Skocz do zawartości

KrzysiekCH

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    491
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Zawartość dodana przez KrzysiekCH

  1. Jakiś czas temu zmieniłem wentyle we wszystkich rowerach na sc fillmore, i nie narzekam. Myślałem nad stestowaniem click valve, ale w takim razie może warto zainteresować się Core Cap.
  2. Na bufetach w trakcie wyścigu… Takie średnio duże ziemniaki, ze skórką 🙂, gotowane, posypane solą. Polecam!
  3. Przez pierwsze dwa dni próbowaliśmy funkcjonować na żelach, ale wiadomo to się średnio sprawdza na dłuższą metę. Wiec trzeciego dnia przestawiliśmy jedzenie na to co było na bufetach plus batony z domu. Standardem na bufetach były solone ziemniaki – super sprawa, pierwszy raz na zawodach widziałem coś takiego. Oczywiście banany, jakieś batony (marki USN). Ale najlepsze co mieli to takie małe batoniki nugatowe – Race Fuel – kapitalna sprawa, na 30 min dostawałem od tego mega kopa i nie miałem po nich żadnych problemów żołądkowych. W niektóre dni jadłem 7-8 takich batoników… 🙂
  4. Miałem w sumie dwa kryzysy – drugiego dnia, na pierwszym właściwym etapie – po 5 godzinach jazdy zapomniałem jeść… 🙂 klasyk, straciłem trochę siły, ale w miarę szybko skorygowałem błąd i w sumie tylko 30 min musieliśmy trochę zwolnic tempo. Później już się lepiej pilnowałem i już nie miałem więcej takiej sytuacji. Największy kryzys mailem na Queen stage (6 dnia) – mentalnie nie wyrabiałem przez pierwsze 80km… jak wspomniałem - padał deszcz, błoto wszędzie, tempo poruszania się żadne… a my mamy przejechać 140km. Dodatkowo wiedziałem, że mamy zrobić te 2700 metry pod górę, ale w połowie garmin dopiero pokazywał przejechane 300 metrów… wiec coś mi się nie zgadzało i nie wierzyłem, że jeszcze dam rade przejechać kolejne 2400… Okazało się, że przez ten deszcz ciśnienie wariowało i Garmin nieprawidłowo zliczał metry – jak się zorientowałem, że coś nie gra i faktycznie nie jest tak źle to na ostatnich 60km odzyskałem siły i już było ok. Jeśli chodzi o nogi, to było tak jak piszesz – siła w nogach była w sumie przez cale 8 dni. Większy problem był z plecami i tyłkiem, pod koniec ciężko mi było wysiedzieć na siodełku. Jednak nie traciliśmy prędkości z dnia na dzień – co więcej, każdego dnia byliśmy kilka oczek wyżej w rankingu. Po etapach był pełen fokus na regeneracje. Mam compexa i to się u mnie zawsze sprawdza zamiast masażów, w tego typu imprezach. Wagi wcale nie straciliśmy, bo jedliśmy wszystko co popadnie zawsze i wszędzie 😊. Ale faktycznie, jeśli wierzyć wadze – to trochę poprawiły się proporcje tłuszcz/mięsnie.
  5. @CoolBreezeOneja już tego jeszcze raz jechać nie będę 🙂 Była mocna i fajna ekipa z Polski, ale faktycznie, część musiała się wycofać.
