na ich stronie mozesz poszukać, mają dobrą reputację. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
cyclosian

Dziękuję :-) Jak do tej pory nie znalazłem informacji o nich. Widzę, że robią ciekawe tripy z rozmachem... może uda mi się gdzieś z nimi zabrać w przyszłym sezonie :-)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Podobna zawartość

    • szy
      Przez szy
      Hej,
       
      na początku jesieni spędziłem weekend na polsko-słowackim pograniczu - trochę Beskidu Żywieckiego i więcej słowackich Beskidów Kisuckich - czy może raczej Kisuc ogólnie, po słowackie Beskidy oglądałem z dolin.
       
      Z całej wycieczki podrzucę Wam dwie dobre rowerowe trasy o których warto pamiętać wybierając się w tamte regiony. Jest ich tam wiele więcej oczywiście, ale te dwie ładnie wpasowują się w weekendową pętlę o której piszę na blogu:
       
      http://www.znajkraj.pl/beskid-zywiecki-i-kisuce-rowerem-po-pograniczu-polsko-slowackim
       
       
      Mapa poglądowa tras rowerowych regionu Mała Fatra i Kisuce:
       

       
       
      Pierwsza ze wspomianych tras to Bystrzycka Magistrala Rowerowa - od czerwonej strzałki gdzie stoi mapa ze zdjęcia aż do sztucznego zbiornika Nowa Bystrzyca układającego się w literę "C" na prawo od strzałki - czerwona linia.
       
      Trasę poprowadzono po śladzie nieużywanej od wielu lat leśnej kolejki wąskotorowej. Ma długość około 25 kilometrów, prowadzi cały czas w oddali od wsi i zabudowań - wzdluż rzeki Bystrrzyca. Po drodze zdarzają się miejsca odpoczynku, tablice informacyjne o mijanych wsiach i miejscowościach, kilka drewnianych mostków. Wszystko w świetnym, turystycznym standardzie.
       
       
      Początek w Kraśnie nad Kisucą:
       

       
       
      Specjalna kładka pod mostem na Bystrzycy:
       

       
       
      Most miłości pełen kłódek - obok trasy
       

       
       
      Tablica z historią leśnej kolejki i historią powstania rowerowej trasy. Dolna część po polsku - zawsze!
       

       
       
      Pozostałości II wojny światowej:
       

       
       
      Przeciętny widok z trasy:
       

       
       
      Oddalenie od cywilizacji widać na ujęciach z góry:
       

       
       

       
       
      Dużo ludzi na trasie - rodzin, lokalsów, szosowców, górali...
       

       
       
      Bliżej rzeki - czasem pojawiają się bariery:
       

       
       

       
       
      Ale nie zawsze:
       

       
       
      Są niewielkie mostki nad schodzącymi do rzeki potokami:
       

       
       
      Oznaczenia okolic:
       

       
       
      Trasa wiedzie południowym brzegiem rzeki, więc właściwie cały czas naprzeciw mamy przyjemne widoki na słowackie Beskidy:
       

       
       
      Są efektowne, drewniane mosty:
       

       
       

       
       
      I naprawdę nietrudno o innych rowerzystów - nawet wpięknie wpasują się w ustawianą samokę
       

       
       
      Koniec jednej trasy oznacza początek drugiej - to rowerowa trasa wokół zalewu Nowa Bystrzyca - czarna linia na mapie na pierwszym zdjęciu.
       
       
      Z góry prezentuje się tak:
       

       
       

       
       
      Na początku na wysokości zapory to jeszcze jakieś przebłyski starego asfaltu:
       

       
       
      Potem robi się terenowo, chwilami mocno terenowo - koleiny po leśnym sprzęcie, jednak generalnie jest dość przyjaźnie nawet z sakwami:
       

       
       

       
       
      Bardzo przyjemny klimat, zupełne odludzie, efektowne widoki:
       

       
       

       
       
      Ślad wycieczki, więcej wrażeń, ciekawe miejsca - na blogu, adres na początku posta
       
      Z pozdro
       
      Szy.
    • szy
      Przez szy
      Cześć,
       
      pierwsza część rowerowych wakacji w tym roku - Jura Krakowsko-Częstochowska. Trasa krótka - po śląskiej części, bo jeszcze czekały inny miejsca. Auto zostaje w Częstochowie, na rower i powrót pociągiem z Zawiercia.
       
