Skocz do zawartości

[Namiot, śpiwór] szukam lekkiego


Rekomendowane odpowiedzi

Cumulus Lite 300 bardzo spoko śpiwór, na początku ogarniałem nim nocki około +5 stopni bez problemu. Po 6 latach komfort spadł, przy 7-8 robi się chłodnawo. Puch się zbija po latach i trzeba go zregenerować, moim zdaniem warte zachodu przy tych właściwościach (waga, komfort cieplny)

Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
  • 2 tygodnie później...

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do tematu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.

  • Podobna zawartość

    • Przez djwinamp
      Ahoj
      https://photos.app.goo.gl/aH69Sz8Hf1XbKD2G8
      Czas na podsumowanie pierwszego etapu: odcinek Czech, Słowacja, Węgry, kawalek Bośni i Hercegowiny, Chorwacja. 
      Pod względem ścieżek rowerowych i niezwykle sympatycznych ludzi Słowacja nie ma w sobie rownych. Niekończące się ścieżki, jedna którą jechałam ma 280km, wzdłuż rzeki VAH. I mam na myśli świetny asfalt dla miłośników prawdziwego kolarstwa jak i dla turystów z sakwami. 
      Węgry oprócz Budapesztu i Balatonu nie mogą się pochwalić ścieżkami, ale magistrala rowerowa wokół tych dwóch jest naprawdę dobra. Można objechać cały Balaton dokoła i nie ma żadnych popierdółek na trasie typu Kluki 😝
      Oprócz  jeżdżenia robiłam też inne rzeczy, np odwiedziłam dwa parki Narodowe w Chorwacji które są niesamowite. Pierwszy Plitwlicki w którym jest kilkanascie kaskad i kilkadziesiąt wodospadów, dosłownie leje się woda ze wszystkich stron, 250 kun wejście trochę dużo kasy ale warto. Drugi park do Paklenica, wejście 60 kun. Od 5 metrów npm do 2000 metrów npm. Ekstra sprawa bo wchodzi się szybciej na szyty niż w Tatrach, startujesz od razu w skałach a nie jakieś asfaltowe morskie oko. 
      Węgry, przepiękny Budapeszt, smaczne Langosy i trochę irytujący Balaton. Irytujący dlatego że jest nad nim pierdylion ludzi, za wejście do wody trzeba zapłacić, więc najlepiej brać od razu kemping który zawiera już w cenie wejście na plażę. 
      Miliony przygód, drugi milion pięknych miejsc i bardzo serdeczni ludzie jakich spotkałam na drodze, tak bym opisała ten miesiąc w skrócie. Żeby nie było że jest tak idealnie, to dodam że miałam już kilka awarii sprzętu, incydent z kleszczami i pszczołą oraz akcje nocną z silną burzą kiedy spałam na dziko.
       