  6. W związku z tym, że pojawiło się trochę pytań o tegoroczną edycję Cape Epic, wrzucam krótkie podsumowanie z mojej perspektywy. Jeśli ktoś ma pytania o przygotowanie, sprzęt czy logistykę wyjazdu do RPA — chętnie pomogę. 8 dni, 707 km, ponad 15 900 m przewyższenia. Teoretycznie (i w praktyce 😉) najtrudniejszy etapowy maraton MTB na świecie. Taki „Tour de France” dla kolarstwa górskiego — również ze względu na bardzo mocno obsadzone kategorie PRO. Skąd w ogóle ten pomysł? Cape Epic to wyścig, o którym prędzej czy później słyszysz — i który albo Cię odstrasza, albo wciąga. Nas zdecydowanie wciągnął, zwłaszcza, ze już zrobiłem Swiss Epic i Andora Epic i ukończenie Cape dawało mi tytuł epickiej legendy... 🙂 Start odbywa się w parach i to absolutny fundament tej imprezy. Nie możesz zostawić partnera — musicie dojechać razem i zmieścić się w limicie czasu. Pojechałem z kolegą o bardzo podobnym poziomie i była to jedna z najlepszych decyzji w całym projekcie. Przygotowania? Głównie treningi w Szwajcarii. Alpy robią świetną robotę pod kątem kondycji, ale ośmiu dni ścigania dzień po dniu nie da się w pełni zasymulować. Trasa 2026 — Meerendal → Stellenbosch Prolog w Meerendal (okolice Kapsztadu), potem transfer do Montagu, przez Greyton i finał w Stellenbosch. • Prolog: 20 km / 650 m • Etap 1: 90 km / 2150 m • Etap 2: 102 km / 2250 m • Etap 3: 140 km / 1750 m • Etap 4: 87 km / 1750 m • Etap 5: 134 km / 2750 m • Etap 6: 76 km / 2450 m • Etap 7: 58 km / 2150 m Spaliśmy w namiotach i generalnie warunki mieliśmy mocno podstawowe. Generalnie można dokupić: pakiet serwisowy dla rowerów, spanie w lepszych namiotach lub hotelu albo masaże. My przyoszczędziliśmy 😊 Charakter trasy i przebieg wyścigu Trasy były raczej interwałowe — podjazdy najczęściej po 200–400 metrów, chwila w dół i znowu to samo. Osobiście lepiej czuję się na długich wspinaczkach, więc to nie był „mój” profil. To co się wyróżniało na plus to super oznakowana trasa. Nie mieliśmy śladów GPS, ale to nie był problem, bo nigdy nie było sytuacji, że nie wiadomo, dokąd jechać. Technicznie: w skali S0–S5 dominowały odcinki S0 i S1. Raz kojarzę może 10 metrów czegoś w stylu S2 😉 Czyli generalnie do przejechania dla każdego — oczywiście z różną prędkością. Sam wyścig mieliśmy dość „czysty”. Jedyny poważniejszy problem to zerwany łańcuch na etapie 2, mniej więcej w połowie dystansu. Na szczęście szybka naprawa i jedziemy dalej. To dobrze pokazuje, że Cape Epic to nie tylko noga, ale też podstawowa mechanika. Na trasie nie ma „lawety”. Najtrudniejszy etap to zdecydowanie etap 5. Najdłuższy czasowo i… pięć godzin ciągłego deszczu oraz zimno. Po kilku dniach kurzu trasa zamieniła się w rzekę błota. Koła się kleją, każdy podjazd kosztuje dwa razy więcej energii, a zjazdy stają się loterią. Ten wyścig momentami naprawdę sprawia wrażenie, jakby chciał Cię zniszczyć. Dojeżdżasz do bazy — i jeszcze „bonusowa” rundka z dodatkowymi przewyższeniami. Albo 5 km do mety i zamiast szybkiego dojazdu… techniczne, męczące single do samego końca. Często pada pytanie po powrocie: „upał najbardziej dawał w kość?” Nie do końca. Upał był wyzwaniem, ale do opanowania — choć szczególnie na początku zdarzały się sytuacje, gdzie ludzie dosłownie schodzili z trasy, chowali się w cieniu czy „odcinali prąd” na naszych oczach. Dla nas jednak prawdziwym przeciwnikiem była kumulacja zmęczenia. 8 dni z rzędu. Każdego dnia wstajesz zmęczony, siadasz na rower i zaczynasz od nowa. Bez dnia przerwy, bez taryfy ulgowej. I to właśnie to „zabija” — nie pojedynczy etap. Nam udało się wjechać do pierwszej setki — 98. miejsce w kategorii Masters. Ale ~30% zespołów nie ukończyło wyścigu. Przy takim nakładzie czasu i kosztów nie jestem pewien, czy jakby się tym razem nie udało to czy łatwo byłoby się zmotywować, żeby próbować robić to drugi raz 😉 Cape Epic to nie tylko wyścig — to projekt życiowy skondensowany do jednego tygodnia 🙂. Uczy zarządzania kryzysem, słuchania organizmu, pracy zespołowej i tego, żeby nie odpuszczać, kiedy jest najciężej. Sporo osób musiało zrezygnować z powodów zdrowotnych – wypadków, a zwłaszcza problemów żołądkowych, więc tu też trzeba bardzo uważać co i jak się je. Sprzęt Obaj jechaliśmy na Orbea Oiz — i sprzętowo naprawdę ciężko się do czegoś przyczepić. Na plus też opony Vittoria Mezcal i Barzo — ani jednego kapcia i bardzo dobre trzymanie (no, poza błotnym etapem 5 😉). I jeszcze kilka zdjęć:
  7. @zekker@marcesco jak wroce do domu to pod koniec tygodnia cos napisze, ale to pewnie w innym dziale i moze kilka fotek wstawie 🙂
  8. Bo udalo sie ukonczyc Cape Epic. Morderczy wyscig, chyba najtrudniejszy jakikolwiek jechalem. Dodatkowo zostalem epicka legenda 🙂 za ukonczenie trzech epicow.