      Nie byłem na Jurze kilka lat, a na rowerze - ze 25. Mnóstwo rzeczy się zmienia. W większości na dobre, choć czasem ręce człowiekowi opadają gdy widzi, jak wygląda spędzanie wolnego czasu w Polsce. No cóż, wymagać by wszyscy jeździli podczas urlopu na rowerze to jednak za dużo
       
       
      Najfajniejsza rowerowa zmiana na Jurze - około 20-30 kilometrów regularnych, "europejskich" dróg rowerowych wokół Żarek - Żarki, Ostrężnik, Przewodziszowice, Mirów. Prawdziwe, asfaltowe trakty przez lasy, z miejscami postojowymi, z których kilka może być i biwakowymi - w spokojnych miejscach na uboczu. Oczywiście wyznakowane że tylko dla rowerów, ale i tak lokalne patafiany robią sobie skróty samochodami. Szkoda, bo jeśli na jednym kilku krętych zjazdów spotkać się wyjeżdżającym z zakrętu autem... Trzeba będzie mieć szczęście, dużo szczęscia, by wyjść z tego cało.
       
      Jednak drogi są, proszę jeździć dużo i głośno o tym mówić, by lokalne samorządy widziały, że zrobiły coś wyjątkowego. Bo zrobiły!
       

       

       

       
      Droga chyba ma jakiś istotny status, że stawia się na niej tablicę z nazwą miejscowości?
       
       
      Poza tym szlaki na Jurze są mocno "klasyczne". Tu jakaś gruntówka, tam kawałek przez las - taka zwyczajowa polska turystyka rowerowa. Większosć odcinków bardzo w porządku, klimatyczne odcinki po jurajskich lasach, czy nad Wartą, zaraz koło Częstochowy...
       

       

       

       

       

       
       
      ... choć czasem jest i tak, i tak:
       

       

       
      Nie są to na szczęście odcinki kilometrowe, ale czasem człowiekowi chodzą po głowie myśli, że trzeba mieć było sporo fantazji byakurat tam prowadzić trasę, podczas gdy niedaleko prowadzi rozsądny gruntowy objazd. A może to po prostu cisza przed kolejnymi inwestycjami i nie ma sensu już mieszać w dawnej rowerowej materii? Mam nadzieję.
       
       
      Generalnie cisza, spokój, także lokalne puste asfalty, szerokie szutrówki. Mimo niewątpliwej popularności regionu to wciąż takie okolice, że można sobie stanąć na środku drogi, wyciągnąć bidon i bezstresowo odetchnąć pełną piersią.
       

       

       
       
      Na Jurę jedzie się oczywiście po zamki. Tych jest sporo, nie ma co Wam tutaj przewodnika pisać, bo podejrzewam że Jura jest w topie tego typu wydawnictw. Więc tylko historia taka, która nam bardzo się podobała: zamek w Bobolicach.
       
      Kupił dawną, piękną ruinę człowiek - tę ze stojącą jedną ścianą z oknami, na pewno znacie. Nie było dawnych planów, wskazówek jak odbudować. Więc chyba tak trochę po swojemu zbudowali takie coś:
       

       

       

       
      Jak to w Polsce - jednych oburza, drugich mniej, a takich nas - w ogóle. Nam się podoba. Trudno nam widzieć w tym "disneyland", jak gdzieś czytaliśmy. Dla nas to rzeczywiście pobudzająca wyobraźnię próba przywrócenia historii. Gdyby tak odbudować więcej pałętających się po Polsce zrujnowanych zamków? 
       
      I jest coś jeszcze wokół - jakaś minimalna klasa. Nie ma dziesiątek straganów, zapiekanek i hot-dogów. Jest elegancka kawiarnia, kawałek dalej hotel. Życzyłbym sobie więcej takiego miłego tchnienia Europy jak w Bobolicach.
       