      Wrzesień to głównie Słowenia i Włochy. Nie obyło się bez awarii, co za tym idzie musiałam skrócić nieco trasę w Słowenii, by zjechać do Włoskiego Triestu do serwisu rowerowego. Zepsuła się manetka przerzutki tylnej. Nie byłam w stanie robić podjazdów, łańcuch spadł na ostatnią tarcze, nie było sensu się męczyć po Słoweńskich górach. Tak więc z 700 metrów npm zjechałam do 5 metrów npm. Serwis poszedł całkiem sprawnie, Pan Marcel naprawiał Goldusia jedynie 1,5h, za co zapłaciłam 60 euro (plus nowa opona). 
      Co do samej Słowenii, jadąc tam czasami czułam się jakbym była jedynym człowiekiem na świecie, zupełna pustka, tylko góry i lasy, jedna droga która prowadziła mnie do konkretnego celu, Jaskinii Szkocjanskiej. Polecam każdemu te miejsce, co lubi dreszczyk emocji. Dużo ludzi pomija jaskinie szkocjańskie, jadąc tylko do Postojnej, która w ogóle nie przypomina tej pierwszej. Postojna bardziej jak baśniowa kraina, Szkocjańska bardziej jak Mordor z Władcy Pierścieni. Jedyne nad czym ubolewam to fakt że nie można robić tam zdjęć, a to wszystko ze względów na bezpieczeństwo. Ludzie najzwyczajniej zaczęli by potykać się o własne nogi i spadać w głąb jaskini. Są w niej takie miejsca w których pod nogami mamy 50 metrowa przepaść. Niesamowita pusta przestrzeń jest lekko oświetlona, najbardziej spektakularny jest most, na który można spoglądać z półki skalnej, nad i pod mostem oraz po bokach nie ma zupełnie nic. Jak chcecie sobie spojrzeć jak to wygląda, wpiszcie w google, Skocjanskie Jame. 
      We Włoszek, niekończące się ścieżki rowerowe, jeździ się tutaj niesamowicie. W szczególności polecam wszystkie tereny koło Wenecji. Samej Wenecji nie można odwiedzić na rowerze, ale wszystko dookoła jak najbardziej, świetnie przygotowane dla rowerzystów. Najbardziej podobaja mi się kraniki z woda, które są co jakieś 2 km, zawsze można napić się świeżej wody. Powiem szczerze że nieco zaoszczędziłam na wodzie, nie kupowałam wody butelkowanej. Za to w nadmiarze kupowałam ser Parmigiano Reggiano, coś niesamowitego. Co jeszcze we Włoszech mnie urzekło, to to że bardziej stawia się tutaj na sklepiki, nie na duże markety. Co prawda są Lidle, Aldiki, Carrefoury, ale świecą pustkami. Wszyscy żywią się w restauracjach, knajpach, barach, piekarniach.
      Co mnie wkurza we Włoszech to to że mają obsesje na punkcie maseczek, dosłownie wyrzucają człowieka ze sklepu jak nie ma się maseczki na nosie (nie na ustach). A druga sprawa to kościoły, dzwony biją całą noc, w dodatku nie co godzinę, tylko biją również połówki. Bardzo wkurzające jak się przez niedopatrzenie postawi namiot niedaleko wieży kościelnej, która w nocy o 11 dzwonczy.
      Najpiękniejszy region Włoch Liguria, przez cały czas jechałam wzdłuż morza po lewej stronie a po prawej góry i miasta. Polecam też miejscówkę jezioro Garda, pięknie stąd widać Alpy, nawet się pokusiłam na jeden szczyt o nazwie Monte Pizzocollo, niestety jak tam doszłam, zeszła mgła i nic nie widziałam tak więc moje wysiłki poszły…
      Jutro już wyjeżdżam do Francji i Monako, tak więc dzisiaj kończę rozdział Września. A Francję rozpoczynam z Październikiem. Jakby ktoś pytał jaką mam temperaturę to średnio 25 stopni, czasami jest za parno i końcówka września obfituje w pioruny czego nie lubię. Taka jest natura, czasami daje czasami odbiera.  
       
    • Przez djwinamp
      Ahoj
      https://photos.app.goo.gl/aH69Sz8Hf1XbKD2G8
      Dzisiaj mija miesiąc odkąd wyruszyłam rowerem z domu. Czas na podsumowanie pierwszego etapu: odcinek Czech, Słowacja, Węgry, kawalek Bośni i Hercegowiny, Chorwacja. 
      Pod względem ścieżek rowerowych i niezwykle sympatycznych ludzi Słowacja nie ma w sobie rownych. Niekończące się ścieżki, jedna którą jechałam ma 280km, wzdłuż rzeki VAH. I mam na myśli świetny asfalt dla miłośników prawdziwego kolarstwa jak i dla turystów z sakwami. 
      Węgry oprócz Budapesztu i Balatonu nie mogą się pochwalić ścieżkami, ale magistrala rowerowa wokół tych dwóch jest naprawdę dobra. Można objechać cały Balaton dokoła i nie ma żadnych popierdółek na trasie typu Kluki 😝
      Oprócz  jeżdżenia robiłam też inne rzeczy, np odwiedziłam dwa parki Narodowe w Chorwacji które są niesamowite. Pierwszy Plitwlicki w którym jest kilkanascie kaskad i kilkadziesiąt wodospadów, dosłownie leje się woda ze wszystkich stron, 250 kun wejście trochę dużo kasy ale warto. Drugi park do Paklenica, wejście 60 kun. Od 5 metrów npm do 2000 metrów npm. Ekstra sprawa bo wchodzi się szybciej na szyty niż w Tatrach, startujesz od razu w skałach a nie jakieś asfaltowe morskie oko. 
      Węgry, przepiękny Budapeszt, smaczne Langosy i trochę irytujący Balaton. Irytujący dlatego że jest nad nim pierdylion ludzi, za wejście do wody trzeba zapłacić, więc najlepiej brać od razu kemping który zawiera już w cenie wejście na plażę. 
      Miliony przygód, drugi milion pięknych miejsc i bardzo serdeczni ludzie jakich spotkałam na drodze, tak bym opisała ten miesiąc w skrócie. Żeby nie było że jest tak idealnie, to dodam że miałam już kilka awarii sprzętu, incydent z kleszczami i pszczołą oraz akcje nocną z silną burzą kiedy spałam na dziko.
       