  9. Trzymajce kciuki, jutro start 🙂
  10. Mam TCR od 13kkm. Nie podzielam obaw odnośnie hookless, kompletnie bezproblemowe, wytrzymale i ładnie toczące się koła. Do stożka trzeba się przyzwyczaić i jedyną wadą to faktycznie ograniczenie w wyborze opon, ale wybór jest coraz większy. Dodatkowo dostajesz solidnie działający pomiar mocy w korbie.
  11. Potwierdzę co napisali koledzy – jak na etapówki to Mezcal i Barzo. Nie miałem nigdy problemów, ale na ostatni wyścig przypadkiem kupiłem wersje xc race i miałem pierwszy raz kapcia w tych oponach. Na kolejną etapówkę w marcu już czeka wersja TNT… Co do przyczepności, to też potwierdzę – Mezcal na mokrym to bardzo kiepska opona. Ostania etapówka to były non stop mokre korzenie i skały i było ciekawie, Barzo na przedzie dawał na szczęście radę.
  12. Od lat jeżdżę na ramach karbonowych, też w enduro. Karbon ot tak nie pęka 🙂 jak już się tak przywali, że jest problem to w alu też pewnie by był. Zaletą karbonu jest możliwość bezproblemowej naprawy de facto każdego rodzaju uszkodzenia. Mojego Oiza już dwa razy łatałem, wadą jest że taka naprawa to stosunkowo droga impreza.
  13. Mam zarówno Oiza jak i inny rower z bardzo podobna geo jak Occam – używam go głównie na trasy typowo enduro. Jak ma być szybko i efektywnie to bierz Oiza, jak ma być po prostu przejażdżka i większy fun raz w roku na trailach w górach to bierz Occam – ze świadomością, że resztę roku jeździsz (wolniej) z niewykorzystanym potencjałem. Jechałem ostatnio w Andorra Epic – bardzo trailowe trasy, po części podchodzące pod enduro i tam połowa osób jeździ na Oizach, bez problemów można to ogarnąć. Co nie znaczy, że nie miałbym większego funu na moim „enduro” i na pewno bym szybciej zjechał, już tylko z samego faktu rozsądniejszych opon. Ale jak piszesz, że mają być maratony w PL to jednak bym bardziej celował w Oiz.
  14. Cena wiadomo, ale pewnie większość osób kupi tylko ramę i będzie robiła osprzęt po swojemu. Fajnie, ze można te ramy lakierować w dowolnych kolorach. Co do tej amortyzacji z przodu - czemu ma nie poprawiać trakcji? Nie wiem co tam jest w środku, ale jakby miało jakieś rozsądne tłumienie to czemu nie. Droper bez dwóch zdań, w sumie maszyna na niebieskie flow traile 🙂
  15. Antidote w końcu wypuściło gravela i jest ciekawie, tzn. oryginalnie 🙂 Gravelowy full Pathseeker - Antidote suspended gravel bike
  16. Bo nie ma to jak jazda w jeansach
  17. Też uważam, że składanie ma średni sens z punktu widzenia ekonomicznego. Sam teraz rewitalizuję mojego starego Gianta Reign, i już widzę, że za cenę tego co tam wszystko wpakowałem mógłbym mieć nowy rower… Ale robię to z sentymentu do ramy. No i masz dokładnie co chcesz, tylko żeby to miało sens to trzeba dokładnie wiedzieć czego się chce… Jak nie masz preferencji czy sram czy shimano, jak obojętne czy fox czy rs, hamulce, kola obojętnie, to brałbym coś gotowego, na gwarancji, z serwisem itp. Zgadzam się z @Tyfon79– Capra to czołg na łomot w dół, trzeba po pierwsze umieć to wykorzystać a po drugie chcieć tym jeździć pod górę… Kolega miał, ale mu ukradli, kupił Orbea Occam i jest bardziej zadowolony, bo jednak taki all mountain to rower bardziej uniwersalny – nada się na długie wycieczki w góry jak i na wyścigi enduro (mieszkamy w Alpach).
