Skocz do zawartości

Rekomendowane odpowiedzi

forscher

Witajcie 

wiele osób myśląc o trasie R10 bierze pod uwagę tylko jej polską część...  Jak do tej pory nie widziałem by ktoś była pod uwagę ten niemiecki odcinek... 

A tymczasem obejrzałem ostatnio tą relację 

 

 

i spodobało mi się na tyle, że opracowałem już wstępnie połączenia z Polski do Flensburga, a także cała trasę wzdłuż Bałtyku od Flenburga aż po Świnoujście...

 

Tylko czy znajdę tu kogoś kto chciałby próbować przejechać tą piękniejszą częścią wybrzeża Bałtyku? 

Czas pokaże.. 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
szy

Cześć,

przejechaliśmy niemiecki Bałtyk raz z Lubeki do Stralsundu, później z Rostocku przez Stralsund do Świnoujścia. Moim zdaniem to bardziej atrakcyjna trasa niż polskie wybrzeże, bardziej urozmaicona, z ciekawszymi miejscowościami po drodze. Niemcy też od dawna prowadzą szlak po lepszych nawierzchniach od polskich, rzadko po mało uczęszczanych drogach publicznych, zwykle po drogach rowerowych czy pieszo-rowerowych.

To nasze wrażenia z pierwszego wyjazdu z Lubeki do Stralsundu, na forum:

 

I na blogu:

Morze Bałtyckie, Niemcy

https://www.znajkraj.pl/szlak-wybrzeza-morza-baltyckiego-rowerem-po-niemczech

 

Bardzo polecam zaplanowanie czasu na zwiedzanie właśnie Lubeki, Wismaru i Stralsundu. Wszystkie trzy to piękne, hanzeatyckie miasta, które przypominają, jaki nastrój kiedyś panował nad Bałtykiem. 

Warto też pamiętać o pociągu ze Szczecina do Lubeki - bezpośredni, regionalny, w dodatku z tanim biletem grupowym. Oczywiście z miejscami na rowery.

Szy. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Marcinkos

Sam zastanawiam się nad realizacją wyprawy z Lubeki do Świnoujścia. Do Lubeki przejazd pociągiem (fajne połączenie podrzucił  „znajkraj”) Straslund też brzmi ciekawie ;) .

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Podobna zawartość

    • szy
      Przez szy
      Cześć!
      Pierwszy zagraniczny wyjazd pierwszego (i pewnie  nieostatniego) koronawirusowego sezonu spędziłem w Rudawach - niewysokim paśmie górskim na pograniczu czesko-niemieckim. Atrakcji różnego typu było sporo, więc wyszedł z tego całkiem spory artykuł na Znajkraju:
      Saksonia aktywnie: Rudawy, góry z tradycjami @ Znajkraj

       
      W skrócie, forumowo:
      (początkowo pisałem to w znajkrajowym wątku, ale wrzucam w osobny, bo wyszło przyzwoicie niekrótkie)
      Rudawy oglądane z roweru to przeplatanie się czterech głównych tematów - oczywiście roweru, oczywiście gór, ale też często obecnych na trasie pamiątek po górniczych tradycjach regionu i czynnym, wciąż pracującym "przemyśle" pamiątkarsko-zabawkarskim.
      Pierwsze z drugim to tak, jakby jeździć rowerem po Bieszczadach. Przez Rudawy wytyczono dwa główne szlaki, które biegnąc równolegle do siebie i łączą się w długą pętlę - “Saksońskie Średniogórze” (Sächsische Mittelgebirge) w Niemczech, w Czechach “Magistralę Rudawską” (Krušnohorská Magistrála). Ten pierwszy, niemiecki, przejechany przeze mnie to cztery-pięć dni interwałowej jazdy, na zmianę w górę i w dół, ale na takim jeszcze dość akceptowalnym turystycznie poziomie trudności. Dużo szutrów, dużo leśnych dróg, trochę spokojnych asfaltów - żadnej specjalnie ruchliwej trasy, ale też właściwie żadnej specjalnej rowerowej infrastruktury. Wizualnie to wyglądało tak:






       
      Warstwa górnicza to przede wszystkim kilkadziesiąt obiektów różnego typu związanych z wydobyciem mającym miejsce jeszcze w średniowieczu. Najcenniejsze i najlepiej zachowane wpisano na listę UNESCO w łączonym wpisie czeskim i niemieckim z 2019 roku (!). Są muzea i w dawnych kopalniach, i dawnej hucie srebra, jest wiele mniejszych zabytkowych obiektów górniczych na trasie, są też ujęte we wpisie fragmenty krajobrazu Rudaw, którym dawne górnicze obiekty nadają unikalny charakter. Jednym z najbardziej oryginalnych jest Altenberger Pinge - ogromne zapadlisko o średnicy 400 metrów i głębokości 150 metrów w miejscu dawnej kopalni w Altenbergu.







       
      Klimaty zabawkarsko-pamiątkarskie w Rudawach widać przede wszystkim w okolicach Seiffen. Muzeum dziadków do orzechów w Neuhausen, kilkadziesiąt zakładów dzisiaj wciąż produkujących zabawki i pamiątki, Muzeum Zabawek w Seiffen i pewnie też kilkadziesiąt sklepów, do których wchodzi się jak do galerii, a kupujących jest na pewno mniej, niż podziwiających. Kierunków produkcji jest kilka: piramidy świąteczne, figury-kadzidełka, miniaturowe figurki, dziadki do orzechów i inne. W samym Seiffen przy głównej drodze trudno o inny sklep niż ten z ręcznie produkowanymi w regionie pamiątkami.







       
      Wszystko to z tradycyjnie zadbaną, przyjemną saksońską prowincją w tle w postaci niewielkich z miasteczek z dodatkowymi atrakcjami czy ciekawostkami. A to mocno hobbystyczny hotel w pociągu, a to zameczek, przed którym akurat trwa zbiórka miejscowych rekonstruktorów, a to świetnie zachowane układy urbanistyczne, a na początku trasy kilka ładnych domów przysłupowych.









