Skocz do zawartości

niebieskiczerwony

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    81
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez niebieskiczerwony

  1. Dodam jeszcze, że 30 lat temu nie było przyjęte roztrząsać, gdzie i czy po chodniku mogą poruszać się jakie pojazdy napędzane siłą mięśni i piesi. Ludzie chyba bardziej skupiali się na tym, by się jakoś minąć i dotrzeć do celu. Podejrzewam, że świadomość przepisów była niska. Ja wówczas nie wiedziałem i nie potrzebowałem wiedzieć, gdzie poza ulicami wolno jeździć. Żeby się dowiedzieć, to musiałbym udać się do biblioteki i wertować kodeks, tylko po co.
  2. Tak, 30 lat temu to było normą w mojej okolicy. Rower był standardowym środkiem lokomocji na imprezę i z imprezy, a już obowiązkowo na wsiach. Z komunikacją miejską było krucho, a na taksówki mało kto miał hajs i mało kto miał z czego zadzwonić, żeby taxi wezwać. Zresztą nie było łatwo sprawdzić, kiedy przyjedzie autobus - w internecie nie było jeszcze rozkładów, a na przystankach często nieaktualne. Było przyzwolenie, żeby się napić i jechać. Nie było ścieżek, a w dużych miastach korki, dziurawe ulice i większy niż dziś smród spalin. Jeździło się po chodnikach, które też były dziurawe, ale nie było aut. Większość rowerzystów przejeżdżała rowerami przez przejścia dla pieszych. Kto by zsiadał co chwilę. Nie było dedykowanych przejazdów. Raczej użytkownicy chodników żyli w zgodzie, choć kierowcy i rowerzyści już tak średnio. Z oświetleniem rowerów było różnie - jedni mieli, inni nie. Raczej nie było to mile widziane, żeby w nocy nie mieć, ale akceptowane - zwłaszcza na wsiach. Nie było wtedy lamp ledowych. Oświetlenie miało większe gabaryty, było droższe i ciągle trzeba było zmieniać baterie. Nie używało się też wtedy kasków, nie było fotelików i przyczepek dziecięcych, rowerów elektrycznych (sporadycznie ktoś montował do roweru silnik spalinowy i też tym jeździł po chodnikach i ulicach). Dzieci (i dorosłych) woziło się na ramie. Nie było generalnie znaków drogowych dla rowerów Jeździło się wszędzie z wyjątkiem nielicznych dróg ekspresowych i autostrad - choć znam pewien most nad rzeką, którym wiodła autostrada, i z którego też korzystali rowerzyści, bo to był jedyny most w okolicy.
  3. Zdaję sobie sprawę z ograniczeń doświadczeń osobistych, dlatego zapytałem na forum - warto poznać inne, a może ktoś dysponuje badaniami. Dane dotyczące wypadków śmiertelnych dość łatwo porównywać, lecz nie to jest istotą moich pytań. Nie wiem, czy zagęszczenie ruchu musi prowadzić do regulacji i czy to właściwa droga, i nie widzę badań, które to by potwierdzały. Wiem, że wietnamski chaos bardziej mi odpowiada - jeżdżą tam w dużej mierze motocykle, szybko. Wiem też, że organizacja i kultura jazdy w Polsce 30 lat temu bardziej mi leżała niż teraz. Nie jestem pewien, czy wzrost agresji (w moim odczuciu) wynika z większego zagęszczenia. W moim mieście i 30 lat temu było bardzo gęsto. Może samochodów mniej, ale przepustowość ulic też mniejsza. Tłumy pieszych były i są.
  4. Gównoburza powiadasz - to też jest dobry wątek, ale może na inny temat. 20 lat temu dyskusje w necie dyskusje też były dużo bardziej merytoryczne, nie było tyle hejtu, co teraz i także w tym temacie. Rozumiem, że przemieszczający się ludzie są agresywni, bo przeszkadzają im zachowania innych przemieszczających się. To nie wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje i wszystkim wszystko przeszkadza. Przyjrzyjmy się na przykład, jak wygląda ruch uliczny w Wietnamie (choć tu też bezpośrednie dane mam sprzed 10 lat). Pełny chaos. Każdy ciśnie, gdzie potrzebuje, mniejszy ustępuje większemu, żeby nie zostać rozjechanym. Hałas, trąbią (ostrzegawczo, nie agresywnie), przeciskają się, silniki warczą. ALE ci ludzie jadą - każdy do swojego celu, a nie walczą ze sobą.
