Nie trzeba jej obracać. Wystarczy, że usuniemy połączenie obu korb (czyli przypadek decoupled cranks) i widać wyraźnie, że pedałowanie jest mocno utrudnione, bo transport nogi do góry musi się odbywać wyłącznie kosztem pracy jej mięśni.
Podczas biegu nie ma innego wyjścia, a i tak podnosimy jedynie masę nogi, bez dodatkowego obciążenia. Jednak rower to doskonały wynalazek, bo łącząc obie nogi klasyczną korbą, zwalniamy go z tego przykrego obowiązku. Każdy intuicyjnie wyczuje, że łatwiej jest, gdy nogi są sprzężone, niż gdy każda korba porusza się niezależnie.
Oczywiście, że to pierwsze.
Kadencja w biegu to ilość kroków (czyli dystansu pokonanego pomiędzy kontaktem jednej stopy z podłożem i drugiej) na minutę, a w kolarstwie kadencja to ilość pełnych obrotów korbą na minutę (czyli dwa impulsy). Podziel kadencję sprintera biegowego na pół i osiągniesz już całkiem realne wartości dla sprintu kolarskiego.
W biegach długodystansowych kadencja też jest niższa - maratończyk amator biegnący w tempie 5 min/km będzie miał około 160-170 kroków na minutę, co podzielone na pół odpowiada przeciętnej kadencji jazdy na rowerze trenującego amatora. Jak widać, wzorce biegowe przenoszą się na rower.
Tak jak w biegu, tak i na rowerze napędzamy się impulsowo i jest to najwydajniejszy sposób. To, że nie zawsze da się zastosować (np. bieg po śliskiej nawierzchni, skutkujący ograniczeniem mocy impulsów i rozciągnięcie ich w czasie, połączony z drobieniem kroków) to już inna kwestia. Tak samo na rowerze na śliskim podjeździe musimy czasem uciec się do tego mało efektywnego sposobu pedałowania, ale jest to wtedy takie zło konieczne.