      Wrzesień to głównie Słowenia i Włochy. Nie obyło się bez awarii, co za tym idzie musiałam skrócić nieco trasę w Słowenii, by zjechać do Włoskiego Triestu do serwisu rowerowego. Zepsuła się manetka przerzutki tylnej. Nie byłam w stanie robić podjazdów, łańcuch spadł na ostatnią tarcze, nie było sensu się męczyć po Słoweńskich górach. Tak więc z 700 metrów npm zjechałam do 5 metrów npm. Serwis poszedł całkiem sprawnie, Pan Marcel naprawiał Goldusia jedynie 1,5h, za co zapłaciłam 60 euro (plus nowa opona). 
      Co do samej Słowenii, jadąc tam czasami czułam się jakbym była jedynym człowiekiem na świecie, zupełna pustka, tylko góry i lasy, jedna droga która prowadziła mnie do konkretnego celu, Jaskinii Szkocjanskiej. Polecam każdemu te miejsce, co lubi dreszczyk emocji. Dużo ludzi pomija jaskinie szkocjańskie, jadąc tylko do Postojnej, która w ogóle nie przypomina tej pierwszej. Postojna bardziej jak baśniowa kraina, Szkocjańska bardziej jak Mordor z Władcy Pierścieni. Jedyne nad czym ubolewam to fakt że nie można robić tam zdjęć, a to wszystko ze względów na bezpieczeństwo. Ludzie najzwyczajniej zaczęli by potykać się o własne nogi i spadać w głąb jaskini. Są w niej takie miejsca w których pod nogami mamy 50 metrowa przepaść. Niesamowita pusta przestrzeń jest lekko oświetlona, najbardziej spektakularny jest most, na który można spoglądać z półki skalnej, nad i pod mostem oraz po bokach nie ma zupełnie nic. Jak chcecie sobie spojrzeć jak to wygląda, wpiszcie w google, Skocjanskie Jame. 
      We Włoszek, niekończące się ścieżki rowerowe, jeździ się tutaj niesamowicie. W szczególności polecam wszystkie tereny koło Wenecji. Samej Wenecji nie można odwiedzić na rowerze, ale wszystko dookoła jak najbardziej, świetnie przygotowane dla rowerzystów. Najbardziej podobaja mi się kraniki z woda, które są co jakieś 2 km, zawsze można napić się świeżej wody. Powiem szczerze że nieco zaoszczędziłam na wodzie, nie kupowałam wody butelkowanej. Za to w nadmiarze kupowałam ser Parmigiano Reggiano, coś niesamowitego. Co jeszcze we Włoszech mnie urzekło, to to że bardziej stawia się tutaj na sklepiki, nie na duże markety. Co prawda są Lidle, Aldiki, Carrefoury, ale świecą pustkami. Wszyscy żywią się w restauracjach, knajpach, barach, piekarniach.
      Co mnie wkurza we Włoszech to to że mają obsesje na punkcie maseczek, dosłownie wyrzucają człowieka ze sklepu jak nie ma się maseczki na nosie (nie na ustach). A druga sprawa to kościoły, dzwony biją całą noc, w dodatku nie co godzinę, tylko biją również połówki. Bardzo wkurzające jak się przez niedopatrzenie postawi namiot niedaleko wieży kościelnej, która w nocy o 11 dzwonczy.
      Najpiękniejszy region Włoch Liguria, przez cały czas jechałam wzdłuż morza po lewej stronie a po prawej góry i miasta. Polecam też miejscówkę jezioro Garda, pięknie stąd widać Alpy, nawet się pokusiłam na jeden szczyt o nazwie Monte Pizzocollo, niestety jak tam doszłam, zeszła mgła i nic nie widziałam tak więc moje wysiłki poszły…
      Jutro już wyjeżdżam do Francji i Monako, tak więc dzisiaj kończę rozdział Września. A Francję rozpoczynam z Październikiem. Jakby ktoś pytał jaką mam temperaturę to średnio 25 stopni, czasami jest za parno i końcówka września obfituje w pioruny czego nie lubię. Taka jest natura, czasami daje czasami odbiera.  
       
