Skocz do zawartości

MrJ

Elita
  • Liczba zawartości

    1 309
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    2

Zawartość dodana przez MrJ

  1. Nie wypowiadam się za innych, ale czasami powód odejścia z jakiegoś forum czy grupy może być równie nagły, co prozaiczny. Wiadomo: praca, rodzina, zdrowie (i nie mówię od razu o pobycie w szpitalu albo wyprowadzce na Ziemię Ognistą ) i ogólnie szeroko rozumiane "życie", ale też drobiazgi - żeby nie powiedzieć: pierdoły - których nawarstwia się tym więcej, im dłużej udzielamy się w jakimś miejscu. A to się z kimś posprzeczamy, a to zauważymy, że nasze porady zostały kolejny raz mniej lub bardziej zignorowane, a to administracja nie doceni zaangażowania, albo w końcu najzwyczajniej poczujemy znużenie tematem, bo "ile można"?. I ziarnko do ziarnka, kamyczek do kamyczka i robimy sobie przerwę na tydzień, miesiąc, pół roku, a potem to już leci i przestajemy pamiętać, że w ogóle gdzieś byliśmy. Tak bywa. A samych zainteresowanych najlepiej zapytać prywatnie, bo z plotkami to trzeba uważać.
  2. Lakierowanie proszkowe powinien ogarnąć każdy lakiernik, który robi rzeczy typu felgi (ci od karoserii czy większych elementów jak zderzaki raczej nie chcą się bawić w takie drobiazgi), ale dla odmiany raczej żaden nie podejmie się rozłożenia / złożenia roweru, bo to nie ich branża. Nie masz jakiegoś kolegi, który "za flaszkę" podejmie się robocizny? Demontaż roweru nie jest wbrew pozorom specjalnie trudny i jeżeli nie masz wynalazku w rodzaju fulla z prowadzonymi wewnętrznie przewodami hydraulicznymi, to poza dwoma-trzema bardziej specjalistycznymi narzędziami (klucz do korby, suportu, ewentualnie sterów + rozkuwacz do łańcucha - wszystko do kupienia na allegro za grosze) nie potrzebujesz niczego, czego nie masz w szufladzie w garażu czy tam piwnicy. A przynajmniej powinieneś mieć No i umiejętności zostaną na przyszłość. Dla informacji: jesteś z Siemianowic, więc do Chorzowa nie masz daleko. Ja lakierowałem alufelgi w lakierni na Gałeczki 59 (wjeżdża się z tyłu na podwórze budynku, wejście po schodkach) razem z ich piaskowaniem i regeneracją rantów i drugi rok nic się z nimi nie dzieje. Możesz zadzwonić i zapytać, ile gość by wziął za ramę: http://federka.pl/kontakt/ i najlepiej zrób to samo w kilku innych lakierniach, będziesz miał porównanie.
  3. @Mentos - też jestem ciekaw, jak to wygląda. Przecież bagażnik z rowerami, skrzynia na narty i inne podobne rzeczy powinny wchodzić w ubezpieczenie auta, tyle że w jakichś tam dodatkowych opcjach - na tej samej zasadzie, jak ubezpieczasz ekstra szpej w środku na wypadek wybicia szyby.
  4. Ale wiesz, że alkohol "w płynie" nie jest jedyną formą, w jakiej go spożywasz? Dojrzałe owoce, wypieki na dobrze przefermentowanym zakwasie, wszelkie kiszonki, kefir, kwas chlebowy i wiele innych produktów spożywczych, zwłaszcza tych powstających przy udziale takiej czy innej fermentacji, zawiera alkohol w ilości nieraz porównywalnej do piwa niskoalkoholowego. Nie mówię nawet o choćby pierwszych z brzegu nalewkach ziołowych, które są traktowane w zasadzie jako lekarstwa - oczywiście przy właściwym dawkowaniu, a nie mieszaniu butelki Jagermeistera z czteropakiem Red Bulla I co, to też jest "trucie się"? Naprawdę? Znaj proporcjum, mocium panie, żaby zacytować klasyka. Kieliszek wina do świątecznego obiadu na poprawę trawienia, grzecznościowy toast na urodzinach czy choćby najzwyklejsze spróbowanie "co tam sąsiad z wiśni na działce ciekawego upędził" naprawdę nie zrównuje nas z patologią, od jakiej zaczął się ten temat.
