Przeczytałem całą waszą dyskusję, każdy ma trochę racji moim zdaniem, nie będę tu stawał po niczyjej stronie każdy robi to co uważa za słuszne, mogę tylko i wyłącznie opisać swoje doświadczenia. Mam podobne przemyślenia co niektórzy z was.
Moja historia była trochę nietypowa, obecnie mam 29 i pół roku, więc jestem 10 lat młodszy niż "klasyczny kolarz" ze stravy, stający regularnie na pudłach i żyjący jak pros,a jednak jestem już całkowicie spełniony w tym temacie a wręcz byłem już wypalony. Moja przygoda zaczęła się w 2004, do 2009 jeździłem na raczej tanich rowerach mtb(poza pierwszym były jednak markowe), w cywilnych ubraniach. Od razu to pokochałem, w wieku 13 lat zaliczyłem pierwsze 120 km po mocno pofałdowanej trasie, w wieku 14 przekroczyłem grubo 200. Nigdy nie lubiłem terenu, tylko asfalt i szutry ewentualnie. W 2009 pod koniec lata wstąpiłem na krótko do klubu kolarskiego, poznałem co to szosa itd. Z wielu powodów zrezygnowałem,także z jazdy na rowerze na długi czas. Wróciłem w 2014 odkurzahąc starego mtb 14 kg.. Trochę go uszosowiłem, pierwsze jazdy to po 80-120 km, bez problemów. Poczułem znów tę starą miłość. Kolejny rok to kupno szosy, całego ekwipunku, kasków strojów itp. Zacząłem jeździć regularnie, także na ustawki, skakałem, szalałem. Poszło tego 400 h w pół roku, kolejny sezon 2016 był rekordowy, dobrze ponad 20k km, przepracowana cała zima, ustawki, góry, samotne dłuższe trasy, mocne tempówki. Wszystko. W listopadzie kupiłem miernik. Lata 2017 i 18 były najgorsze, mimo rekordów mocy na początkach sezonu potem już zero chęci, ogromne kryzysy, choroby, przetrenowanie, na ustawkach odpadałem po rozgrzewce natychmiast, przytyłem kilka kg... do zapomnienia.
I teraz dochodzimy do 2019. Tu zaczyna się historia. Wszyscy mnie olali, wyśmiali, ja się załamałem ale zacząłem jeździć, bez celu, planów. Na wiosnę pobiłem parę rekordów mocy. Z minuty i dwóch minut na jednym treningu, miesiąc później z mocy 3 minutowej i nawet 12. To były dobre oznaki, późnym latem złapałem objętość, trenowałem znów dużo i mocno. Na jesień biłem swoje rekordy, skonkludowałem powrót do żywych 8 godzinną jazdą po pętli ze średnią ponad 33 i rekordem na 20 minut. Ale to nic, obiecałem sobie że rok 2020 będzie absolutny, i przekroczę 800h treningowych. Ten czas zaczął się w święto niepodległości 2019 i skończył w tym samym dniu rok później. Co to był za rok! 821h treningowych, wiele rekordów mocy, pierwsze samotne ultra 600km. Cała zima przetrenowana niezwykle profesjonalnie. Siła, wytrzymałość siłowa, tempa 90m niezliczone 5-7h treningi, periodyzacja bezbłędna, nie miałem trenera. Zero trenażera, zero nie licząc jednego tygodnia regeneracyjnego! Nawet pogoda się ustawiła pode mnie, najdłuższa przerwa to 3 dni w ciągu tych 365. Robiłem 3-5 h treningi na których wplatywałem 2-3 ćwiczenia trwające 10-25 minut oczywiście interwałowo. Przykładowe które pamiętam to równe 600W przez minutę, 30s odpoczynku 100w po czym 8 minut 320w i 8 minut 365W bez odpoczynku. Łącznie 17:30m. To było chyba moje ulubione ćwiczenie robione w różnych wariantach czasowych. Waga cały sezon to 65-65.5kg. Inne niewiarygodne z obecnej perspektywie cuda które robiłen wtedy to samotny test mocy 2h po płaskich opustoszałych drogach 283W, cały trening trwał 5h, osobisty rekord na Kocierzy 370W, 65kg, 11:21, rekord mocy 3m 478W, pętla 275km zrobiona w 8 godzin, średnia 34 z hakiem, 220w 6300kj, samotnie. Nie będę skromny, szalałem niesamowicie wtedy, pamiętam koma w ojcowie na parę tys ludzi, na spokojnym 5h treningu po prostu z nudów skoczyłem ponad 2m w trupa. Byłem mistrzem w znajomości swoicg możliwości, wiedziałem ZAWSZE na co mnie stać, własne ćwiczenia wymyślałem jak poezję wręcz. Nigdy się nie pomyliłem. Jeździłem tylko sam,może 3 razy z kimś. Nie trenowałem już pod ustawki czy wyścigi, tylko dla własnych rekordów. Ale do czego zmierzam?
