Skocz do zawartości

bartekchiny

Nowy użytkownik
  • Liczba zawartości

    10
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez bartekchiny

  1. Czasy świetności ma za sobą? Sklep jak każdy inny, nie wygląda źle, ale po rozomowie z właścicielem nie miałem ochoty nic oglądać. Gdyby gość był milszy to na pewno kupiłbym jeszcze jakieś akcesoria. Scott z Warszawy już się zajął sprawą. Dzwonili do Wrocławia, co ten Pan powiedział? Skłamał bezczelnie, że nie miałem dokumentów przy sobie! Nawet o nie nie pytał, a fakturę i kartę gwarancyjną miałem w plecaku, przygotowałem ją dzień wcześniej. Niby po co miałbym jechać przez całe miasto i dyskutować o naprawie bez dokumentów? Jak widać gość do końca pokazuje swoją "klasę"! Mógłby się wprost przyznać, że nie chciało mu się nic robić i w niczym pomagać. Pozdrawiam Bartek
  2. Zapomniałem o załączniku! Co do sklepu to słyszałem już od innych osób, że jest źle, ale pojechałem - bo było nie było to przedstawiciel Scotta we Wrocławiu!!! Żart!!!
  3. Posiadam dwa nowe rowery Scott, górski Aspect 30 i szosowy. W górskim podczas jazdy po polnej drodze skrzywiło się siedzenie! Ponoć rzadki problem, ale jak widać się zdarza - zdjęcie w załączniku. Nie ważę 150kg, tylko 74kg, więc trochę to dziwne. Skontaktowałem się ze sklepem internetowym, gdzie był zakupiony, a oni odesłali mnie do przedstawiciela marki Scott we Wrocławiu. Najbliższy sklep to Scott USA Shop, ul. Kilińskiego 23. Skontaktowałem się z tym sklepem i przyznam, że dziwię się, iż taka osoba reprezentuje taką markę. Sposób podejścia do klienta po prostu zadziwia! W ramach gwarancji chciałem naprawić siodełko. Pan Jamka stwierdził przez telefon, że sobota to nie dzień na reklamację i żebym przyjechał w tygodniu, mam zostawić rower na 2-3 godziny i on to opisze, sfotografuje. Pojechałem przez cały Wrocław dzisiaj (środa 20 kwietnia) do tego sklepu. Rano dzwoniłem i rozmawiałem z żoną Pana Jamki. Ona stwierdziła, że nie wie, co ustaliłem z mężem i że on będzie za godzinę, więc mogę przyjechać. Kiedy wszedłem do sklepu Pan Jamka stał oparty o ścianę. Powiedziałem, że dzwoniłem wcześniej i chodzi o skrzywione siodełko. Pan Jamka podszedł powoli do roweru, stwierdził, że rzeczywiście jest krzywe i pretensjonalnie zapytał mnie: "To teraz Pan przyjeżdża? Przed świętami, my jesteśmy zawaleni robotą!". W tym czasie wyjmował właśnie papierosa z paczki! Zapytałem, czy nie mogę roweru zostawić (miał go przecież sfotografować w tygodniu, w ciągu 2-3 godzin), odpowiedział mi "Gdzie Pan chce zostawić? W serwisie - nie mamy miejsca, na sklepie też!". Powiedziałem "do widzenia" i wyszedłem. Nie chciałem się kłócić, bo widzę, że ten człowiek i tak nie zmieniłby zdania i w niczym by mi nie pomógł. Zadziwia mnie, że ktoś taki reprezentuje światową markę Scott! Jego podejście, jego sposób bycia wyraża tylko ignorancję i niechęć - jemu się po prostu nic nie chce! Skoro mu się nie chce to może niech sprzedaje niemarkowe rowery i nie zajmuje się żadną gwarancją, ani obsługą klienta! Wstyd dla marki Scott! Oczywiście całą sprawę opisałem przedstawicielom Scott w Polsce, a także wysłałem email do głównej siedziby firmy w USA. Omijajcie ten sklep z daleka! Najlepiej przejść na drugą stronę ulicy! Nie jestem zły na sam problem z siodełkiem, ale na sposób bycia tego człowieka. Jak on może nad swoim sklepem wieszać markę Scott? Przyznam, że chińskie niemarkowe rowery naprawiali mi szybciej niż markę Scott. Byłem w Chinach 7 lat i miałem kilka rowerów - po pierwsze nie było takich problemów, a po drugie mogłem iść do sklepu z reklamacją nawet w sobotę czy niedzielę. Skoro kupuję Scotta za 2200 PLN to chyba mam prawo oczekiwać dobrej jakości! A jeśli już są problemy to chyba mogę spodziewać się sprawnej pomocy i realizacji zasad gwarancji! Porażka z takim przedstawicielem marki Scott! Pozdrawiam Bartek