  5. Chodzi i o jedno i o drugie. Pierwsza rzecz: nie ma równych i równiejszych. Anonimowy Kowalski być traktowany tak samo przez sąd, urząd i jakąkolwiek inną instytucję, co cwelebryta, politykier, biznezmen czy ktokolwiek inny. Od pewnego stężenia alkoholu / spowodowania wypadku - konfiskata pojazdu (bez dochodzenia, że to żony, sąsiada, firmowy itp.), kara finansowa proporcjonalna do zarobków (tak, żeby zabolała i tego, co zarabia 5 tysięcy i 50 tysięcy) i potem sprawa sądowa, w której przewidziana będzie minimalna kara za same promile / wypadek, a wyrok będzie mógł być już tylko wyższy. Ale spróbujcie coś takiego wprowadzić, to zaraz się pojawi pierdylion argumentów, że przecież on tylko raz wypił, że jak ona będzie dojeżdżała do pracy bez auta i za co utrzyma bombelki, a w ogóle to tamten to znajomy znajomego, a tamta chodzi na fitness z sędzią. I tak dalej, i tak dalej. Póki ktoś naprawdę nie będzie miał stalowych jaj i nie przeciwstawi się tym wszystkim układom (z patologią w postaci "wolnych sonduw" na czele), póty instytucjonalnie nic się nie zmieni. Dlatego tak mocno optuję za naciskiem oddolnym i w miarę możliwości sam staram się go uskuteczniać. Nie mylmy powodu spotkania z jego późniejszym przebiegiem. Tak, jestem w stanie bez problemu spotkać się ze znajomymi i nie wypić ani pół łyka piwa. Oni też. I nieraz tak bywało, że wybieraliśmy się na przykład na wspólną całodniową wycieczkę, będąc całkowicie trzeźwymi. Podobnie kiedy szliśmy nie tylko do teatru lub kina, ale też do kogoś na domówkę, ograniczającą się do np. kawy i ciasta. I nikt nie miał nic przeciwko. Natomiast jeżeli spotykamy się np. na grilla na działce, urodzinach, imieninach itp., to owszem, alkohol się pojawia, ale jest to "jedno piwko do kaszanki", toast za solenizanta czy nawet degustacja własnych wyrobów (jeden robi domowe wina, inny nalewki, ktoś coś jeszcze mocniejszego), a nie żadne walenie do odciny i robienie po tym bydła. A już na pewno nikomu do głowy nie przychodzi, żeby pod wpływem - nawet minimalnym - wsiadać za kierownicę. Dlatego miejmy miarę i nie traktujmy picia zero-jedynkowo, na zasadzie "albo jesteś całkowicie trzeźwy, albo jesteś alkoholikiem i potencjalnym bandytą, przemocowcem i sprawcą wypadku ze skutkiem śmiertelnym", bo to bzdury.
  6. @KrissDeValnor nie wiem, nie śledzę jakoś super dokładnie dokładnie rynku ani nowych rowerów, ani używanych. Na te pierwsze wchodzę raczej z ciekawości, żeby zobaczyć co jest teraz na topie (odpowiedź: wiele "rewolucyjnych" technologii to odgrzewane piąty raz kotlety, tyle że w ładniejszym opakowaniu) i ile kosztuje (odpowiedź: w wielu przypadkach dużo za dużo), a na drugie... w sumie też z ciekawości, bo co potrzebuję, to już kupiłem Ale mimo tego widzę, jak z jednej strony drogie potrafią być części nowe z górnej (i modnej - patrz np. gravele czy elektryki) półki i jak tanie nieco tylko starsze i/lub ledwie używane. No i mniej modne też Trzeba tylko pójść na pewne, czasami zaskakująco małe i w gruncie rzeczy nieodczuwalne kompromisy. Przy czym zwykle ograniczam się do obserwacji, bo gdybym miał się udzielać na forum z takim zaangażowaniem, jak te ponad 15 lat temu, to 9/10 moich odpowiedzi na zadane pytania brzmiałoby: "nie patrz na reklamy ani porady sprzedawcy w sklepie / kup używkę lub nówkę z demontażu lub promocji za ułamek ceny / nie jojcz, tylko naucz się przynajmniej podstawowego serwisowania / nie szukaj odpowiedzi w tabelkach excela, ale wsiądź na rower i sam zobacz, czy jest ci wygodnie". A już na pewno "nie marnuj czasu na zajmowanie się pierdołami przed kompem, tylko tu i teraz wsiadaj na rower i jedź". Bo lepszy sprzęt tańszy i gorszy, ale sprawny, z którego korzystamy, niż droższy i lepszy, który istnieje co najwyżej w naszych wyobrażeniach. Ja ten błąd swego czasu też popełniłem i boli mnie on do dzisiaj. Nie bierzcie ze mnie przykładu. Serio