       
      Z miłych nam akcentów jeszcze... jedzenie. Po raz kolejny na Jurze rowerową marszrutę wytyczały nam między innymi "Śląskie Smaki" - śląski smak kulinarny. I tak trafiliśmy do hodowli ryb w Sygontce, na północ od "właściwej" Jury, za Złotym Potokiem. Na talerzach rosół z jesiotra, a potem pierogi z pstrągiem i suszonymi pomidorami. Wyjazdowo miejsce kompletne - siadasz na słoneczku, na stole pyszne żarcie, obok piwko i wiesz, że u góry czeka na Ciebie łóżko. I że już naprawdę nic dzisiaj nie musisz...
       
      Następne takie rybne miejsce jest w Złotym Potoku. Z Sygontki, z której wyjeżdżaliśmy, to było ledwie kilka kilometrów, a że nie przywykliśmy takich miejsc opuszczać, więc rybę na obiad mieliśmy na śniadanie.
       

       
       
      Cały Złoty Potok ciekawy, z pałacem, dworem, Bramą Twardowskiego, wspomnianą hodowlą, fajnym szlakiem rowerowym lasem, zamiast przejazdu ruchliwą trasą, o, między innymi tutaj, nad stawem "Amerykan":
       

       
       
      To co nam się jeszcze wyraźnie rzuciło w oczy, to projekt unijny który przyniósł na Jurę dziesiątki miejsc postojowych jak to - tu w okolicach Zawiercia:
       

       
      Stawiane rzeczywiście przy szlakach rowerowych wyglądają efektownie, może skromnie, ale bardzo przyjemnie "eko". Gdyby jeszcze trochę podciągnąć w górę standard rowerowych tras i z piaszczystych, naturalnych zrobić je chociaż utwardzanymi szutrami. Jak w Borach Tucholskich, na Kaszubskiej Marszrucie? Byłby następny rowerowy hicior.
       
       
      I tyle rowerowo w pigułce. Więcej krajoznawczo, więcej wrażeń, 150 zdjęć i cały ślad trasy jak zawsze na blogu, zapraszam
       
      www.znajkraj.pl/szlakiem-orlich-gniazd-slaskie-na-rowerze
       
       
      Z pozdrowerem
       
      Szy.
    • szy
      Przez szy
      Cześć
       
      Tytułowy slogan to już nic oryginalnego, spotkać go można coraz częściej w Sieci. Ale - czytając forum beskid-niski.pl gdzie przed laty powstał - zawsze marzyłem by móc w ten sposób zatytułować posta . Bo i dla nas Beskid Niski zawsze pozostanie miejscem szczególnym. Z naszych prywatnych względów z Olą, ale też ze względu na unikatowy charakter historyczno-kulturowy.
       

      Zwykle udając się w Niski mijaliśmy Nowy Sącz, jadąc bezpośrednio w miejsce docelowe, w okolice Lackowej. Tym razem szukając noclegu i miejsca do zostawienia samochodu wpadło mi w oko Miasteczko Galicyjskie. Przebłyski pamięci, szybka lektura i niespodziewanie ląduję na nocleg w hotelu przy zrekonstruowanym galicyjskim rynku. Jest karczma, dawne punkty rzemieślnicze, ratusz - w nim hotel. Żałuję, że przyjeżdżam wieczorem, a wyjeżdżam wcześnie, zanim miasteczko odżywa.
       

       
       
      Po raz pierwszy też zaglądam do skansenu w Nowym Sączu. Pięknie położony, zadbany. W końcu oglądam cerkiew, stojącą kiedyś w Czarnem, w jednej z wysiedlonych wsi podczas akcji "Wisła" po II wojnie światowej. Pogoda - wymarzona.
       

       

       

       
       
      Tamtego dnia przez Królową Górną, Boguszę, Binczarową, Kamianną, Polany, Berest, Piorunkę i Czyrną...
       

       

       

       
       
       
      ... dojeżdżam do Izb, na spotkanie z właścicielami Domu na Łąkach w Izbach, szefującymi obecnie stowarzyszeniu Towarzystwo z Beskidu Niskiego. To kilka gospodarstw, które łączy siły i wspólnie oferuje turystom dodatkowe atrakcje na miejscu, oparte na zwyczajach i historii regionu.
       

