Po prostu wsiądź na ten rower i zacznij jechać i nie myśl o tym, czy to dużo czy mało.
Kiedyś podstępem zabrałem żonę na przejażdżkę. Zaczęliśmy na Grabówku, przejechaliśmy przez Gdynię, Sopot, Gdańsk, potem wzdłuż kanału Raduni, Pruszcz, Różyny, skończyliśmy w Skowarczu i... z powrotem. Wprawdzie jak wróciliśmy do Gdyni to była nieźle zmęczona, ale i dumna, że zrobiła swoje pierwsze w życiu (do tej pory ostatnie) 100 km (dokładnie 102 to było) za jednym zamachem. I wówczas była już starsza od Ciebie. I pewnie w życiu by się nie wybrała, gdybym z góry jej powiedział, że zamierzam ją przegonić na setkę.
Największe ograniczenie jest w głowie, nigdzie indziej. Ale swoją drogą trenuj siedzenie, by nie mieć bólu dupy od dłuższej jazdy