  7. Rok 2024, a niektórzy nadal mają problemy jak w roku 2004, żeby nie powiedzieć 1994. Uważacie, że nowe części rowerowe lub całe rowery w Polsce są za drogie? Skoro ja, jako dziaders po czterdziestce ogarnąłem zakupy z Niemiec i Hiszpanii za ułamek cen krajowych sklepów, to wy też możecie, dzieci smartfona. Że nie wspomnę o allegro, olx albo marketplace, które są zawalone używkami po sufit. Owszem, trzeba się czasami naszukać i przygotować na ewentualny serwis, ale bez przesady - kto chce, ten bez problemu znajdzie, czego szuka. Uważacie, że kwoty za rzeczony serwis "u mechanika" są za wysokie? Macie tutoriale na jutubie z pokazaniem palcem "bierzemy klucz imbusowy rozmiaru 6 i kręcimy drugą śrubkę trzy obroty w lewo", podstawowe narzędzia powinniście posiadać w garażu / piwnicy, a bardziej specjalistyczne kupicie za grosze w tych samych miejscach, co wyżej. Wystarczy nie mieć dwóch lewych rąk, za to minimum chęci. I naprawdę wymiana dętki, łańcucha albo kasety, regulacja przerzutki czy nawet odpowietrzenie hamulców hydraulicznych to nie są żadne czary, tylko coś, co aktywny rowerzysta po prostu powinien umieć zrobić we własnym zakresie. Ale jeżeli ktoś się ogranicza do "muszę mieć nówki sztuki z katalogu nie starszego niż 2023 i najlepiej w sklepie za rogiem", to ma problem co najwyżej sam ze sobą.
  8. @zekker - jak trafiasz na wakacyjne oberwanie chmury (takie, w którym bez żadnego uprzedzenia horyzont robi się granatowy i zanim zdążysz się w ogóle zastanowić, czy nie zawrócić, to nie masz na sobie nic suchego włącznie ze skarpetkami - dzisiaj jest już o to trudniej, bo w telefonie możesz sobie podejrzeć choćby satelitarną mapę burz w czasie rzeczywistym, ale kiedyś tak dobrze nie było), to brak błotników jest najmniejszym problemem. Natomiast w błoto, mokry piach czy liście możesz się po prostu nie pchać, jeśli nie chcesz* Chyba że chcesz, to wtedy błotnik się faktycznie przyda i tego w żaden sposób nie neguję, ale jeżeli nie jest potrzebny, to po co go zakładać? Jak nie jeżdżę po ciemku, to nie zakładam lampek. Jak nie jeżdżę po kompletnie nieznanym terenie, to nie używam nawigacji. Jak nie potrzebuję brać ze sobą pisienciu kilo bagażu, to nie zakładam sakw. Jak nie jeżdżę po syfie, to nie zakładam błotników. To serio jest takie trudne do zrozumienia? A na argument typu "no ale przecież możesz wjechać w gnojówkę na wiosce" odpowiem tylko (bez urazy, bo to nie jest nic osobistego) "no chyba ty" 😅 W ogóle zauważ, że cały ten temat nie jest tak naprawdę zachętą do dyskusji, a jedna wielką tezą jego autora pt. "ci, co jeżdżą bez błotników, to jakieś głupki, którzy utrudniają sobie życie, niszczą napęd, powodują globalne ocieplenie i łamią konstytucję" Tak, jasne, sami sobie wszyscy robimy na złość i wolimy wracać do domu brudni, mokrzy i ze zniszczonymi rowerami. I jeszcze na złość madce odmrozimy sobie uszy! A może po prostu nie robimy czegoś, co jest nam najzwyczajniej w świecie zbędne? *zaznaczam, że piszę o jeździe rekreacyjnej, czyli "jadę gdzie chcę, kiedy chcę i jak chcę". Dojazdy do pracy czy szkoły to "muszę" i one rządzą się już innymi prawami. I o ile sam dla siebie śmigam weekendowo na "gołym" fullu 26", to gdybym jeździł codziennie do roboty, miałbym prawie na pewno gravela lub trekkinga 29" z błotnikami, sporą sakwą, lampkami i innym podobnym bałaganem, czyli rower, który w jakimkolwiek innym przypadku byłby dla mnie całkowicie bezsensowny.
