Cześć,
sprawa wygląda tak, że w zeszłym roku "wróciłem" do roweru po kilku latach przerwy - był kaprys, były środki i moje preferencje osobiste, to wleciał gravel, koła karbonowe itd. Rzeczywistość pokazała że... nie mam na to tyle czasu co bym chciał (życie się zmieniło przez kilka ostatnich lat, rodzina urosła, do tego inne obowiazki), no a jak już mam czas, to i tak najczęściej biegam. Druga sprawa, że choć rower świetny, tak albo ja się zestarzałem, albo szutry zrobiły się cięższe.. no i myślę o przesiadce na MTB. Coś konkretnego, ale z zastosowaniem "może raz w tygodniu luzackiego poszlajania się bez ograniczania terenowego" - ot, taki odpoczynkowy. Bez wyścigów, bez spiny, po prostu wsiadam i jadę
To co mnie natomiast "boli" w MTB od wielu, wielu lat to większy poziom skomplikowania... wiem, może brzmieć i może nawet być absurdalne, ale po to jest ten temat - sporo mogę przy rowerze zrobić sam, ale amortyzatorów nigdy nie ruszałem nie licząc dopompowywania. W ogóle ostatni raz rower z amortyzatorem to miałem chyba z 10 lat temu. No i teraz mam dylematy. Załóżmy, że wezmę coś z takimi popularnymi amorami - jakaś reba, albo sid, albo coś podobnego innych marek. Jak często trzeba je serwisować? Naprawdę tak, jak to oficjalnie podają producenci? Nie mam żadnego serwisu w okolicy i nieco mi się nie widzi robić jakieś kursy z rowerem pod serwis amora np. co kwartał. Z drugiej strony wziąć dobry sprzęt a nie dbać o niego.. też nie moje podejscie
Wiem, że to takie nieco ogólnikowe, ale "jak bardzo trzeba się tym przejmować"?