  5. Hej, jeżdżę sporo po dużym mieście od prawie 30 lat. 20-30 lat temu rowerzystów było niewielu, aut i pieszych sporo. Nie było ścieżek rowerowych. Jeździłem po ulicach, lecz głównie po chodnikach. Szybko, dynamicznie, między ludźmi, między autami. Łamałem przepisy drogowe - w sensie nie że komuś zajeżdżałem, zagrażałem na drogach, ale po prostu wjeżdżałem wszędzie, gdzie dało się rowerem wjechać i wyprzedzałem wszystko, co dało się wyprzedzić. Jeździłem w dzień i w nocy. Czasem po pijaku wracałem z imprez. Nie miałem dzwonka ani oświetlenia. Były zarówno wycieczki, jak i użytek roweru do załatwiania różnych spraw. Co mile wspominam - sporadycznie zdarzało mi się, by ktoś miał do mnie o to jeżdżenie pretensje. Sporadycznie też byłem świadkiem agresji drogowej. Było sporo piractwa drogowego, owszem. Nie zdarzało mi się też być zatrzymywanym, kontrolowanym przez policję i inne „służby”. Dziś w moim mieście nadal jest dużo aut i dużo pieszych. Jest dużo ścieżek rowerowych i dużo rowerów. Mam wrażenie, że każdy na każdego patrzy wilkiem. Kilka razy dziennie słyszę uwagi, kłótnie różnych użytkowników ulic, chodników i ścieżek, często mnie to też dotyka (a jeżdżę znacznie spokojniej niż kiedyś). Tak jakby ludzie już nie potrafili bezkonfliktowo się mijać. Toczy się bezustanna walka - kto ma prawo którędy jechać, przechodzić, rozmawiać przez telefon, trzymać albo nie trzymać kierownicę roweru, chodzić z psem. Czy lampki brak albo lampka zbyt mocna, kto ma pierwszeństwo na przejściu dla pieszych i czy rower może przejechać. Czy na rolkach można po ścieżce. Do tego łapanki policyjne - alkomaty, chodniki, dzwonki. Co takiego się zadziało w społeczeństwie, że zaszły tego rodzaju zmiany? Czy macie podobne, czy inne odczucia? Czy dziś jeździ Wam się lepiej, czy gorzej niż 20-30 lat temu?
  6. Nie wypowiem się, czy to odpowiedni łańcuch. Słyszałem, że łańcuchy Shimano są drogie względem oferowanej trwałości. Ja używam do swojego 8-rzędowego napędu łańcuchów Wippermann Connex i nigdy takiego łańcucha nie zerwałem w przeciwieństwie do Shimano.
  7. Bardzo dobry stan kasety i blatów. Próbowałbym z nowym łańcuchem.
  8. Złóż reklamację. Jeśli masz udokumentowaną wartość, najpewniej uznają.
  9. Trzyma mnie to, że mam dobry, wypróbowany sprzęt i komplet części na następne 60 kkm. Brakuje mi właściwie tylko 1 porządnego widelca (mam tylko 1 w zapasie). Gdybym kupił nowy rower, to niedość, że wydałbym kasę, to pojawiłaby się masa nowych problemów z wyborem dobrych komponentów. Tarcz nie potrzebuję. Wystarczają mi v-ki. Kiedyś myślałem o tarczy na przód, bo łapa czasem boli od ściskania klamki na ostrych zjazdach, ale mam świetne piasty bez mocowania do tarczy, więc zostawiłem, jak jest.
  10. Zdaję sobie sprawę z realiów rynkowych. Od 25 lat wyszukuję, testuję i kupuję części do mojego roweru MTB. Mam uzbierane takie, które uznałem za najtrwalsze i najbardziej bezawaryjne. Mam po kilka sztuk kół, ram, sztyc, kierownic, napędów, dosłownie wszystkiego. Wszystko w standardzie 26 cali, v-brake. Gdy coś mi się zużyje, wyciągam nowy komponent z szuflady i zakładam. Widelce to najsłabszy punkt mojego programu.