  9. @leon7877 - wywód jest jak najbardziej sensowny, bo zadaje najbardziej podstawowe z podstawowych pytań, czyli PO CO? Jeżeli jeździsz często i robisz to niezależnie od pogody oraz terenu, to chcąc nie chcąc błotniki będą ci potrzebne. Mniejsze, większe, plastikowe, metalowe, to już mniejsza o to. Sam jeździłem kiedyś dużo i choć starałem się unikać naprawdę złych warunków, to momentami było to po prostu niemożliwe. I dlatego miałem założone błotniki, podobnie jak np. nieraz dłuższe spodnie czy rękawy, nawet w cieplejsze dni, bo wiedziałem jeszcze przed wyjazdem, w jakim stanie mogę wrócić. Teraz natomiast tego nie robię, więc błotniki nie są mi potrzebne. Po prostu. A jak raz na ruski rok złapie mnie deszcz albo będę jechał po mokrej (bo nie musi być od razu ubłocona, wystarczy mokry piach) drodze, to wliczam to w ryzyko. Przy czym w wielu przypadkach wystarczy wtedy jechać ostrożniej oraz najzwyczajniej w świecie wolniej i naprawdę nie wrócimy do domu z wiadrem syfu w napędzie, butach i na twarzy
  10. A nie można po prostu nie jeździć po błocie? Sam jeździłem przez kilka lat bez błotników, potem kolejnych kilka z błotnikami (takimi plastikowymi dopinanymi z przodu pod koronę amortyzatora, a z tyłu do sztycy), a teraz znów bez. Dlaczego? Patrz pierwsze zdanie - skoro nie pcham się na siłę w syf, to nie potrzebuję się przed nim chronić. Oczywiście zdarzało się, że wjechałem w jakieś bagno albo złapał mnie nagły deszcz, ale wtedy brak błotników naprawdę był najmniejszym problemem w obliczu błocka w butach, wody w majtkach i innych podobnych atrakcji I do dokładnie tego samego wniosku dochodzili właściwie wszyscy znajomi, z którymi jeździłem w szkole i na studiach. Czasami ktoś miał założonego z tyłu jakiegoś obrzyna, ewentualnie taką osłonkę pod dolną rurę ramy, ale to było wszystko. Dlaczego? Znów patrz pierwsze zdanie. Gdybym jeździł na wielodniowe wycieczki lub tym bardziej do pracy, startował w zawodach albo robił cokolwiek, co wymagałoby siadania na rower niezależnie od pogody, to wtedy byłaby inna rozmowa - przy czym wtedy miałbym inny rower, a nie tylko dokładał błotniki do obecnego. Ale skoro nie wyjeżdżam w brzydką pogodę, to coś takiego jak błotnik jest mi zbędne. Na tej samej zasadzie można zapytać, po co komu fulle, skoro tak często widzimy je na asfalcie? Albo czemu ludzie kupują gravele po to, żeby najpierw pchać się nimi w ciężki teren, po czym dziwić się, że to nie jest najlepszy pomysł i próbować usilnie przerabiać je na MTB? I tak dalej, i tak dalej. Może nie uszczęśliwiajmy ludzi na siłę, a wszystkim wyjdzie to na zdrowie PS Na zdjęciach efekt przejazdu nie przez 20 kilometrów, a dosłownie 20 metrów mocno zabłoconej drogi, przed którą nie zdążyłem wyhamować, a ominąć się nie dało - po prostu wpadłem rozpędzony w niewidoczne z daleka obniżenie, wypełnione rozjeżdżoną gliną o konsystencji zaprawy do klejenia płytek i mogłem co najwyżej ratować się przed zaryciem w to bagno tylko kołami i butami, a nie twarzą I teraz najzwyczajniej w świecie nie pcham się tam, jeżeli w ciągu ostatnich kilku dni padało, a nie zakładam błotniki, gumiaki oraz kombinezon przeciwchemiczny i udaję, że jestem przez to mądrzejszy. Otóż nie.
  11. MrJ

    [12750?g] GT i-drive2.0 by MrJ

    Informuję, bo najwidoczniej to umknęło w dyskusji - rower jako taki nie istnieje (choć prawie wszystkie części wciąż służą: koła, hamulce, amortyzator, siodełko czy pedały w moim Centurionie; kierownica i cały napęd poza korbą w Meridzie Żony, natomiast rama poszła do nowego właściciela na przeróbkę na elektryka), więc temat można zamknąć i przenieść do działu "cmentarzysko". @KrissDeValnor ktoś coś?