       

       
       
      A potem jadę na nocleg do najpiękniejszego miejsca w Polsce , do doliny Bielicznej. Pięknego historią, wspomnieniami, położeniem. Sądziłem, że będę wieczorem, przed zachodem Słońca, ale długa rozmowa w Izbach powoduje, że namiot pod cerkwią w Bielicznej rozkładam przed północą. Nie muszę używać latarki, Księżyc tak świeci (koło pierwszej w nocy):
       

       
       
      Niestety, pogoda następnego dnia się psuje, większość czasu pada, albo chociaż siąpi. Chociaż rano dzień jeszcze zapowiada się nieźle.
       

       

       
       
      I znów jazda szlakiem beskidzkich cerkwi, ale ja tak mógłbym tygodniami. W dodatku mam mnóstwo szczęścia, bo wiele cerkwi jest albo sprzątanych, albo dekorowanych do weekendowych uroczystości, mszy i nadchodzących prawosławnych świąt wielkanocnych.
       

       

       

       
       
      Aż dojeżdżam do najcenniejszej, pięknie się prezentującej z delikatnym mchem na połaci dachu na tle wiosennej łąki, cerkwi w Kwiatoniu. Tutaj spotkanie z zasłużonym Janem Hyrą, opiekunem cerkwi i przewodnikiem. Jednym z kilkudziesięciu, jakich opłaca Małopolska Organizacja Turystyczna w sezonie. Świetna inicjatywa!
       

       

       

       
       
      I znów sporo po zmroku dojazd na nocleg, tym razem do schroniska w Radocynie. Po drodze jeszcze jeden z cmentarzy Dusana Jurkovica, oryginalny, prywatny skansen w Gładyszowie, wspominane wcześniej nieistniejące Czarne i zwiedzenie cmentarza po ciemku, jeszcze słaba na turystyczny rower - wielkie, ostre kamienie - droga na zjeździe do doliny Wisłoki.
       

       

       

       
       
      Trzeci dzień to już regularna ulewa. Żałuję, bo to te nasze najbliższe, najlepiej wspominane miejsca. Dzika dolina Wisłoki, nieistniejąca wieś Nieznajowa, Wołowiec, Bartne. Wszędzie leje, a momentami na najwyższym odcinku między Wołowcem a Bartnem - sypie śnieg.
       

       

       

       

       

       

       
       
      Ostatni dzień jest "naftowy". Skansen w Gorlicach i niewielka zagroda wspominająca łemkowskich maziarzy w Łosiu kontrastują z pięknym dworem w Szymbarku. Kto by pomyślał, że właśnie stąd po całej Europie jeździli Łemkowie handlując naftową mazią i pokrewnymi produktami.
       

       

       

       
       
      Krótko potem kapituluję. Mimo, że zostaje zaledwie 30 kilometrów do Nowego Sącza, leje tak, że jadę PKS-em po auto do Sącza, zostawiając rower w Grybowie. 
       
       
      Wspominałem o szczęściu do otwartych cerkwi - czy nie są przepiękne? Wszystkie budowane według tego samego schematu, a jednak każda inna, każda ma swój charakter.
       

       

       

       

       

       

       
       
      www.znajkraj.pl/sercu-bliski-beskid-niski-rowerem-po-malopolsce

      Więcej zdjęć, szczegółowe opisy i trasa na naszym blogu.


      Z pozdrowerem
       
      Szy.
    • szy
      Przez szy
      Hej,
       
      to była świetna rowerowa wiosna. Po Beskidzie Niskim, na który przyjdzie jeszcze czas tutaj, udało mi się jeszcze wybrać w Dolomity. To jedyne dwa miejsca, w które wracamy w naszych podróżach. Może jeszcze poza np. Izerskimi, które traktujemy ulgowo ze względu na możliwość wyjazdu i na rower, i na biegówki ;-)
       
      Tym razem Dolomity reprezentowało Trentino, czyli prowincja Trydentu. I jeśli ktokolwiek ma czelność nazywać siebie rowerowym królestwem, to Trentino należy do tych, którym można tylko przytaknąć. Trentino jest stosunkowo niewielkie, to obszar wielkości 1/6 Mazowieckiego. Trochę jest klimatu południowych Włoch, przy jednocześnie już europejskiej organizacji, przyjemnie wyważającej atmosferę. Więcej tego typu wspomnień na blogu:
       