  11. Drogo i niestety nie ma tego, czego szukam: 26 cali, v-brake, długość od dolnej miski do osi około 440 (substytut amortyzatora), 1 1/8 cala. Pozostają mi widelce aluminiowe, a i tak bardzo rzadko już spotykane.
  12. O! I to jest dobry trop, żeby mieć odniesienie.
  13. Właśnie mój widelec to Force. Przejechałem na nim na razie ok. 15 kkm i nic się złego nie dzieje. Używam v-ek i zamontowałem do nich podkowę, więc chyba mniej dostaje w kość. Ale generalnie ja nie wymieniam części / rowerów, aż się nie wyeksploatują, więc będę musiał wyznaczyć jakieś limity dla tego widelca. Wolałbym np. ze stali cr-mo, która nie niszczeje, ale nie ma z tego materiału porządnych wideł i o długości, która zastąpi amor. Podejrzewam, że stalowy widelec jest znacznie trwalszy od alu, a druga sprawa że ja przewiduję znacznie większe przebiegi niż 17 kkm, bo nie pozbywam się sprawnych części ani rowerów, w ogóle.
  14. Preferuję części trwałe, niezawodne, nie wymagające serwisu i lekkie. Jeździłem długo z amorem. Miało to wiele plusów, ale jednak prostota wygrała. Przyzwyczaiłem się do uważniejszego manewrowania w terenie, a na drobne nierówności pomaga mostek amortyzowany, który nie wymaga żadnego serwisu. Obawiam się, że nie wystarczy obejrzeć. W aluminium pojawiają się mikropęknięcia, które osłabiają strukturę. Moje ramy i kierownica strzelały bez ostrzeżenia. Pewnego razu, gdy wjechałem na krawężnik, połowa kierownicy została mi w ręce. Na szczęście jechałem bardzo wolno. Używałem jej przez 43k km. Trochę dostawała w kość przez ten czas. Mogło być tak, że przeoczyłem jakieś ślady większych pęknięć, ale nie będę przecież pod lupą oglądał całego roweru.
  15. Cześć, ciekawi mnie, jak kończyły życie Wasze sztywne widelce, w szczególności aluminiowe. Po ilu kilometrach, jakiego stylu jazdy i jak wyglądał koniec. Od pewnego czasu używam aluminiowego widelca w MTB. Aluminium generalnie pracuje i niszczeje od naprężeń. Załatwiłem w życiu 3 aluminiowe ramy i kierownicę - naprężeniami. Typowa rama ma jednak „zdublowane” zabezpieczenia. Gdziekolwiek nie pęknie, to konstrukcja w innym miejscu raczej utrzyma całość bezpiecznie w kupie. Jeśli strzeli ramię lub korona widelca, to nie byłbym taki pewien. Kiedy wymieniać widelec alu?
  16. Co kto lubi i co kto potrzebuje. Ja bym nie dał 900 zł za regulację kilku komponentów w rowerze. To nie jest żadna skomplikowana wiedza ani nie wymaga specjalistycznego sprzętu, żeby uzasadniała dla mnie taką cenę. Można samemu sobie poczytać, popróbować, pooglądać poradniki, posłuchać swojego ciała. Większość rowerzystów z powodzeniem się obchodzi bez korzystania z takiej usługi.