  12. Fajnie, ale ja nie piszę o tym, żeby podejść do grupy meneli na ławeczce (w koszulkach "kibiców" czy nie, to już inna rozmowa) i na dzień dobry rzucić, żeby k***a wyp***dalali w p***du, ale o zwracanie uwagi najbliższemu otoczeniu, z którym się znacie, pracujecie, spędzacie czas. Ja też nie mam zamiaru udawać świętego abstynenta, który głosi ewangelię trzeźwości przypadkowym przechodniom na mieście, ale też nie udaję, że tematu nie ma. I to nie tylko wtedy, jak kolega na grillu zaczął przesadzać (i dostał proste ultimatum: albo się ogarnie, albo sam sobie będzie tę kiełbachę z biedrony przypalał), ale i kiedy lokalne towarzystwo urządziło sobie na klatce pijalnię, palarnię i jeszcze stołówkę. Fakt, że w pewnym momencie zaczęło być już mocno nerwowo, ale mimo wszystko zakończyło się na słownych przepychankach i jak raz sobie poszli, tak już nie wrócili. Natomiast jeżeli chodzi o palenie, to kiedy ostatnio papierosy były "tanie"? W latach 90. czy jeszcze wcześniej? Już za czasów mojego liceum i studiów (czyli mniej więcej 20-25 lat temu) słyszałem narzekanie, ile to fajki kosztują, a jednak ludzie palili przy byle okazji i w byle jakim miejscu. Balkon na domówce? Palacze. Piwko w barze? Palacze. Przystanek albo poczekalnia na dworcu? Palacze. Owszem, dzisiaj mamy choćby e-papierosy, ale i kultura palenia się zmieniła, a przynajmniej wśród ludzi kulturalnych. Budowlaniec na rusztowaniu nadal będzie jarał Ukraińskie Przemycone Premium przy wszystkich, ale taki menedżer już niekoniecznie. I nie wmawiajcie mi, że nic się nie zmieniło w tej materii. I na koniec taka sugestia: nigdy nie porównujcie Polski 1:1 do jakiegoś innego kraju, zwłaszcza zachodniego. Każdy ma inną kulturę, inne zwyczaje, inne podejście do wielu spraw. Niekoniecznie lepsze, jak wielu chciałoby wmówić. Jesteśmy na swoim podwórku, mamy swoje wady i przywary i na nich się skupmy. Jeżeli problemem są u nas pijani kierowcy, to trzeba zrobić wszystko, żeby ich w miarę możliwości wyeliminować. Także oddolnie, choćby pilnując, czy nasz sąsiad czy kolega nie wsiada za kółko po paru głębszych. Bo znów czekamy, aż policja (swoją drogą jak są potrzebni, to wtedy policja, a nie ta zła, upolityczniona, głupia psiarnia, tak?) czy sądy rozwiążą problem, który w wielu przypadkach sami tworzymy. Powtórzę to samo, co w paru innych tematach: jak chcecie, żeby było lepiej, to sami dawajcie przykład. Bo zawsze i wszędzie są tylko i wyłącznie święci: to inni piją do odciny, to inni zostawiają po sobie puszki i butelki, to inni palą i rzucają petami, to inni ignorują przepisy ruchu drogowego, to inni zachowują się jak skończone buraki, ale my nie. Nigdy. Sratatatata.