    • Przez mpac
      Nadszedł mnie ostatnio pomysł zrealizowania krótkich, dwudniowych wypadów za miasto z noclegiem, nie przekraczających czasowo powiedzmy 48 godzin lub nieco dluzej. Takich, które możliwe są do zrealizowania w każdy weekend lub nawet wolny dzień. Idea mikrowypraw nowa nie jest, więc niczego nowego tu nie odkrywam, wszystko można znaleźć w necie lub książkach. Bardzo lubię Warszawę, tu się urodziłem i wychowałem, ale męczy mnie tempo życia tutaj i brakuje mi bardzo przebywania w okolicach bardziej dzikich. Do tej pory celowałem raczej w nieco dłuższe lub krótkie wyjazdy trekkingowe w góry, ale z racji pandemii oraz wiecznych problemów z brakiem urlopu chciałbym wyjeżdżać częściej na krócej. Niestety doświadczeń rowerowych poza jazda w mieście nie posiadam, nie jeżdżę też samochodem - w grę wchodziłby tylko transport innego rodzaju. Jeśli miejsce jest fajne, jest być może dobrym punktem startu do dłuższej wyprawy.
      Schemat można by określić w prosty sposób:
      1. Dystans - dojazd z rowerem (bus, pociąg) w jakieś fajne dzikie mniej lub bardziej miejsce, nocleg, następnego dnia powrót na rowerze lub, jeśli dystans jest spory, posiłkowanie się pociągiem również w drugą stronę. 
      2. Nocleg - gdziekolwiek gdzie jest bezpiecznie, ale poza miastem. Może być na dziko, na polu namiotowym, na terenie prywatnym za zgodą wlasciciela. Z racji jeżdżenia w góry mam wszystko, co może być potrzebne.
      3. Zaopatrzenie, posiłki - we własnym zakresie, pod chmurką bądź w dowolnym miejscu na trasie.
      4. Tempo - nieśpieszne, to nie trening tylko wypoczynek. Idea mikrowyprawy zakłada cieszenie się czasem i miejscem w którym się jest, wiec bez spiny. Fajnie byłoby mieć czas na zatrzymanie się.
      Chciałbym prześledzić przewodniki i źródła internetowe, by znaleźć możliwe opcje spełniające powyższy schemat, ale jeśli macie pomysły lub własne doświadczenia czy fajne punkty pod nocleg z dobrym dojazdem rowerem lub innym, napiszcie. Będzie to bardzo pomocne.
      Jeśli moderator czy admin uznają, że temat bardziej pasuje pod "Wyprawy rowerowe" to proszę o przeniesienie, uznałem jednak, że Mazowieckie może się sprawdzić z racji zainteresowania osób tu bywających.
    • Przez djwinamp
      1. Start o godzinie 00:00 ze Świętochłowic do Katowic PKP, jadę pierwszy raz z sakwami, jest mi bardzo ciężko utrzymać równowagę. Pociąg mam o godzinie 00:40 więc naciskam na pedał, nagle zapala się kogut, światło + drastyczny dźwięk. Prawie się wywaliłam, Panowie Policjanci każą mi dmuchnąć w to coś, zwane alkomatem. Nic nie wykazuje, a to dosyć dziwne, bo o 20:00 wypiłam piwko na odwagę. Ledwo zdarzyłam na pociąg, ludzi pełno, miejsca na rower mimo rezerwacji nie ma. Ludzie zmierźli i śpiący. Budzę się rano, z głową na ramieniu jakiegoś Ukraińca przynajmniej miałam wygodnie przespaną noc.
      Zbieram tobołki, o 11:00 przechodzę bezpłatną przeprawę promową na wyspę Uznam, bardzo wieje, mimo słońca zakładam kurtkę i komin, zapomniałam wspomnieć, mamy początek września. Po dopłynięciu na drugi brzeg od razu wjeżdżam na ścieżkę rowerową, wszystkie drogi są świetnie oznaczone. Jadę w kierunku granicy Niemieckiej, główną promenadą, i nad samo morze, żeby stópkę zamoczyć na znak przybycia, rozpoczęcia wyprawy. Restauracji i knajpek jest bardzo dużo otwartych, ale sezon się już kończy, więc świeci pustkami, jest środek tygodnia, większość ludzi już wróciło do pracy. Posilam się w smażalni rybek, zaczyna deszcz padać, więc jadę znowu na przeprawę promową, zmierzam w kierunku Międzyzdrojów. Ścieżki asfaltowe płynnie przechodzą w leśne alejki, jadę teraz szlakiem R10, korzystam z okazji i wchodzę na wieżę przeciwpożarową. Wszystko z niej widać, niestety nieco przysłaniają chmurki. W samej wieży jest dużo ciekawych rekwizytów z okresu wojennego.
      Jadę dalej w kierunku Międzyzdroji, pogoda się poprawia, wychodzi więcej ludzi na alejki. Wjeżdżam na Molo, które doskonale zapamiętałam jeszcze z okresu zielonej szkoły (3 klasa podstawówki). Dalej robi dobre wrażenie, na samym końcu mola, rozciąga się fajny widok na plaże, które są opustoszałe. Zabieram się za szukanie pola namiotowego, potrzebuje dzisiaj więcej czasu, bo będę pierwszy raz rozkładać namiot, który wypożyczyłam na ten wyjazd od znajomego. Na kempingu sami Niemcy, tylko recepcjonista mówił po polsku, bo nawet Panie z działu sprzątającego były zagranicy. Tak więc trochę po szprechałam.
      2. Dzisiaj jestem już wypoczęta i jako cel mam postawiony Kołobrzeg. Dzisiaj długa trasa i pierwsza mała awaria, odpada mi z kierownicy chwytak na telefon. Jadę bez niego, w końcu trasa jest dobrze oznaczona i nie potrzebuje mieć mapki przed oczami. Jak się okazało byłam w błędzie. Droga się mocno skomplikowała, z trasy szutrowej wyjechałam na całkowicie krzaczastą zarośniętą, jadąc cały czas według szlaku, wróciłam jakieś 5 km i postanowiłam zrezygnować ze szlaku leśnego który była całkowicie zarośnięty. Nadmienię, że jeżdżę na klasycznym MTB, na oponach 2,1 cala. Blokuje widelec, jadę na sztywno ulicą, w końcu dojeżdżam do jakieś ścieżki rowerowej, która już jest dobrze oznaczona i pokazuje, że do Kołobrzegu mam jakieś 50 km.
      W samym Kołobrzegu jest bardzo bogaty turystycznie, ładne plaże, ciekawe falochrony, wstęp 2 zł, przepyszna rybka Turbot, tradycyjnie zimne piwko i szukanie pola namiotowego. Tutaj również trafiło mi się duże pole namiotowe, z dużą ilością Niemców. Cena się nie różniła od tego z Międzyzdrojach 25 zł za rozstawienie namiotu w tym woda, prąd, kuchnia do dyspozycji.
      3. Dzisiaj się już bardziej rozkoszuje przyrodą, z Kołobrzegu bowiem ciągnie się fenomenalna ścieżka rowerowa cały czas jadąc przy plaży z widokiem z morze i niskie wydmy. Gdzieś w okolicach Ustroni Morskich, wyskakuje mi na drogę cała rodzinka dzików. Nie były agresywne, chciały papu, zapewne przyzwyczajone przez turystów do karmienia, nie bały się. Wyciągam stare kanapki i częstuje z ręki małe pasiaki, bułkami. Jadę dalej do Mielna, tam zatrzymuje się na obiadek, zwiedzam jezioro Jamno, spotykam po drodze miłe towarzystwo, przez jakiś czas kręcę, prowadząc żywe dyskusje na tematy rowerowe.