  4. Mieszkam już 7 lat w Chinach. Pomimo wariackiego ruchu ulicznego, setek tysięcy samochdów i milionów pieszych nie poddałem się, nie zrezygnowałem ze swojego hobby jakim jest jazda na rowerze. Już w 2003 roku kupiłem pierwsze górskie rowery. Śmieszna giełda na ulicy, którą rozpędzali goście z China Security (czytaj ORMO). Niestety te rowery wiele nie wytrzymały. Ostatecznie miałem górski rower z hipermaketu Wall-Mart. Dopiero w 2004 roku kupiłem przyzwoitszy rower, a raczej czołg. Miał super masywny amortyzator, ważył chyba 14kg. Przez kilka lat błądziełem i nie mogłem znaleźć dobrych sklepów rowerowych. Mieszkam w Shenzhen, blisko Hong Kongu. Chińczycy nie przywiązują jednak wagi do jakości i marki roweru, jest to bardziej środek transportu niż hobby czy sport. Dopiero w roku 2007 znalazłem nieco lepszy sklep i kupiłem chińską kolarkę TEND. Niestety jakość pozostawiała wiele do życzenia. Już na początku wymieniałem suport dwa razy, widelec od nowości trzeszczał, został później wymieniony (niestety inny kolor i inna marka), a w między czasie chiński grubasek, który mój rower testował w sklepie nadwyrężył sztyce siodła. Kiedy jechałem sobie coś trzeszczało i jakby się ruszało. Gdy się zatrzymałem na czerwonym, siodełko odpadło z częścią sztycy! Oh, co za szczęście, że nie stało się to podczas jazdy, bo siedzenie na samej sztycy nie jest pewnie wygodne, choć są ludzie, którzy doceniliby taką rozrywkę Siłą zabrałem z tego sklepu nową, lepszą sztycę Ritchey. Babcia w sklepie wykłócała się, ze mam dopłacić jakieś 40 PLN do tej lepszej sztycy. Zabrałem ją na siłę, bo byłem wściekły za suport i widelec. Wyobrażacie sobie taką scenę, obcokrajowiec szarpie się o sztycę w chińskim sklepie rowerowym! Było strasznie, ale też zabawnie. Chłopaczek z tego sklepu odciągnął babcię, bo wiedział, że już nie żartuję. Powiecie, że spaliłem za sobą mosty - jedyny sklep z rowerami? Nie ma się co martwić, ten sklep już nie istnieje. Po jakimś czasie jadąć ścieżką rowerową (aż trudno uwierzyć, że w Chinach takie są) spotkałem się ze skuterem elektrycznym. Gość pędził chyba 40 km/h, trasą wokół parku. Ja głupio obróciłem się do tyłu jadąc między drzewami, patrzyłem czy nikomu nie zajadę drogi, a on zjawił się nagle z naprzeciwka. Nasza prędkość zderzeniowa wynosiła chyba 60 km/h. Na szczęście jechałem wtedy wysłużonym górskim. Tak jak mówiłem był to ciężki czołg i przetrwał to zderzenie. Oczywiście wygiął się cały widelec i taki niby amortyzator. Nie dało się za bardzo jechać, ale jakoś dotarłem do domu. Z pomocą serwisu z Decathlonu kupiłem nowy widelec, wstawiłem jakieś dziwaczne kulki łożyskowe i... bałem się już na tym jeździć. Daliśmy ogłoszenie w chińskim necie, że go sprzedam. Udało się. Po rower przyjechał jakiś starszy gość, miał brodę jak Konfucjusz. Kupił rower za 200 PLN (straciłem na nim drugie tyle za nowy widelec i przednie koło). Potrzebował rower, żeby wyprowadzać psa na dłuższe spacery. Mam nadzieję, że ten czołg z osłabionym widelcem wytrzymał te spacery ! Tak więc teraz została mi kolarzówka, którą szaleję po 14-milionowej metropolii. Przejechałem po tym mieście około 2500 km, maksymalna prędkość 59 km/h, nie udało mi się przekroczyć 60 km/h . Jazda w Chinach nie jest łatwa, bo tu nie ma żadnych zasad, tak więc często muszę dosłownie 'wywalczyć' miejsce na drodze dla siebie, mogę przy tym przeklinać do woli, zwykle po polsku, ale czasem jak już mnie wkurzą maksymalnie to po chińsku! To tyle słowem wstępu - postaram się opisać tutaj więcej swoich śmiesznych i tragicznych przygód rowerowych z Shenzhen! A tak wyglądają niektóre rowery w Shenzhen:
  5. Niestety brakuje tu firmowych rowerów szosowych, a jeśli już są to bardzo drogie. Ten rower też daje radę po wymianie sztycy siodełka, suportu i przedniego widelca, który miał fabryczną wadę i lekko stukał!

    © $copy; Bartlomiej Magierowski / Liu Li

  6. Shenzhen to ogromne miasto graniczące z Hong Kongiem, populacja około 14 milionów ludzi! Wariacki ruch uliczny, codziennie tysiące nowych samochodów, niewielu rowerzystów (miłośników rowerów), prawdziwe wyzwanie i szaleństwo...

    © © Bartłomiej Magierowski / Liu Li

×
×
  • Dodaj nową pozycję...