  13. No i przeszliśmy z wypadku po pijaku na pijaństwo ogólnie. I jak zwykle wyciągamy tak samo błędne wnioski, co zawsze. Owszem, możemy zwalić całą odpowiedzialność na szeroko rozumiane państwo - za tanią wódkę w sklepach, za dużo sklepów z alhololem w ogóle, za niskie kary dla jeżdżących na podwójnym gazie, za cokolwiek. Ale co sami z tym robimy? Tylko na serio, a nie pisząc o tym na forum rowerowym? Ile razy waszemu kumplowi po pijaku włączył się agresor i tylko szukał zaczepki, a wy ratowaliście mu dupę, zamiast pozwolić wreszcie, by zapłacił wybitym zębem czy złamanym nosem za własną głupotę? Ile razy kumpela po paru drinkach za dużo zamieniła się w taniego lachociąga i podobnie jak w poprzednim przypadku chroniliście jej cztery litery przed utratą czci jak te durne białorycerze od siedmiu boleści? Ile razy wujaszek na weselu nie wiedział, kiedy przestać wznosić toasty, a wy się tylko przyglądaliście z co najwyżej niemym politowaniem, zamiast powiedzieć "wystarczy na dzisiaj, bo tylko wstyd robisz przed wszystkimi"? Ile razy dorabiając sobie na tej memicznej już budowie widzieliście ludzi, którzy ledwie są w stanie wejść na rusztowanie i co najwyżej uśmiechnęliście się pod nosem z dowcipu o małpce na śniadanie? Ile razy wasz sąsiad kończył dzień pracy na działce czy w garażu czteropakiem i dziarsko wsiadał do auta / na motocykl, a wy udawaliście, że nie widzicie? I tak dalej, i tak dalej. Oczekujecie gotowych rozwiązań od systemu, jednocześnie nie robiąc nic. Bo po co? Bo wyręczy was instytucja, służba porządkowa, lekarze, prawo, przepisy, co sobie wybierzecie. A tymczasem od siebie trzeba zacząć i swojego otoczenia. Ja oczywiście wiem, że mamy w tym kraju taką, a nie inna kulturę picia - aczkolwiek nie wybielajmy też zagranicy, bo np. taka typowa czeska hospoda, jaką niektórzy uważają nie wiadomo dlaczego za ideał "stołowania się na mieście", to syf, kiła i mogiła - ale bez "pracy u podstaw" nic się nie zmieni. A że się da, to widać choćby na przykładzie palenia papierosów. Jeszcze ze dwadzieścia lat temu (o wcześniejszych czasach nawet nie mówię) wszędzie było widać palących: uczniowie, studenci, robotnicy, prezesi, za szkołą, na przystanku, w restauracji. Teraz nikt na poziomie nie pokaże się w miejscu publicznym z petem z zębach, bo to po prostu wstyd, a jak już chce zapalić, to albo e-papierosa, albo grzecznie idzie na wyznaczonego miejsca. Czemu? Bo zmieniło się nastawienie społeczne do palenia. Owszem, przy alkoholu to zdecydowanie nie będzie takie proste, co nie znaczy, że nie należy próbować i zacząć działać oddolnie, w gronie własnego otoczenia. Jak raz czy drugi zwrócicie uwagę nawalonemu wujaszkowi czy naprutej lasce, to się może za trzecim razem zastanowi. A jeżeli nie, to sami się zastanówcie nad tym, w jakim obracacie się towarzystwie, przy czym to już jest temat na zupełnie inną dyskusję. PS Dzisiaj własny alkohol można zrobić prościej, niż kiedykolwiek. Sprzęt do piwa czy wina jest dostępny legalnie na allegro za grosze, a jak ktoś jest bardziej ogarnięty, to sobie ogarnie bimbromixa ze szczegółową instrukcją na YT. A ile stoi pochowanych po szopach czy garażach całych małych fabryczek, to zainteresowani wiedzą Więc jeśli ktoś wierzy, że proste podniesienie ceny wódki czy piwa razy dwa rozwiąże problem (a zakazanie reklamy to już w ogóle), to się bardzo grubo myli.
  14. Co jak co, ale nie spodziewałem się, że nowa opona Schwalbe będzie miała wadę fabryczną, uniemożliwiającą jej prawidłowe ułożenie na obręczy. I nie, nie pomagają żadne jak talk, mydło, płyn do naczyń czy inne czary maga dziesiątego poziomu pedalarstwa Ona po prostu jest krzywa. Mnie natomiast do głowy nawet nie przyszło, żeby ją sprawdzić dokładnie przed montażem, no bo po co? Jest nówka sztuka, jest firmowa, więc musi być wszystko w porządku. Otóż widocznie nie.