      Dojeżdżam już sama do Łaz, tutaj szukam pola namiotowego, jest z tym problem, bo już wszystko jest zamknięte. Uf, jednak został otwarty jeden kemping. Tutaj płacę mniej, bo 20 zł za noc. Na polu namiotowym jestem tylko ja, jakieś 3 Niemki i jakaś rodzina w wozie kempingowym, także bez tłumów. Znalazłam w magazynku duży ponton, a że sam ośrodek był położony przy jeziorze Jamno, wyszłam sobie popływać. Dołączyła do mnie rodzinka z wozu kempingowego, okazało się, że są z Sosnowca, także całkiem blisko mnie, można nawet rzec, że ze Śląska :) Miło spędzony wspólnie wieczór, kolacyjka z sympatyczną rodziną.
      4. Pobudka o 6:00 obudziła mnie ulewa, to pierwszy test dla namiotu, ledwo zdał egzamin, przecieków nie było, za to z suwaka wszystko spłynęło do środka. O godzinie 10:00 wypogodziło się, susz trochę rzeczy i ruszam o 11:00 dalej. Tego dnia pojawiają się komplikacje z trasą, szlak pokazuje przejazd po jakichś zadu...piachu. Robię natomiast zdjęcie, z którego jestem bardzo zadowolona, najładniejsze z całego przejazdu nad Bałtykiem, istna Jungla.