      Dookoła Trentino. Rowerem po Dolomitach - Znajkraj
       
      A tu przyjrzyjmy się sprawom rowerowym, te wymiatają :-). Jak jesteś szeroko rozumiany góral - masz przygotowane trasy, od wyczynowych, przez turystyczne, o rożnych poziomach trudności. Masz bikeparki, autobusy wiozące Cię w góry, nawet kolejki linowe Cię zawiozą z powrotem na szczyt. Jak jesteś szosowiec czy turysta z sakwami, to masz 400 kilometrów dróg rowerowych. Tych jest 8-10, o długości kilkudziesięciu kilometrów każda, w każdej z dolin. Często bezkolizyjne przecinają większe drogi i skrzyżowania, a zwykle prowadzą z daleka od nich, gdzieś nad rzeką, polem, czy lasem. Asfalt - gładziutki, zakręty przyjemne. Nie widziałem, częstego w Polsce, demonstrowania niechęci szosowców do dróg rowerowych poprzez jazdę szosą. Na przykład...

       
      Droga rowerowa doliną Adygi:
       


      Ta sama trasa w innym miejscu:



      Trasa w dolinie Val Rendena



      Droga rowerowa w Val di Sole:



      Na koniec - Valsugana:




      Nieczynną szosę - bo wydrążono równoległy, krótszy tunel - też zamienia się w drogę rowerową. A potem właśnie dla takich dróg taki koleś jak ja jedzie pół Europy... :]






      Wszystkie trasy asfaltowe, z jednym wyjątkiem, na granicy Trentino i Poludniowego Tyrolu. To droga rowerowa po dawnej linii kolejowej, prowadzącej przez całą Val di Fiemme. Na pierwszym odcinku, wychodzącym z doliny Adygi, naprawiono nawierzchnię i puszczono nią rowerzystów. W kilku tunelach po drodze zapala się automatycznie oświetlenie. Mega widoki na Adygę i przyjemna ochłoda przed upałem w lesie. I kolejny przykład, jak można wykorzystać istniejącą infrastrukturę.










      Ponieważ drogi prowadzą dolinami, wzdłuż rzek, konieczne były mosty. Więc powstały, tylko dla rowerzystów. Lekkie konstrukcje łaczą brzegi i znowu, nadają trasom wyjątkowości. Dwa z Val Rendena:





      I ten największy nad Adygą:






      I oczywiście wspinaczki na przełęcze w Dolomitach. Wystarcza trochę cierpliwości, wrzucony najwyższy bieg i powolutku jedziemy w górę. Nie ma opcji by budować górskie drogi rowerowe, więc do przełęczy dociera się już klasycznie, szosami, za to wciaż w towarzystwie setek szosowców i często przez nich fajnie mobilizowanym. A potem - zjazdy. Chociaż gdy czasem człowiek widzi, jak szybko na zjeździe mija wysokosć, którą tak mozolnie się zdobywało... .








      Chcąc trochę posmakować prawdziwych Dolomitów na koniec trasy, przedostatniego dnia, ruszyłem w kierunku Passo Cinque Croci, terenowym podjazdem. Myślałem, że kogoś spotkam, patrząc na mapę nawet spodziewałem się popularności miejsca. Tymczasem na wysokość 2,016 m n.p.m. dojechałem sam, nikogo nie spotykając ani na podjeździe, ani na miejscu, ani na zjeździe. Jeszcze jedna z chwil, po które warto taki kawał jechać, by poczuć, że w takim miejscu ma się trochę gór wyłącznie dla siebie.








      Naprawdę miejsce kompletne. Wspaniałe góry, świetnie przygotowany szkielet tras rowerowych, trasy zadbane i oznakowane. Noclegów szeroki wybór, wiele dostępnych finansowo. Podobnie z wyżywieniem. Tylko, kurczę blade, mogłoby być bliżej...

      A więcej na blogu, zapraszam!
       