  15. Aktualizacja Pierwszy raz od wieeelu lat złapałem kapcia i przy okazji porządnie przyjrzałem się oponom, bo przy składaniu roweru rzuciłem tylko na nie okiem. I w zasadzie powinienem podziękować losowi, że trafiłem na ten wystający kawał drutu, bo jeszcze trochę, a zamiast małej dziurki w dętce miałbym do czynienia z rozpruciem opony. Tak czy inaczej poszukałem, obejrzałem, nawet udało mi się przymierzyć dwa komplety i ostatecznie stanęło na Schwalbe Smart Sam 2,10. Owszem, waga niby pokazuje więcej, ale dzięki mocno progresywnemu bieżnikowi* jeździ się po prostu lepiej: bardziiej dynamiczne, lżej i stabilniej jednocześnie. Gdyby tylko zakładanie i ustawianie tych opon nie groziło dostaniem bladej k***icy 😝 *nie wiem, na ile jest to profesjonalne określenie, ale przy jeździe na twardym podłożu pracuje tylko wąziutki pasek bieżnika na środku, gdy natomiast wjedziemy w teren, zaczynają działać kolejne rzędy klocków: najpierw mniejsze, a potem większe. Czyli na asfalcie mamy minimalne opory toczenia, a po wjeździe w liście czy piach się nie zakopiemy. (Fotki dokleiłem do pierwszego posta)
  16. Wincyj opon, rozum i godność człowieka wytrzyma! 🫣 (Jak kogoś baaardzo nie lubicie, dajcie mu do założenia drutową wersję Schwalbe Smart Sam. Nie, opinie na allegro nie są przesadzone - tak opornej we współpracy opony nie miałem chyba od czasów jakiegoś CST czy innego podobnego chińskiego barachła w okolicach 2005 roku. Poprzednie Kendy mogłem założyć dosłownie palcami i bez praktycznie żadnego późniejszego poprawiania, a tu myślałem, że wyjdę z siebie, obok stanę i jeszcze zionę ogniem. Wy już wiecie, skąd 😬 )
  17. Masz 11 lat i 140cm, więc się poważnie zastanów nad BMXem. Jeśli to natomiast musi być dirtówka, to koła 24" i rama rozmiaru raczej S niż M. Aczkolwiek pamiętaj, że już tylko urośniesz. Zobacz, na czym jeżdżą starsi i więksi koledzy i szukaj w tych klimatach - kiedyś popularne były: Dartmoor, Author, NS, Duncon, z osprzętu np. amortyzatory Marzocchi czy RockShox. Teraz się za bardzo nie orientuję w trendach, ale na pierwszy rzut oka widzę podobne klimaty. Teza kontrowersyjna: nie kupuj nówki. Popytaj u kolegów, zobacz na OLX / marketplace, czasami można trafić za grosze sprzęt, z którego ktoś wyrósł, trzeba w nim ogarnąć jakąś podstawową naprawę lub po prostu się znudził. I za np. 2000 kupisz rower na porządnej ramie z porządnym amortyzatorem, dołożysz 200zł w serwisie (albo dasz 100 kumplowi, który się bardziej zna) na centrowanie koła albo regulację hamulca, wymienisz zużyte siodełko czy pedały i będziesz miał rower lepszy niż cokolwiek nowego z dowolnego sklepu za dwa razy tyle kasy. A i tak to zaraz podrapiesz, porysujesz, pobrudzisz czy nawet pogniesz przy nauce. A w ogóle to się przejedź na rowerach wspominanych kolegów - bo zakładam, że takich masz, skoro chcesz się bawić w dirt - i wtedy sam zobaczysz, czego szukać choćby w temacie wielkości ramy.
  18. Czyli się zgadzamy - RCB w obecnej formie nie służy ostrzeganiu nikogo przed niczym, tylko zabezpieczaniu się przed ewentualnymi skutkami ewentualnych zagrożeń. Nieważne, że to zagrożenie jest dwa województwa dalej, a poszkodowani są sami sobie winni. Był alert? Był. Więc po ch** drążyć temat. Ale żebym był uczciwy - niedawno w Siemianowicach (na granicy z Chorzowem) był pożar składowiska chemikaliów. Pewnie kojarzycie, bo to było głośne na cały kraj: https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2024-05-11/siemianowice-slaskie-zanieczyszczenia-po-pozarze-skladowiska-odpadow-wplywaja-do-rzek/ Ja pracuję niedaleko, więc dowiedziałem się o tym praktycznie od razu od osób, które po prostu zauważyły chmurę dymu i wysłały mi zdjęcia. I niedługo później, jakoś równo z newsami w mediach (najpierw lokalnych, potem ogólnopolskich) pojawił się alert. I wtedy on się super sprawdził, bo przecież nie każdy mógł akurat słuchać radia, oglądać telewizję, siedzieć na fejsie itp., za to prawie na pewno miał przy sobie telefon i dostał informację, że jest niebezpieczne zdarzenie, trzeba pozamykać okna, zostać w miarę możliwości w domu i tak dalej. Ale nikt mnie nie przekona, że SMS z treścią "wydaje nam się, że jest 10% możliwości na to, że w Zakopanem jutro będzie grad, dlatego ostrzegamy cię już dzisiaj w Katowicach" ma jakikolwiek sens poza wymienionymi wcześniej.