      Nie da się jechać przejechać przez Dąbkowice, więc objeżdżam całe jezioro Bukowo, jadąc już w kierunku Darłowa. Na trasie do Darłowa, poznaje Niemca (jak by inaczej), przesympatycznego Bernharda. Jedziemy razem na Darłówka, wypijajmy pyszną kawkę w tym uroczym małym miasteczku. Jak się okazuje Bernhard Jedzie taką samą trasę jak ja, z taki wyjątkiem, że rozbija namiot na dziko, zdała od pół namiotowych. Jedziemy razem, W Darłowie i okolicach są największe wiatraki w Polsce. Także widoki są świetne. Ogromna przestrzeń, dużo podjazdów i zjazdów do Jarosławca. Jestem zmęczona, Bernhard nadaje duże tempo, jedzie na rowerze wspomaganym elektrycznie. Dojeżdżamy do Ustki, tutaj nocleg, jestem wykończona tego dnia.
      5. W Ustce odnotowałam nad ranem temperaturę 6 stopni, najniższa temperatura, jaka miała miejsce w czasie tego wrześniowego przejazdu, także dobry test dla śpiwora, zdał egzamin. Dzisiaj jadę już sama, po wczorajszym szczerze nogi mnie paliły, za dużo górek jak na miejscowości nadmorskie. Dzisiejsza trasa również obfitująca w piękne widoki. Z miejscowości rowy cały czas ścieżka prowadzi lasem, niesamowity zapach unosi się w Słowińskim Parku Narodowym. Dojeżdżam do wydmy Czołpińskiej, rower zostawiam na parkingu strzeżonym, drogę pokonuje pieszo. Jako że były przelotne opady, na wydmie nie było żywej duszy. Wydma Czołpińska to największa w Europie ruchoma wydma, więc warto zobaczyć na własne oczy, wstęp 10 zł.

      Do wyboru jest kilka opcji tras:
      a. można się męczyć i jechać piaskiem przez 20 km do Łeby
      b. można jechać okrężną drogą asfaltową przez Smołdzino, Witkowo, Klęcinko, Wicko aż do Łeby jakieś 60 km
      c. można jechać przez miejscowość Kluki, i obejrzeć urokliwy Skansen Słowińskiego Paku narodowego.
       