      Z pozdrowerem

      Szy.
    • szy
      Przez szy
      Cześć ,
       
      rok temu była majówka w Dolnej Saksonii, a w tym padło na Brandenburgię. Na północną część, po jednym z największych obszarów leśnych Niemiec. A podobno nawet i największym, to chyba zależy jakie przyjąć kryteria
       
      Ruszyliśmy spod Berlina, z niewielkiego Bernau, do którego dotarliśmy podmiejskim pociągiem, prosto z nieziemskiego berlińskiego dworca, gdzie z kolei dotarliśmy szybko i wygodnie pociągiem z Gdańska. Co prawda zniknął z połączenia wagon rowerowy, aaale mam nadzieję, że to chwilowe niedomaganie wyobraźni u kolejowych planistów
       
      Było zupełnie inaczej niż w Dolnej Saksonii. Tam mnóstwo miejsc do zobaczenia, większy ruch, większe miasteczka. W Brandenburgii cisza, wielkie lasy, wielokilometrowe przejazdy przez naprawdę piękne lasy. Czasem jezioro z lewej, czasem z prawej, sporo kanałów, w tym znany, 400-letni Finow, jeden z najstarszych tego typu w Europie.
       
      Po atrakcje krajoznawcze, więcej zdjęć, mapę trasy, zapraszam na nasze strony:
       
      Niemcy na rowerze: północna Brandenburgia - Znajkraj
       
      A tymczasem tutaj tradycyjnie będzie o rowerach. Jak to Niemczech - rower jest ważny. A rowerzysta jeszcze ważniejszy . Dość powiedzieć, że takiego szlaku, jakich Niemcy mają dziesiątki, to w Polsce nie mamy żadnego. Tak, w Polsce nie ma ani jednego długodystansowego szlaku o asfaltowej nawierzchni. Green Velo okazało się mrzonką.
       
      Jechaliśmy fragmentami dwóch takich niemieckich tras: Berlin-Uznam oraz Tour Brandenburg. Pierwszy widać skad i dokąd prowadzi, drugi - to ponad 1000 kilometrów dookoła całej Brandenburgii.
       
      Od samego początku opadają nam szczęki, kiedy widzimy, że specjalnie dla rowerzystów buduje się asfaltowe ciągi wzdłuż leśnych dróg. Taka sytuacja ma miejsce wielokrotnie i w różnych konfiguracjach:
       

       

       

       
       
      Większość trasy pokonujemy jednak pojedynczymi ciągami, przeznaczonymi albo wyłącznie dla rowerzystów, albo także z dopuszczonym bardzo małym lokalnym ruchem w postaci mieszkańców pobliskiej osady, czy rolników. Żadne tam ścieżki, to po prostu regularne rowerowe drogi:
       

       

       

       
       
      W pensjonatach i hotelach oczywiste jest, że rowerzysta może być gościem, więc wiele z nich ma przygotowane pomieszczenia dla rowerów. 
       
      Podobnie pociągi - po nas przyjechał taki jak ten niżej, jasno komunikujący stosunek do rowerzystów. W dodatku za chwilę okazuje się, że przedział jest wyposażony w pasy, identyczne jak samochodowe, którymi możesz przymocować rower do ściany, by bezpiecznie stał...
       

       

       

       
       
      W punktach informacji w każdej większej, choć w praktyce w małych, bo tam wszystko jest małe, czekają darmowe mapki okolic. Często zdarzają się przewodniki po polsku - głównie w powiecie Barnim. Sąsiedni powiat Prignitz promuje się jako "rowerowy raj". We wszystkich odwiedzanych przez nas powiatach działał system belgijski oznakowania. Czyli numerujący skrzyżowania w celu lepszej orientacji.
       
       
      Z klimatów poza stricte rowerowych wybrane nasze fajne chwile:
       

       
      Park dzikich zwierząt w Schorfheide.
       
       

       
      Pyszny filet z suma nad jeziorem Werbellinsee.
       
       

       
      Wieża ciśnień zamieniona na mieszkanie - Biorama Projekt.
       
       

       
      Fabryka organicznych lodów Cadillac.
       
       

       
      Fajny nocleg w pensjonacie nad samą Hawelą
       
       

       
      Pałac Rheinsberg
       
       

       
      Klimaty historycznych miasteczek - tutaj Wittstock.
       
       
      Ogólnie bardzo przyjemna okolica na odrywające od cywilizacji rowerowanie. 
       
      Szy.
×