Rok 2021 miał być kontynuacją. I był do czasu. Zimę przetrenowałem jak pros. Pamiętam jak 6 tygodni z rzędu miałem średnio 21-22h w tygodniu, potrafiłem 3 dni z rzędu jeździć na trenażerze 4h, jak maszyna. Na tempomacie 220w i kręcimy do ponad 3000kj. Ogólnie wszystki liczyłem wtedy wattami i kj. Km, średniamiałem w dupie, nawet czas jazdy. Tylko kj. Bardzo często ale to już na zewnąrz tempa 1.5h po 270-280w na treningach trwających 4h, często w lekki mróz, trzeba było znaleźć drogę gdzie można jechać 60km bez zatrzymania. Potem waga spadła do 63 pobiłem rekord godzinny(311W), dwu godzinny(290W i to ze skokami minutowymi na 450w co 10 minut!), doszło do absurdu gdzie miałem 3 tygodnie treningowe z rzędu średnio na 28 godzinach i 1200tss. 2-3 w ciavu takiego tygodnia waliłem interwałowy trening(NIGDY nie skracałem jego długości. Wplatywałem ćwiczenia w 4-5h trening). Jak robiłem długi tlen to zawsze conajmniej 7h. Doszedłem do granic absurdu i bezsensu. Poddałem się jakoś w czerwcu po zrobieniu w ciągu pół roku może 500h, zrobiłem wtedy przerwe trwajacą bardzo długo. Nie dotykałem roweru. Nie było mi nawet szkoda zmarnowanych setek godzin rzeźni. Wróciłem na poważnie po 3 miesiącach(w międzyczasie siadałem na rower bardzo nieregularnie). Moce na vo2max i beztlenowe spadły niewyobrażalnie, ale wytrzymałość w miarę szybko odbudowałem, skupiłem się na dłygich jazdach, w listopadzie zrobiłem 350km, w lutym już 2022 320, w marcu 360, w maju 470(miało być 600 ale zimna noc mnie pokonała), potem latem 628km, i wreszcie w sierpniu spełniłem dawne marzenia i pojechałem nad morze, 600km z hakiem. Nie trenowałem już mocnych ćwiczeń, jedynie tak by móc sobie pozwolić na długie dystanse. Potem znowu zrobiłem przerwę i dalej jeździłem TYLKO tleny, często 200km, ale na codzień ok 3h. W ubiegłym roku zrobiłem 3 razy dłuższy dystans kolejno 374, 385 i 420 km. Zrezygnowałem z miernika. Jesienią zrobiłem najdłuższą przerwę w życiu. Praktycznie zimą nie dotykałem roweru, teraz wracam, jeżdżę w miarę żwawo, ale bez miernika, bez tętna, bez celu. Nawet nie wiem czy zrobię długi dystans w tym sezonie czy nie. To bez znaczenia.
Po co o tym piszę i się chwalę?😅 Żeby pokazać że nie da się w nieskonczoność robić progresu, i można dojść do granic absurdu, nie będąc prosem w WT, to co innego. Ale nie żałuję absolutnie, to była fajna zabawa, rok temu jak zobaczyłem moje treningi z 2020 pomyślałem, że gdybym nie wiedział że to ja, to bym pomyślał, że ktoś musiał być na ostrym cyklu dopingowym, szczęka mi opadła. Ostatecznie usunąłem wszystkie stare treningi na zawsze, bo miałem chęci by je próbować kopiować, albo podziwiałem je analizując pół dnia. Nawet wróciłem ubiegłego lata do miernika na miesiąc i zrobiłem swoje ukochane stare ćwiczenie, i dwa razy tempo 1.5h na 270. Wyszło całkiem nieźle, po 3 miesiacach mógłbym bez problemu wrócić do wszystkich starych liczb nawet beztlenowych. Ale to zamknięty rozdział w życiu. Poznałem wszystko co chciałem co związane z wysiłkiem na rowerze, i dystansami. Teraz robię to dla zabawy, bez kompleksów, i oczywiście będąc może 20% słabszy, ale to bez znaczenia.
Jeszcze dodam to co najważniejsze - w czasach mojej rekordowej formy przyjemność nie była ani odrobinę większa niż gdy formę mam przyzwoitą, ale jednak te 10% słabszą. Owszem nie jest fajnie jeździć dostając zadyszki na każdym wiadukcie, mając zakwasy po 2h przehażdżce i 10kg nadwagi, ale przyjemność nie jest większa mając formę na 12 minut z 370 a 12 minut z 320w, chyba że się ścigamy. No i kwestia skąd się bierze, nie ma satysfakcji z osiągania rekordów, ale to jak pokazuje mój przykład gonienie własnego ogona i nie jest do utrzymania w nieskonczoność.