Na singletracku przy rozpędzaniu się nagle uderzenie lewym pedałem, zatrzymało rower w miejscu, mi już oderwało ręce od kierownicy bym wystrzelił jak z procy w powietrze gdy kierownica stwierdziła, że zostaję na miejscu trafiając w udo.
Zwijałem się katurlając się z bólu i tarzając po ziemi dobre 5 minut. Wreszcie udało mi się wstać. Winowajcą okazał się brązowy korzeń zagrzebany w brązowych liściach, jedyny w okolicy, no naprawdę pech totalny.
No i decyzja co dalej. Ze strat to pedał tylko wygięty, noga cholernie boli ale nie złamana... Albo wracam parę metrów do tyłu do przecinki asfaltowej i asfaltem zjazd do auta albo jazda dalej singlem. No do cholery, dopiero co się wspinałem, na górze chciałem rower do rowu wrzucić, zaczyna się najlepsze, nagroda za wspinaczkę - jadę dalej.
No i to była dobra decyzja. podczas pedałowania nie bolało tak bardzo, przy zjazdach na stojąco był problem ale wystarczyło jechać ciutkę szybciej by koncentracja spychała do podświadomości ból. A tak bym żałował, że zjechałem w dół asfaltem.
Straty- krew na spodniach, po ściągnięciu spodni 3,5 tygodniowy siniak od kolana po siusiora.
Jak na razie na rowerze tyle :)