Eee tam, z takim zaopatrzeniem to ze 2 paki by pękły
Kiedy miałem nieco ponad 20 lat (na przełomie stuleci), to starałem się mieć 1.5 l wody i coś słodkiego (czasem kupowałem po drodze), a mimo tego zdarzyły się tzw. bomby/wypalenie energetyczne/odcięcie. Teraz jestem stary i głupi, bo rzadko cokolwiek jem po drodze, mam 0.75 l wody, i na tym jeżdżę z zafiksowaniem na teren - najczęściej 2 -4 g., co obecnie daje przedział 40 -80 km. Zatrzymuję się, kiedy potrzebuję - ostatnio np. pierwszy raz po 45 km (przymusowego zejścia z roweru po niedohamowaniu na zjeździe z wału, czy przenoszenia nad powalonymi grubymi drzewami nie liczę). Bomb takich jak kiedyś o dziwo nie mam - it's magic Fakt, że czasem pod koniec mięśniowo bywa gorzej. Dlaczego jednak w większości odbywa się to w miarę bezbólowo ? Myślę, że wynika to z zapasu energetycznego, czyli wrzucanie węgli w dużych ilościach w dniach poprzedzających jazdę robi swoje (pewnie dlatego 40 -60 km na czczo nie było problemem, a nie jedzenie przez 6 -8 g. to u mnie nic niezwykłego). Moja taktyka, a raczej przyzwyczajenie jest takie, że po prostu staram się pić i jeść przed, i po jeździe. Po zjedzeniu śniadania muszę 2 -3 g. odczekać zanim ruszę. Oczywiście takie postępowanie by się zemściło na dłuższych, czy bardziej wymagających technicznie i kondycyjnie trasach, ale długie dystanse mnie nie interesują, a jazdę na średnią dawno mam za sobą (kiedyś 2 -3 g. w wysokim tempie i bez zatrzymywania były normą). Jak słyszę ile niektórzy jedzą i piją podczas jazdy, to się dziwię, że im się nie uleje z tego dobrobytu A najbardziej chyba jest dla mnie zagadką sport zawodowy - kosmiczne wręcz ilości jakie kolarze pochłaniają, no ale tam jest to konieczne przy takim poziomie wysiłku.
EDIT Co do tych tytułowych 70 km, to proponuję najpierw zrobić testowo 50 km