Ja się mądrzyć nie będę, ale napisze o sobie.
W zeszłym roku w lutym wyprowadziłem się z Krakowa na nasza piękną Jurę krakowsko-Częstochowską. W marcu kupiłem rower (waga dochodziła do 100kg, dokładnie przekroczyłem 97). Na początku wyjazd na dłużej niż 15km to była katastrofa - przypominam że to Jura czyli gdzie się nie pojedzie to albo z góry albo pod górę nie ma po płaskim. Po pewnym czasie, nawet nie wiem po jakim 20, 30, 40, 50, 70km po szosie we wspomnianych warunkach to nie był problem. Średnie prędkości to były sporo ponad 20km/h. Zacząłem jeździć do pracy na rowerze 23km w jedną stronę. I co? I nic, kilometry napite na koła nie przełożyły się na utratę wagi. Kiedyś założyłem skrót przez las, potem kamienny zjazd, następnie ciężki techniczny podjazd i stopniowo przeniosłem się w teren. Trasy zmalały do 20, maks 35km, prędkości średnie spadły grubo poniżej 15km/h często nawet poniżej 10. I mniej więcej po miesiącu coś "dygło". Nogi przestały mieścić się w niektóre spodnie, brzuch się spłaszczył, ręce schudły i na wadze znowu nie pamiętam od ilu lat pojawiła się 8 na pierwszym miejscu. Na moje chamskie oko wygląda, że jednak jazda w terenie pod zmiennym obciążeniem z dużym zmęczeniem ma większy wpływ na redukcje wagi niż niezliczone kilometry przejechane tempem spacerowym. Ale mogę się mylić oczywiście
PS. od kwietnia do października zeszłego roku waga spadła z 97 na 86kg przy 181cm. Przez zimę czyli od listopada do połowy marca waga wzrosła z 86 do 87, może 88. A do połowy marca do dziś z 88 do 85kg.
PS 2 zacząłem robić pompki i chodzić na basen bo ręce strasznie chudną - tu się zgadzam z kolegą o analitycznym umyśle, że organizm sam przystosowuje się do warunków w jakich musi egzystować.