  17. Odpowiem Ci trochę inaczej. Może wyciągniesz z tego wnioski dla siebie. Kiedyś jeździłem w Shimanowskich SPD i rozbolały mnie od tego kolana - buty były sztywno wpięte i nogi pracowały nienaturalnie - w jednej płaszczyźnie. Ból przeszedł, gdy wymieniłem pedały na system Time, gdzie wpięcia mają luz roboczy. BTW bloki mam ustawione tak, że pedałuję tą częścią stopy, z której wyrastają palce. Sztyca na tyle wysoko, by kolana się prostowały w najdalszej pozycji, lecz bym z tego powodu nie musiał wiercić się na siodełku. Siodełko dość twarde, średniej szerokości z wgłębieniem pod jajami, ustawione poziomo. Wysokość kiery wyregulowałem podkładkami tak, by nie mieć mrowienia w palcach po dłuższej jeździe. Rozmiar ramy dobrany pod wzrost - raczej mniejszy niż większy. Przedpiścy piszą, że bike fitting kilka stów kosztuje. Łał, nawet nie wiedziałem, że tak drogo. Nie dałbym tyle
  18. Kraków jest w moim odczuciu miastem zamordyzmu rowerowego. Często można trafić na łapanki rowerzystów przez policję i straż miejską - alkomaty, lampki, dzwoni, jazda po chodniku, przejazd przez przejście dla pieszych, rozmowa przez telefon. Generalnie jest też duża agresja uliczna - piesi vs rowerzyści vs kierowcy vs hulajnogowcy vs wózki dziecięce vs roklarze Nieustające batalie o to, kto miał prawo jechać po jakim typie traktu. W tymże mieście poznałem koleżkę, który jeździ rowerem spalinowym po ścieżkach rowerowych. Czasem go widuję, jak gdzieś pomyka. Twierdzi, że nigdy nie miał problemów z policją ani innymi uczestnikami ruchu. Wydaje mi się, że to jest tak rzadkie zjawisko, że raczej budzi ciekawość niż agresję. Mało kto też pewnie wie, gdzie tym można jeździć, więc nikt nie fika.
  19. Okolice Tynieckiej w Krakowie. Skręca się z ul. Rodzinnej w Jemiołową, a następnie pierwsza w prawo i kawałek dalej przejeżdża się kilkanaście metrów przez strumyk po płytach betonowych - w kierunku kampusu UJ. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Wjechałem w ten strumyk z córką w foteliku i natychmiast poślizg i gleba. Za mna weszła moja dziewczyna, żeby wyjąć płaczącą córkę i gleba. Zebraliśmy się - nic nikomu się nie stało. Siedliśmy na brzegu, żeby się ogarnąć. Wjechał kolejny rowerzysta i gleba. Ze 3 minuty później jakiś Uber Eats z plecaczkiem - gleba. Jakaś babka przechodziła i powiedziała, że karetka kilka razy dziennie tam przyjeżdża. W sumie dla mnie to wszystko było komiczne. Żałuję, że nie ma jakichś nagrań. Wyrosły na tym betonie pod wodą jakieś mega śliskie glony. Jedzie się jak po topniejącym lodzie. Od lat tamtędy jeżdżę i takiego zjawiska nie widziałem. Zawsze na pewniaka wjeżdżałem w ten strumień. Nie miałem głowy do tego - mógłby ktoś jakąś tabliczkę tam powiesić, jeśli to się powtarza. Sam powieszę, gdy tam będę.
  20. Ciekawy temat. Nie mam zdjęć, bo to już stare dzieje: 1. Odłamana w okolicach spawu rura podsiodłowa w okolicy suportu w ramie aluminiowej - naprawiona, skręcona metalową obejmą do rur z Obi. Koszt - kilka złotych. Przejeździłem później z powodzeniem jeszcze kilka tysięcy, aż rama pękła przy sterach. Wtedy ją wyrzuciłem. 2. Skasowanie luzu w szczękach v-braków STX RC przy pomocy przyciętych na okrągło fragmentów dyskietki 3,5”. To było robione w czasach, gdy każdy miał w domu taką dyskietkę. Hamulce działają do dziś i przejechały taki dziesiątki kkm. 3. Mój kumpel postanowił przyoszczędzić pracy i kosztów na wymianie linek i pancerzy tarczowych hamulców, więc zamontował przy zaciskach dodatkowe sprężyny, które mają pomóc pokonywać opór zatartych linek przy odbijaniu hamulców. Działa od 2 lat. Inna sprawa to żeby zahamować, trzeba użyć siły większej niż przy canti.
  21. Ja używam tego mostka od 2 - 3 lat. Przejechałem na nim kilkanaście tysięcy kilometrów. Wrażenia - miękkość tego rodzaju, jakbym miał z przodu grubą, niezbyt napompowaną oponę. Kupiłem to, bo chciałem mieć lekki, trwały, bezawaryjny i bezserwisowy rower. W takim kontekście sprawdza się super. Amortyzacja jest dużo gorsza niż przy przyzwoitym amorze, lecz dużo lepsza niż przy sztywnym mostku i sztywnym widelcu.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...