  19. Alerty to jest dupochron dla urzędasów, żeby potem nie było, że "nie ostrzegali". Może ktoś ma więcej szczęścia (pecha?), bo na przykład mieszka w bardziej niestabilnym pogodowo regionie, ale u mnie w Chorzowie to się sprawdza może 1 na 3-4, a jakby liczyć poważne zagrożenia, to dosłownie 1 na 10. UWAGA UPAŁ, a nie ma nawet 30 stopni. UWAGA ULEWY, a tymczasem po drugiej stronie województwa przejdzie piętnastominutowa burza i zaleje dwie stodoły (straty wyceniono na 21zł 37gr). UWAGA WICHURY, więc trzeba zebrać majtki ze sznurka (ręczniki już są na tyle ciężkie, że nic im się nie stanie). I tak dalej, i tak dalej. I oczywiście czasami się tak zdarzy, że naprawdę podtopi całą wioskę albo zerwie kilka dachów - i w takim przypadku należy tylko ludziom współczuć - ale skala siania paniki przez RCB jest absolutnie niewspółmierna do rzeczywistego niebezpieczeństwa. I jak dostajesz któryś z kolei alert, z którego nic nie wynika, to go kasujesz bez czytania. Niedawno znajomy, który bawi się w rekonstrukcje, miał trzydniowy turniej i sam się obawiał, co z niego wyjdzie, bo już wcześniej dostawał ostrzeżenia o plagach egipskich. Minął jeden dzień, drugi, w końcu trzeciego (i po bodaj piątym alercie) przeszła przelotna mżawka. Serio? Jak już istnieje taki system, to niechże działa dobrze, zgodnie z faktyczną skalą zagrożenia i prawidłową lokalizacją. A jeśli ktoś musi dostać SMSa, żeby zauważyć za oknem chmury, wiatr, upał, śnieg czy cokolwiek innego - i to w epoce pierdyliona prognoz online, superdokładnych map opadów, burz, wiatrów i czego jeszcze tylko chcecie - to ma poważny problem z samym sobą.
  20. Jest wyprawa? Jest. Jest rower? Jest. Czyli wszystko się zgadza 😁
  21. @Brombosz - ze 20 lat temu miałem do odebrania nowe koła po zaplataniu i podjechałem do serwisu rowerem, bo co to za problem przewieźć koła rowerowe, prawda? No i oczywiście po drodze musiało coś pójść nie tak i nie dość, że zdarłem kolano, to jeszcze porysowałem nowiutkie obręcze /EPIK FEJSPALM GIF/ No bo przecież blachosmrody złe, a wszyscy pozostali dobrzy. Pedalarze, którzy mają w poważaniu znaki, ścieżki oraz rozum i godność człowieka. Ślepi, głusi i wpatrzeni w telefony piesi. Nawaleni na hulajnogach, dziewuszki z biegającym dookoła bez kontroli pimpusiem, długo by kontynuować. Jak niedawno na grupie lokalnej słusznie skrytykowano wyremontowaną ulicę (momentami prawie trzymetrowej szerokości chodniki w miejscach, w których nikt nie chodzi poza lokalsami, za to ulica tak wąska, że dwa autobusy szorują się lusterkami, bezsensownie rozplanowane miejsca parkingowe i inne podobne atrakcje), to jakiś aktywiszcz wyskoczył, że najlepiej to zamknąć dla ruchu albo ostatecznie łaskawie wprowadzić strefę 30. Ludzi nie przekonasz, że świat nie jest tak czarno-biały, jak chcieliby widzieć w swojej jedynie słusznej wersji rzeczywistości.
  22. Jak miałem parę ładnych lat spokój z łataniem dętek, tak teraz trafiły się dwie dziury po jednej jeździe. Najpierw w założonej dętce, a potem w tej już wymienionej 🫣😄
  23. W sumie miałbym prośbę: czy dałbyś radę zrobić zdjęcie CX na zbliżeniu, przystawiając np. linijkę albo coś dla porównania rozmiaru, w rodzaju pudełka zapałek? Będę zobowiązany. Oczywiście nie musi być na zaraz.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...