       
      Wszystko razem tworzy moim zdaniem dość atrakcyjne, ale też mało oczywiste jak na Niemcy, tło do rowerowej, kilkudniowej wyprawy. Niestety, umiarkowanie wygodny jest dojazd i logistyka wyprawy w Rudawy. Najlepiej dla mnie w tym wirusowym czasie wyszło jechać autem i zostawić je na kilka dni w Dreźnie, które ma dobre połączenie kolejowe z początkiem i końcem niemieckiego szlaku po Rudawach.
      Zachęcam! :-)
      Szy.
    • djwinamp
      Przez djwinamp
      1. Start o godzinie 00:00 ze Świętochłowic do Katowic PKP, jadę pierwszy raz z sakwami, jest mi bardzo ciężko utrzymać równowagę. Pociąg mam o godzinie 00:40 więc naciskam na pedał, nagle zapala się kogut, światło + drastyczny dźwięk. Prawie się wywaliłam, Panowie Policjanci każą mi dmuchnąć w to coś, zwane alkomatem. Nic nie wykazuje, a to dosyć dziwne, bo o 20:00 wypiłam piwko na odwagę. Ledwo zdarzyłam na pociąg, ludzi pełno, miejsca na rower mimo rezerwacji nie ma. Ludzie zmierźli i śpiący. Budzę się rano, z głową na ramieniu jakiegoś Ukraińca przynajmniej miałam wygodnie przespaną noc.
      Zbieram tobołki, o 11:00 przechodzę bezpłatną przeprawę promową na wyspę Uznam, bardzo wieje, mimo słońca zakładam kurtkę i komin, zapomniałam wspomnieć, mamy początek września. Po dopłynięciu na drugi brzeg od razu wjeżdżam na ścieżkę rowerową, wszystkie drogi są świetnie oznaczone. Jadę w kierunku granicy Niemieckiej, główną promenadą, i nad samo morze, żeby stópkę zamoczyć na znak przybycia, rozpoczęcia wyprawy. Restauracji i knajpek jest bardzo dużo otwartych, ale sezon się już kończy, więc świeci pustkami, jest środek tygodnia, większość ludzi już wróciło do pracy. Posilam się w smażalni rybek, zaczyna deszcz padać, więc jadę znowu na przeprawę promową, zmierzam w kierunku Międzyzdrojów. Ścieżki asfaltowe płynnie przechodzą w leśne alejki, jadę teraz szlakiem R10, korzystam z okazji i wchodzę na wieżę przeciwpożarową. Wszystko z niej widać, niestety nieco przysłaniają chmurki. W samej wieży jest dużo ciekawych rekwizytów z okresu wojennego.
      Jadę dalej w kierunku Międzyzdroji, pogoda się poprawia, wychodzi więcej ludzi na alejki. Wjeżdżam na Molo, które doskonale zapamiętałam jeszcze z okresu zielonej szkoły (3 klasa podstawówki). Dalej robi dobre wrażenie, na samym końcu mola, rozciąga się fajny widok na plaże, które są opustoszałe. Zabieram się za szukanie pola namiotowego, potrzebuje dzisiaj więcej czasu, bo będę pierwszy raz rozkładać namiot, który wypożyczyłam na ten wyjazd od znajomego. Na kempingu sami Niemcy, tylko recepcjonista mówił po polsku, bo nawet Panie z działu sprzątającego były zagranicy. Tak więc trochę po szprechałam.
      2. Dzisiaj jestem już wypoczęta i jako cel mam postawiony Kołobrzeg. Dzisiaj długa trasa i pierwsza mała awaria, odpada mi z kierownicy chwytak na telefon. Jadę bez niego, w końcu trasa jest dobrze oznaczona i nie potrzebuje mieć mapki przed oczami. Jak się okazało byłam w błędzie. Droga się mocno skomplikowała, z trasy szutrowej wyjechałam na całkowicie krzaczastą zarośniętą, jadąc cały czas według szlaku, wróciłam jakieś 5 km i postanowiłam zrezygnować ze szlaku leśnego który była całkowicie zarośnięty. Nadmienię, że jeżdżę na klasycznym MTB, na oponach 2,1 cala. Blokuje widelec, jadę na sztywno ulicą, w końcu dojeżdżam do jakieś ścieżki rowerowej, która już jest dobrze oznaczona i pokazuje, że do Kołobrzegu mam jakieś 50 km.
      W samym Kołobrzegu jest bardzo bogaty turystycznie, ładne plaże, ciekawe falochrony, wstęp 2 zł, przepyszna rybka Turbot, tradycyjnie zimne piwko i szukanie pola namiotowego. Tutaj również trafiło mi się duże pole namiotowe, z dużą ilością Niemców. Cena się nie różniła od tego z Międzyzdrojach 25 zł za rozstawienie namiotu w tym woda, prąd, kuchnia do dyspozycji.
      3. Dzisiaj się już bardziej rozkoszuje przyrodą, z Kołobrzegu bowiem ciągnie się fenomenalna ścieżka rowerowa cały czas jadąc przy plaży z widokiem z morze i niskie wydmy. Gdzieś w okolicach Ustroni Morskich, wyskakuje mi na drogę cała rodzinka dzików. Nie były agresywne, chciały papu, zapewne przyzwyczajone przez turystów do karmienia, nie bały się. Wyciągam stare kanapki i częstuje z ręki małe pasiaki, bułkami. Jadę dalej do Mielna, tam zatrzymuje się na obiadek, zwiedzam jezioro Jamno, spotykam po drodze miłe towarzystwo, przez jakiś czas kręcę, prowadząc żywe dyskusje na tematy rowerowe.