      Wybrałam trasę C, gdybym wiedziała co mnie czeka, wybór byłby oczywisty i wybrałabym opcje B. Jadąc przez miejscowość Kluki, zahaczyłam o bagniste tereny. Na początku drogi nie było tak źle, co jakiś czas tylko wyskoczył jakiś 2-metrowy Jeleń z porożem, dziki i inne mniejsze. Do Bagna wjechałam w adidasach, wyjechał z bagien z urwanym sandałami. Droga w ogóle była nie przejezdna, prowizoryczne mostki były zalane błotnistą breją. Trawa była mocno tnąca, miała krótkie spodenki i efekt był taki, że miałam nogi pozacinane gorzej niż przy pierwszym goleniu. Przepchałam rower do końca bagien, wrzeszcząc i kur...jąc. Nie wiem kto wpadł na taki mądry pomysł żeby poprowadzić tam szlak rowerowy.
      6. Łeba, dopiero z samego rana wzięłam się za zwiedzanie tego miejsca, dnia poprzedniego byłam zbyt poirytowana. Łeba małe rybackie miasto, zrobiło na mnie największe wrażenie, klimat rybactwa czy tam rybołówstwa jesz wszechobecny. Wszędzie wędkarze, kutry, sieci i zapach nie zbyt atrakcyjny, ale za to Smażalnie mają ekstraklasa. Tutaj pierwszy raz w życiu jadłam rybę Gładzice, serdecznie też polecam piwo Łebskie. Za nocleg tutaj zapłaciłam 18 zł.
      Z Łeby do latarni Stilo, przejechałam przez rezerwat przyrody Mierzeja Sarebska, i tak aż do Władysławowa.
      7. Władysławowo większe portowe miasto, duży wybór knajpek, latarnie morskie, sporo możliwości dla rodzin. Chyba tej trasy najbardziej wyczekiwałam, zawsze chciałam przejechać się trasą na Hel. Słoneczko cudowne tak przypiekało, że jechałam krótkim rękawie, po drodze mnóstwo surferów, windsurferów, i innych sportowców wodnych. Dużo biegaczy i rowerzystów na ścierze biegnącej przy samej linii brzegowej. Piękne widoki.
      Gdzieś w Kuźnicy pogoda zaczęła się psuć, zaczęło bardzo mocno wiać, po drodze miałam znowu spotkanie z dzikami. Gdy dotarłam do Juraty już padało, pogoda bardzo szybko się zmieniła, więc i odzienie trzeba było przebrać gdzieś w krokach, tutaj znowu dzik wyszedł mi naprzeciw, kiedy przebierałam gatki na długie.
      Gdy już dojechałam do Helu obmyślałam plan powrotu, pogoda online przedstawiała kiepską pogodę jeszcze przez 4 kolejne dni. Po drodze kilka ciekawych bunkrów i innych obiektów militarnych. Nie wszystkie są odpłatne, można się tam wybrać na spacer, tak naprawdę co kilkaset metrów jakaś atrakcja. Odwiedzam też fokarium, płatna wejściówka idzie na leczenie fok. Te na miejscu trochę są poturbowane (nie dałyby sobie rady same na wolności), ale wykonują fajne sztuczki z klaskaniem, obrotami i piłką. Fokom pogoda nie przeszkadza, leje wieje, a one i tak się świetnie bawią
      Dojeżdżam do najbardziej wysuniętego punktu na północy Polski, dalej już się nie da. Deszcz, wiatr i piasek tak kosi po twarzy, że nie da się otworzyć oczu. Postanowiłam iść na prom, którym dopłynę do Gdyni. Kapitan na wejściu recytuje „ze względu na niebezpieczne warunki pogodowe, wejście na prom na własne ryzyko” kilka osób dosłownie zrezygnowało. Jedna babka dostała choroby morskiej od samego patrzenia na kołyszący się prom. Wchodzę z rowerem i słyszę „nie odpowiadamy za rower, jeśli zostanie uszkodzony” nie wiedziałam co powiedzieć tak mnie przytkało. Nigdy do tej pory nie miałam choroby morskiej, ale na tej przeprawie trzymałam głowę między nogami z workiem założonym na kolanach. Huk fal i siła była tak duża, że woda wpływała do środka korytarza, przez zamknięte okna a części, które były luzem (nie przypięte) rozbijały się po ścianach.

      Na lądzie postanowiłam wsiąść do pociągu byle jakiego, zadbać o rower i nie dbać o bilet  :p

      Przeprawa promem 55 zł
      Pociąg z Gdyni do Katowic (bez rezerwacji) 89 zł
      Średnia za nocleg na polu namiotowym z własnym namiotem 22 zł
      duży obiad: rybka, frytki, surówka, piwko 35 zł
    • Przez agolog
      Czy ktoś baaardzo spontanicznie byłby zainteresowany objechaniem Estonii na rowerze, wyjazd za tydzień. Wyjazd turystyczny, zwiedzanie, fotografowanie itp. Spanie w namiocie lub domkach drewnianych, dostępnych na terenie całego kraju, jedzenie własne, po drodze obiady w knajpkach, jak się trafi :). Kategoria wieku ok. 50. 
×
×
  • Dodaj nową pozycję...