  18. W tym Abusie działa moim zdaniem bardzo dobrze – jak poruszysz to zaczyna wydawać pojedyncze dźwięki – i jak przestaniesz ruszać to żaden alarm się nie włącza. Musisz faktycznie przypiąć rower, żeby alarm był aktywny, więc w mieszkaniu pewnie tego nie robisz… Bateria trzyma bardzo długo, i całość działa niezawodnie.
  19. Jak cena nie gra roli – robiłem moje podróże bikepakingowe z zamkiem Abusa z alarmem coś w stylu - Abus Bordo Granit 6500KA. Masz bardzo głośny alarm, do tego powiadomienia w apce i zamek sam w sobie też jest pancerny. Nikt się nie odważył dobrać do niego (nie)stety, więc nie wiem na ile to jest skuteczne w rzeczywistości.
  20. Ukryte perełki o tej porze roku może być ciężko 🙂 Ale generalnie klasyka: Col de Soller, Col de Femenia, Col des Grau, Col de Orient (chociaż tam podobno jaki remont był więc ostatnio nie jechałem), cap Formentor. Osobiście bardzo lubię trasę wzdłuż wybrzeża Traumantana, trasa MA-10, chociaż tam spory ruch bo wszyscy turyści tam jeżdżą autami. Na wschodzie Randa i Sant Salvador. Polecam knajpkę Celler sa Sini w Santa Maria - super ciasta 🙂 albo Cycling Planet w Alaro zdjęcie poniżej :
  21. Jeśli chodzi o follow me na jazdę trailową to zapomnij o mini pro4. Na ten moment tylko Hover albo Neo (ewentualnie flip…). Co do hovera, to mamy beacon (taki mały wyświetlacz, żeby było widać co dron nagrywa) i joystick, którym można latać z i bez telefonu. Tego typu dronami da się wprawdzie sterować (w neo tez FPV), ale najmocniejszą stroną jest lot autonomiczny - po prostu wyjmujesz z kieszeni, rzucasz w powietrze i leci za Tobą. O autoidentyfikacji nic nie wiem, to raczej za kilka lat… u mnie jest wizualna identyfikacja – tzn. musiałem nakleić numer rejestracyjny – jak go zgubie albo w kogoś przywalę to wiedzą kogo mają ścigać. W DJI jest temat geofencing z tego co kojarzę, ale nie wiem czy też dla Neo.
  22. Nie wiem jak w PL, ale w CH na nielegalu się daleko nie dojdzie, zawsze złapią. Wiec mam licencje (Open A1/A3) i wszystko oczywiście zarejestrowane. Jeśli chodzi o te follow me drony są zwykle poniżej 250g wiec regulacje, przynajmniej w CH, są dosyć liberalne. Mieszkam niedaleko lotniska i latanie poniżej 120 metrów jest dopuszczone (dronem do 250g). W PL jest inaczej?
  23. Szukałem drona follow me, przez ostatnie miesiące wiec starałem się wejść w temat. Na koniec kupiłem Hover ProMax i jestem bardzo zadowolony. Tak jak napisałeś - podstawowym problemem z neo była niska prędkość i kiepska kamerka. Prędkość niby poprawili ale kamerka cały czas jest średnia. Ponadto jeśli chodzi o wąskie ścieżki, takie jak mamy w mtb to hover lepiej prowadzi po szlaku. Problem z Hover to nie wątpliwie cena...
  24. Miałem bazy w Palmie, Alcudii i w Santa Ponca, w Soller jeszcze nigdy. Ale rowerowo to super – w samych górach, jak się uprzeć to na formentora też dojedziesz, ale to już cały dzień. Weźcie sobie auto, to możecie cala wyspę pozwiedzać.
  25. Czyste filozofowanie... To nie jest samo w sobie żadnym wyznacznikiem czy rower się dobrze prowadzi czy nie. Mój evil ma ponad 1.92 więc teoretycznie padaka 🙂 a to najstabilniej prowadzący się rower jaki miałem. Wszystko ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne. Więc tak jak piszesz - potestuj i zobaczysz co Ci pasuje. Tak jak koledzy pisali Trance to super uniwersalny, solidny rower gdzie ciężko się do czegokolwiek przyczepić. A tutaj jeszcze np. mocno przeceniony Rocky Mountain Instinct Rocky Mountain INSTINCT A50 Shimano - Mountainbike - 2024 - 29" - brown / yellow tylko na foxie i może trochę za dużo skoku, ale obejrzyj.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...