      Dojeżdżam już sama do Łaz, tutaj szukam pola namiotowego, jest z tym problem, bo już wszystko jest zamknięte. Uf, jednak został otwarty jeden kemping. Tutaj płacę mniej, bo 20 zł za noc. Na polu namiotowym jestem tylko ja, jakieś 3 Niemki i jakaś rodzina w wozie kempingowym, także bez tłumów. Znalazłam w magazynku duży ponton, a że sam ośrodek był położony przy jeziorze Jamno, wyszłam sobie popływać. Dołączyła do mnie rodzinka z wozu kempingowego, okazało się, że są z Sosnowca, także całkiem blisko mnie, można nawet rzec, że ze Śląska :) Miło spędzony wspólnie wieczór, kolacyjka z sympatyczną rodziną.
      4. Pobudka o 6:00 obudziła mnie ulewa, to pierwszy test dla namiotu, ledwo zdał egzamin, przecieków nie było, za to z suwaka wszystko spłynęło do środka. O godzinie 10:00 wypogodziło się, susz trochę rzeczy i ruszam o 11:00 dalej. Tego dnia pojawiają się komplikacje z trasą, szlak pokazuje przejazd po jakichś zadu...piachu. Robię natomiast zdjęcie, z którego jestem bardzo zadowolona, najładniejsze z całego przejazdu nad Bałtykiem, istna Jungla.

      Nie da się jechać przejechać przez Dąbkowice, więc objeżdżam całe jezioro Bukowo, jadąc już w kierunku Darłowa. Na trasie do Darłowa, poznaje Niemca (jak by inaczej), przesympatycznego Bernharda. Jedziemy razem na Darłówka, wypijajmy pyszną kawkę w tym uroczym małym miasteczku. Jak się okazuje Bernhard Jedzie taką samą trasę jak ja, z taki wyjątkiem, że rozbija namiot na dziko, zdała od pół namiotowych. Jedziemy razem, W Darłowie i okolicach są największe wiatraki w Polsce. Także widoki są świetne. Ogromna przestrzeń, dużo podjazdów i zjazdów do Jarosławca. Jestem zmęczona, Bernhard nadaje duże tempo, jedzie na rowerze wspomaganym elektrycznie. Dojeżdżamy do Ustki, tutaj nocleg, jestem wykończona tego dnia.
      5. W Ustce odnotowałam nad ranem temperaturę 6 stopni, najniższa temperatura, jaka miała miejsce w czasie tego wrześniowego przejazdu, także dobry test dla śpiwora, zdał egzamin. Dzisiaj jadę już sama, po wczorajszym szczerze nogi mnie paliły, za dużo górek jak na miejscowości nadmorskie. Dzisiejsza trasa również obfitująca w piękne widoki. Z miejscowości rowy cały czas ścieżka prowadzi lasem, niesamowity zapach unosi się w Słowińskim Parku Narodowym. Dojeżdżam do wydmy Czołpińskiej, rower zostawiam na parkingu strzeżonym, drogę pokonuje pieszo. Jako że były przelotne opady, na wydmie nie było żywej duszy. Wydma Czołpińska to największa w Europie ruchoma wydma, więc warto zobaczyć na własne oczy, wstęp 10 zł.

      Do wyboru jest kilka opcji tras:
      a. można się męczyć i jechać piaskiem przez 20 km do Łeby
      b. można jechać okrężną drogą asfaltową przez Smołdzino, Witkowo, Klęcinko, Wicko aż do Łeby jakieś 60 km
      c. można jechać przez miejscowość Kluki, i obejrzeć urokliwy Skansen Słowińskiego Paku narodowego.
       
      Wybrałam trasę C, gdybym wiedziała co mnie czeka, wybór byłby oczywisty i wybrałabym opcje B. Jadąc przez miejscowość Kluki, zahaczyłam o bagniste tereny. Na początku drogi nie było tak źle, co jakiś czas tylko wyskoczył jakiś 2-metrowy Jeleń z porożem, dziki i inne mniejsze. Do Bagna wjechałam w adidasach, wyjechał z bagien z urwanym sandałami. Droga w ogóle była nie przejezdna, prowizoryczne mostki były zalane błotnistą breją. Trawa była mocno tnąca, miała krótkie spodenki i efekt był taki, że miałam nogi pozacinane gorzej niż przy pierwszym goleniu. Przepchałam rower do końca bagien, wrzeszcząc i kur...jąc. Nie wiem kto wpadł na taki mądry pomysł żeby poprowadzić tam szlak rowerowy.
      6. Łeba, dopiero z samego rana wzięłam się za zwiedzanie tego miejsca, dnia poprzedniego byłam zbyt poirytowana. Łeba małe rybackie miasto, zrobiło na mnie największe wrażenie, klimat rybactwa czy tam rybołówstwa jesz wszechobecny. Wszędzie wędkarze, kutry, sieci i zapach nie zbyt atrakcyjny, ale za to Smażalnie mają ekstraklasa. Tutaj pierwszy raz w życiu jadłam rybę Gładzice, serdecznie też polecam piwo Łebskie. Za nocleg tutaj zapłaciłam 18 zł.
      Z Łeby do latarni Stilo, przejechałam przez rezerwat przyrody Mierzeja Sarebska, i tak aż do Władysławowa.
      7. Władysławowo większe portowe miasto, duży wybór knajpek, latarnie morskie, sporo możliwości dla rodzin. Chyba tej trasy najbardziej wyczekiwałam, zawsze chciałam przejechać się trasą na Hel. Słoneczko cudowne tak przypiekało, że jechałam krótkim rękawie, po drodze mnóstwo surferów, windsurferów, i innych sportowców wodnych. Dużo biegaczy i rowerzystów na ścierze biegnącej przy samej linii brzegowej. Piękne widoki.
      Gdzieś w Kuźnicy pogoda zaczęła się psuć, zaczęło bardzo mocno wiać, po drodze miałam znowu spotkanie z dzikami. Gdy dotarłam do Juraty już padało, pogoda bardzo szybko się zmieniła, więc i odzienie trzeba było przebrać gdzieś w krokach, tutaj znowu dzik wyszedł mi naprzeciw, kiedy przebierałam gatki na długie.
      Gdy już dojechałam do Helu obmyślałam plan powrotu, pogoda online przedstawiała kiepską pogodę jeszcze przez 4 kolejne dni. Po drodze kilka ciekawych bunkrów i innych obiektów militarnych. Nie wszystkie są odpłatne, można się tam wybrać na spacer, tak naprawdę co kilkaset metrów jakaś atrakcja. Odwiedzam też fokarium, płatna wejściówka idzie na leczenie fok. Te na miejscu trochę są poturbowane (nie dałyby sobie rady same na wolności), ale wykonują fajne sztuczki z klaskaniem, obrotami i piłką. Fokom pogoda nie przeszkadza, leje wieje, a one i tak się świetnie bawią
      Dojeżdżam do najbardziej wysuniętego punktu na północy Polski, dalej już się nie da. Deszcz, wiatr i piasek tak kosi po twarzy, że nie da się otworzyć oczu. Postanowiłam iść na prom, którym dopłynę do Gdyni. Kapitan na wejściu recytuje „ze względu na niebezpieczne warunki pogodowe, wejście na prom na własne ryzyko” kilka osób dosłownie zrezygnowało. Jedna babka dostała choroby morskiej od samego patrzenia na kołyszący się prom. Wchodzę z rowerem i słyszę „nie odpowiadamy za rower, jeśli zostanie uszkodzony” nie wiedziałam co powiedzieć tak mnie przytkało. Nigdy do tej pory nie miałam choroby morskiej, ale na tej przeprawie trzymałam głowę między nogami z workiem założonym na kolanach. Huk fal i siła była tak duża, że woda wpływała do środka korytarza, przez zamknięte okna a części, które były luzem (nie przypięte) rozbijały się po ścianach.

      Na lądzie postanowiłam wsiąść do pociągu byle jakiego, zadbać o rower i nie dbać o bilet  :p

      Przeprawa promem 55 zł
      Pociąg z Gdyni do Katowic (bez rezerwacji) 89 zł
      Średnia za nocleg na polu namiotowym z własnym namiotem 22 zł
      duży obiad: rybka, frytki, surówka, piwko 35 zł
    • Piotr007
    • Piotr007
    • Piotr007
×